Płynął, trzymając głowę jak najwyżej, zalewany przez niewielkie grzbiety fal i unoszony przez nie na krótko.
Nagle dojrzał małpę, mignęła mu jej różnobarwna, farbowana sierść. Zbliżył się i walcząc z przeciwnym, wiejącym w twarz wiatrem, rozejrzał się. Chłopca nie było widać. Był już blisko małpy i wtedy ujrzał go. A raczej jego ramię, które wynurzyło się spod wody i zniknęło. Później ukazała się głowa, rozszerzone lękiem oczy i usta otwarte do krzyku.
Pomimo szumu fal, usłyszał chrapliwe rzężenie.
- Zamknij usta! - krzyknął Białowłosy, lecz głowa chłopca znowu zniknęła pod wodą. Jedynie małpa, uczepiona konwulsyjnie jego ciała, była drogowskazem. Ale i ona zniknęła nagle pod nadchodzącą falą.
"Nie wypłyną już..." pomyślał Białowłosy.
Był tuż obok miejsca, gdzie przed chwilą się znajdowali. Chciał zanurzyć głowę, by zobaczyć, czy jeszcze są pod powierzchnią, gdy fala odsłoniła ciało chłopca... jego bezwładne ramię z uczepioną małpą.
Białowłosy chwycił je i szarpnął. Głowa wynurzyła się, lecz oczy były zamknięte, a usta rozchylone.
,, Utonął..." - pomyślał, a raczej mignęło mu to przez głowę, gdyż małpa rozpaczliwie wyciągnęła drobne ramiona i objęła go za szyję dusząc niemal. Uniósł wolną rękę i oderwał ją z wysiłkiem. Poczuł ostry ból w ramionach, które darła pazurami. Nie puszczając ręki chłopca, szarpnął małpę, lecz nie dała się odczepić. Miał ją teraz na karku. Piszczała przeraźliwie, lecz mógł już oddychać. Przyciągnął chłopca i pracując rozpaczliwie nogami, aby nie dać się zakryć falom, uniósł jego głowę, trzymając ją w zagłębieniu łokcia. Drugą ręką zagarnął wodę i odwrócił się ku okrętowi czując, że ranna noga zaczyna omdlewać...
Nadbiegająca fala zalała mu usta i oczy, gdy minęła, dostrzegł okręt zawracający dopiero teraz...
,, Wioślarzy nie było na ławach, a żagiel był rozpięty..." - pomyślał spokojnie, tak spokojnie, że gdy później wspomniał owe chwile, nie mógł pojąć, jak z oszalałą małpą na karku, topielcem podtrzymywanym nad powierzchnią wzburzonej wody, omdlewającą nogą, którą tak niedawno przebiła strzała, głodny i po straszliwym wysiłku przy wiośle, mógł myśleć i walczyć.
Następna fala wyniosła go i dostrzegł blisko okręt. Przez burtę rzucono sieć, spuszczali się po niej w dół ludzie. Ktoś skoczył do wody, za nim drugi człowiek... Byli blisko, lecz fale zakryły, ich przed nimi.
Nagle tuż przed sobą zobaczył jasną głowę Terteusa i usłyszał jego wesoły niemal głos:
- Weźmiemy go między siebie, ty głupcze!
Uczuł przyjazne ramię i nagle siły powróciły. Płynąc obok siebie i podtrzymując bezwładną głowę chłopca, zbliżyli się do okrętu. Sieć była tuż, tuż...
Dołączył do nich trzeci człowiek i dotarli do burty. Wiele rąk wyciągnęło się i bezwładne ciało powędrowało w górę, ociekając wodą.
Nagle ciężar na karku zelżał i Białowłosy, trzymając się sieci i oddychając ciężko, dostrzegł małpę wspinającą się błyskawicznie po sznurze. Z piskiem zniknęła w górze.
Twarze nad burtą cofnęły się. Z wysiłkiem, mając za sobą Terteusa, wspiął się, zawisł na chwilę na obramowaniu burty i niemal runął w dół, gdyż nagle opuściły go siły. Oparty o ławę wioślarską siedział wypluwając wodę, oddychając ciężko, nie widząc i nie słysząc niczego.
Ale z wolna głosy naokół zaczęły docierać do niego.
Usłyszał wysoki okrzyk mężczyzny:
- Synu mój... synu mój!
I drugi głos, smutny i pełen czci:
- Taka była wola bogów, o najdostojniejszy...
Uniósł głowę. Nad nim, na pomoście biegnącym przez środek okrętu, zgromadzili się w jednym miejscu ludzie.
"Nie żyje... - pomyślał leniwie Białowłosy. - Prędko utonął... musiał wypić zbyt wiele wody, gdy krzyczał... biedny, mały głupiec..."
Choć byli zapewne rówieśnikami, tamten wydał mu się dzieckiem. A oto nie żył.
Odwrócił głowę. Terteus siedział za nim na ławie l oddychał ciężko. Widząc, że Białowłosy spogląda na niego, uśmiechnął się lekko. Najwyraźniej nie zmartwiła go śmierć młodego Kreteńczyka.
- Synu mój synu jedyny...
Głos mężczyzny nie był zawodzący, lecz straszliwie spokojny. Słowa nie znaczyły tu nic. Było za późno.
,, A więc to jego syn! -pomyślał Białowłosy ze zdziwieniem. - Czy mój ojciec mówiłby tak, gdybym utonął? Jestem także jego jedynym synem..."
Nie, jego ojciec nie rzekłby słowa. Był jedynie rybakiem, nie dostojnikiem. Walczyłby długo o przywrócenie go do życia, gdyż często człowiek, pozornie umarły po wydobyciu z wody, może ożyć, jeśli się go umie ratować, lecz nie powiedziałby słowa...
Zerwał się nagle. "Czemu go nie ratują?! - pomyślał i wskoczył na pomost. Stał teraz za plecami ludzi otaczających kręgiem leżące ciało.
Białowłosy przecisnął się między nimi i znalazł na wprost dostojnego Widwojosa, który klęczał nad leżącym trzymając jego bezwładną dłoń w swych rękach. Milczeli wszyscy.
- Panie... - rzekł cicho Białowłosy.
Dostojny Widwojos zdawał się go nie słyszeć, a stojący obok nadzorca spojrzał nań straszliwym wzrokiem i porwał za rękojeść sztyletu wetkniętego za opaskę na biodrach.
- Nikczemniku! - krzyknął. - Czy nie widzisz, że pan nasz utracił syna? Teraz przychodzisz po nagrodę?! Wnet ją otrzymasz!