Выбрать главу

    Powoli ruszył ku oszczepowi, który wbił się głęboko w trawę. Wyjął go i oczyściwszy ostrze z ziemi, powrócił, by podnieść łuk i strzały. Serce biło mu jak szalone.

    Wrócił do konia. Terteus czekał na niego.

    - Błagałem bogów, abyś tego dokonał... - rzekł poważnie. - To dobra wróżba. A opadając wbił się głęboko. To jeszcze lepsza wróżba. Lecz nie czyń tego już nigdy, byś igraszkami takimi nie obraził Tej, która Ziemią włada.

    Przyłożyli obaj do czoła zwinięte dłonie.

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Ujrzał na jego palcu pierścień

Gwiazdy świeciły już ostrym, niezmąconym blaskiem, gdy lektyka czcigodnego Marmarosa, otoczona strażą ośmiu zbrojnych w długie włócznie Nubijczyków, zatrzymała się przed domem kupca Re-Se-Neta.

    Jeden z czarnych wojowników podszedł do okutej miedzią bramy i uderzył w nią kilkakrotnie drzewcem.

    Otworzyła się niemal natychmiast.

    - Najczcigodniejszy Marmaros, pan mój - rzekł żołnierz - oczekuje szlachetnego Re-Se-Neta i zaprasza go, aby udał się wraz z nim do przystani.

    Ktoś odparł półgłosem i brama pozostała uchylona.

    Siedzący wewnątrz lektyki najczcigodniejszy Marmaros przeciągnął się i ziewnął.

    Nic nie mogłoby go zmusić do opuszczenia łoża o tej porze: nic, prócz świadomości, że dziś o świcie całe Knossos zgromadzi się na przystani Amnizos, aby być świadkiem odpłynięcia owych śmiałków. A sprawa ta będzie zapewne w ciągu najbliższych dni przedmiotem wszystkich niemal rozmów na dworze królewskim. Nie można więc było tego nie ujrzeć własnymi oczyma.

    Ziewnął ponownie i wyjrzał. Dostrzegł drugą lektykę, która wynurzyła się z mroku i zatrzymała przed drzwiami domu.

    Marmaros wysiadł. Noc była ciepła, przeszedł kilka kroków po nierównym bruku drogi i zawróciwszy zbliżył ku drzwiom w tejże chwili, w której kupiec Re-Se-Net ukazał się na progu domu.

    - Witaj mi, nasz egipski przyjacielu! - rzekł Marmaros. - Czy mogę cię prosić, abyś uczynił mi zaszczyt i zajął miejsce wraz ze mną w mojej lektyce, a twoja niechaj podąża za nami?

    Kupiec Re-Se-Net skłonił się głęboko.

    - Zaszczycasz mnie swą wspaniałomyślnością, panie, i nie śmiem ci odmówić, choć niegodny jej jestem. Zajęli miejsca i lektyka ruszyła.

    - Cóż za straszliwa pora! - westchnął Marmaros. - Mogłoby się wydawać, że brat królewski zechce wyspać się przed taką wielką i pełną niebezpieczeństw podróżą!

    - Doszły mnie słuchy, że pragnie odbić od brzegu w chwili, gdy skraj tarczy słonecznej ukaże się ponad wodami, gdyż poczytuje to sobie za dobrą wróżbę.

    - Wróżbę! - Marmaros nieznacznie wzruszył ramionami, lecz siedzący tuż obok niego Egipcjanin wyczuł ów ruch. - Byłem towarzyszem jego zabaw dziecięcych i wierz mi, że już od najwcześniejszych lat niewiele on sobie robił z bogów, wróżb, zaklęć i tego wszystkiego, czego nie mógł dotknąć ręką lub pojąć swymi zmysłami.

    - Skoro nie troszczy się o bogów i zsyłane przez nich znaki - rzekł Re-Se-Net bez zbytniego zaciekawienia - jakże może pragnąć, aby bogowie troszczyli się o niego? Może to właśnie ich niełaska, którą ściągnął na siebie swą bezbożnością, sprowadziła nań nienawiść brata i każe mu na zawsze opuścić krainę ojców dziś o wschodzie słońca?

    Milczeli przez chwilę, wreszcie najszlachetniejszy Marmaros roześmiał się cicho.

    - Przyznaję - rzekł - że kazałem obudzić się pośrodku nocy nie dla tej przyczyny jedynie, że obowiązkiem moim jest znajdować się w pobliżu mego władcy, gdy będzie żegnał swego odpływającego brata, lecz również po to, aby ujrzeć to pożegnanie! Czyż nie będzie to pięknym i pouczającym widowiskiem: widzieć obu tych śmiertelnie nienawidzących się ludzi w chwili rozstania na oczach tysięcy widzów, z których jedynie niewielu wie, o co toczy się gra, a pozostali sądzą, że oto są świadkami jednego z najdumniejszych przedsięwzięć rodu Minosa! Lud wierzy, że nie słabość tego królestwa, lecz jego potęga są przyczyną owej wyprawy! Ach, Re-Se-Necie, który wiesz więcej niż niejeden z powierników Minosa, czyż nie odczuwasz cichej radości na myśl o czekającym cię widowisku? - Znowu się roześmiał. - Zapewne odpowiesz mi znów, że jesteś cudzoziemcem i sprawy tego królestwa nie są twymi sprawami. Lecz pomyśl, proszę, o pożegnaniu obu braci! Lud wierzy, że bogom podobny Widwojos z własnej -woli i własną wiedziony nieustraszoną dzielnością wyrusza na ową wyprawę. Okręt jego nie opuścił jeszcze nadbrzeża w Amnizos, a już śpiewają o nim pieśni. Gdy ogłosił przez heroldów, że popłynie z wolną załogą i sam będzie nią dowodził, ogarnęło wszystkich zdumienie. Następnego dnia wielu najdzielniejszych młodzieńców zgłosiło się na wezwanie, chcąc dzielić z nim niebezpieczeństwa! A wszystko to dzieje się w chwili, gdy jasne jest, że największe niebezpieczeństwo czyha tu, zamknięte jak dzikie zwierzę w klatce serca jego królewskiego brata! - Znowu roześmiał się. - Ach, cóż by to było, mój przyjacielu, gdyby Widwojos uszedł niezliczonym sidłom, jakie z pewnością zastawił Minos na niego, odkrył tę krainę bursztynu i powrócił!

    - Sądzę... - odparł cicho Re-Se-Net - że potęga morska Krety jest wielka, tak wielka, że może rozstrzygnąć losy każdego okrętu, choćby nawet odpłynął on na kraj świata, tak daleko, że wieść o jego rozbiciu nie dotrze nigdy do Knossos.

    Marmaros zwrócił ku niemu w półmroku swe gładkie, ciemne oblicze.

    - Masz słuszność - rzekł z nagłą powagą. - Widwojos jest już człowiekiem umarłym... On sam wie o tym także, bardziej niż my obaj. Lecz nie jest głupcem... - I nagle roześmiał się. - Dla tej przyczyny właśnie kazałem obudzić się tak wcześnie! Aby nie utracić ni jednej, choćby najdrobniejszej chwili owego pożegnania obu braci.