- Panie mój - wyszeptał dowódca straży i przywarł wargami do złotego sandała, lecz Het-Ka-Sebek odrzucił jego głowę lekkim kopnięciem.
- Odejdź! Nie chcę słyszeć twego głosu.
Zawrócił i wszedł do lektyki.
Tego wieczora w świątyni boga Sebeka wielu młodych kapłanów zajętych było wypisywaniem na krótkich zwojach jednej tylko wieści. Zwoje owe bez zwłoki porywali posłańcy, a szybkie łodzie niosły ich ku rozsianym nad wielką rzeką niezliczonym miastom.
W miejscu, gdzie owa wielka rzeka zwęża swój rozległy nurt wpadając pomiędzy wysokie nagie skały wąwozu przecinającego pasmo niskich wzgórz, leży miasto Sem-Her. Powstało ono przed wiekami jako wioska rybacka gdyż wokół nie ma żyznych gruntów namulanych przez doroczne wylewy. Później rozrosło się będąc miejscem przeładunku towarów płynących z Górnego Kraju w do ku delcie. Z jednej strony otacza je nieskończone morze piasków ciągnące się ku zachodowi, z drugiej - kamieniste nagie wzgórza biegną aż ku morzu, nad którym leży daleko na południe kraina Punt. Miasto Sem-Her rozrzucone po obu stronach rzeki, wraz ze swymi świątyniami i pałacem namiestnika jego świątobliwości faraona, jest samotną wysepką zieleni w martwym, prażonym słońcem krajobrazie. Co prawda z dachu świątyni dostrzec można w błękitnej mgiełce oddalenia pasma odległej zieleni nad rzeką, lecz tu świat jest martwy i wrogi człowiekowi. Nad rzeką nie rosną trzciny i rzadko pojawia się krokodyl, który nie jest przyjacielem bystrego nurtu i stromych kamienistych brzegów.
- Bracia, którzy strzegą świątyni boga Sebeka nad wielkim jeziorem, ślą ci pozdrowienia, o najczcigodniejszy, a wraz z nimi ten oto zwój, byś raczył nań zwrócić swe świątobliwe oczy i postanowić, czy zechcesz postąpić tak, jak podpowie ci trwająca od stuleci przyjaźń pomiędzy naszymi świątyniami - powiedział cicho młody kapłan.
Stał przed siedzącym w złocistym krześle starym człowiekiem, którego jedynym strojem była złocista opaska na biodrach i równie złociste sandały oparte na podnóżku uczynionym na podobieństwo tłustego klęczącego hipopotama o szerokim wypukłym grzbiecie.
- Odczytaj - rzekł niemal niedosłyszalnie stary człowiek.
- Tak, o najczcigodniejszy!
Młody kapłan rozwinął zwój i zaczął czytać przesuwając go w palcach:
- "Słudzy świątyni boga Sebeka najwyższemu kapłanowi świątyni Ptaha, boga i ojca możnych bogów, ślą pozdrowienia... - Skłonił nisko głowę, urwał dla okazania należnej czci i podjął po krótkim milczeniu: -Doszła cię już z ust naszych wieść o straszliwym świętokradztwie, popełnionym w świętym mieście Sekhem. Sądziliśmy w niewiedzy naszej, że bogowie sami ukarali winnych grzebiąc ich w piaskach podczas wielkiego wiatru. Lecz stwierdzono, że jeden z nich ocalał i być może zmierza ku północy, pragnąc uniknąć kary. Nie będzie on miał innej drogi i zechce zapewne przemknąć nocą na łodzi nie przybijając do brzegu w mieście Sem-Her. Lecz ty, o najwyższy sługo wielkiego boga, jeśli zechcesz, wydasz rozkaz, a wzdłuż rzeki pojawią się liczne bystre oczy uzbrojonych sług twoich i wypatrzą go, gdyż nie znajdzie on ukrycia na wielkiej przestrzeni, jako że nie ma w pobliżu miasta twego gajów, zarośli i lasów trzciny porastających brzegi rzeki. Prosimy cię w imię przyjaźni i czci, jaką otaczamy ciebie i boga, któremu służysz wraz z braćmi kapłanami wysokiej twej świątyni, abyś pojmanego złoczyńcę zechciał odstawić pod najsilniejszą strażą żywego do domu boga Sebeka nad Wielkim Jeziorem..."
Młody kapłan zwinął papirus i skłonił się głęboko.
- Najczcigodniejszy Het-Ka-Sebek rozkazał mi, bym dodał, że wdzięczność nasza dla sług wielkiego boga Ptaha znajdzie wyraz w czasie nadchodzącego święta, gdy on sam wraz z innymi braćmi przybędzie tu, aby podziękować ci, o najczcigodniejszy, za przysługę, jaką będzie schwytanie owego nikczemnika. Prosi też, aby dodać, że jest to młody chłopiec o białych włosach i skórze tak jasnej, jakiej nie widziano jeszcze nad Wielkim Jeziorem.
Stary człowiek milczał przez chwilę. Wreszcie skinął głową, wyciągnął rękę, ujął małą srebrną pałeczkę i uderzył nią w brązowy gong, który uniósł ze stolika stojącego obok krzesła.
Weszło dwóch kapłanów, którzy zatrzymali się przy drzwiach z rękoma skrzyżowanymi na piersi.
- Słusznym jest, abyśmy podwoili straże nad rzeką i na pustyni. Jeśli będzie próbował okrążyć miasto samotny wędrowiec lub jeśli zapragnie prześliznąć się rzeką, nie należy zabić go, lecz schwytać żywego. Skóra jego jest biała, a włosy jasne. Jest to sprawa wielkiej wagi, a proszą nas o to bracia znad Wielkiego Jeziora.
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
I ogarnęła go ciemność
W południe, gdy słońce stało nad rzeką, prażąc tak, że świat ucichł i zamarł, tuż obok łodzi ukrytej w gęstym morzu wysokich trzcin usiadł zielonkawy duży ptak o długim dziobie.
Przez chwilę Białowłosy przyglądał mu się, później sięgnął wolno po łuk. Dzieliła go od ptaka maleńka wodna polana i kilka pojedynczych trzcin pochylonych lekko w kierunku leniwego nurtu wody. Ptak spoglądał na niego przekrzywiwszy głowę. Mógł odlecieć, lecz nie uczynił tego, wierząc zapewne, że znajduje się dość daleko, by ulecieć, jeśli owo stworzenie, które miał przed sobą, uczyni zbyt gwałtowny ruch lub posunie się w jego stronę.
Białowłosy strzelił. Ptak cicho wpadł do wody, zatrzepotał i znieruchomiał. Chłopiec miękko pociągnął wiosłem i nie czyniąc najmniejszego plusku, znalazł się przy nim.