Widwojos uniósł głowę i zwrócił wyciągnięte ręce ku Bykowi. Nie odrzekł ani słowa. Później zwrócił się ku stojącej przy ołtarzu Ariadnie i pozdrowił ją w podobny sposób. Wreszcie pochylił się i ujął rękojeść miecza. Uniósł go i wskazał okręt. Cała załoga, która powtarzała każdą jego czynność, uniosła także swój oręż.
Książę wsunął miecz do pochwy.
- Podejdź tu, Widwojosie, synu Minosa! - rzekła donośnie Ariadna.
Re-Se-Net dostrzegł, że książę zawahał się na ułamek chwili, jak gdyby słowa jej nie były przewidziane obrzędem pożegnania. Także Minos, który zasiadł znów na tronie, drgnął i rogata maska obróciła się z wolna ku wcieleniu, ku Wielkiej Matce.
Widwojos zbliżył się i stanął przed martwym koniem, którego śnieżnobiała sierść zbryzgana była zastygłymi czerwonymi kroplami.
- Słuszne jest, abyś będąc synem bogów i sam bogom podobny wziął z sobą w dalekie krainy znak najświętszy, który wbijesz w brzeg u celu podróży, aby ludzie i bogowie wiedzieli, że ziemie owe bierzesz w posiadanie Podwójnego Topora!
Wyciągnęła ręce i podała mu ów mały labrys, którym zabiła konia. Widwojos ujął go i pochyliwszy głowę ucałował z czcią drzewce siekiery.
- Strzeż go, a on ciebie ustrzeże! Odejdź w pokoju i powracaj!
Cofnęła się i znieruchomiała wsparta o płytę ołtarza. Książę odwrócił się, uniósł wysoko topór i skłonił się przed królem, a później, nie oglądając się już więcej, ruszył ku okrętowi ulicą utworzoną przez szeregi żołnierzy. Za nim postępowała załoga.
Wśród tłumu wzniosły się pojedyncze okrzyki, urosły i pośród wielkiej wrzawy i nawoływań idący dotarli do okrętu. Widać było z dala, jak wchodzą na burtę i zeskakują w dół. Tłum znowu ucichł. Oczy ludzi zwróciły się ku niebu i dalekiej linii widnokręgu na wschodzie, za którą urósł już blask niewidzialnego jeszcze słońca.
Na okręcie podniesiono reję ze zwiniętym żaglem. Wszyscy zamilkli w oczekiwaniu. Wygaszono pochodnie.
Król nieznacznie skinął ręką. Tron uniósł się i znieruchomiał nad głowami tłumów.
Re-Se-Net spojrzał na morze. Daleko, w pobliżu wysepki osłaniającej port Amnizos, dostrzegł niewielki ciemny punkcik. Jakiś okręt zbliżał się do brzegu. Jeśli przybywał z daleka, załoga nie wiedziała zapewne, że całe nadbrzeże pokryte jest nieprzeliczonym tłumem.
- Jeszcze chwila... - rzekł najszlachetniejszy Marmaros - a słońce ukaże się. Czy dostrzegłeś zdumienie bogom podobnego Widwojosa, gdy Ariadna podała mu Labrys?
- Tak, lecz nie wiem, czemu je przypisać? Czyżby Wielka Matka twego ludu postąpiła inaczej, niż chcą zawsze obyczaje? Sądziłem, że każda posiadłość kreteńska oddaje cześć podwójnemu toporowi przywiezionemu z wyspy.
- Masz słuszność, jest on świętym godłem Byka i towarzyszy jedynie królowi, a jako jego znak panuje nad innymi krajami, które są mu podległe. Dostrzegłeś zapewne, jak zaskoczony był Widwojos biorąc go z rąk Ariadny. Ma to wielkie znaczenie, bo gdyby Minos, pan nasz, umarł, nim ta wyprawa powróci, nie można by ukoronować kogo innego, zanim Widwojos i jego syn nie staną na ziemi kreteńskiej lub Ariadna nie otrzyma pewnej wieści, że zginęli. Czyżby więc Minos złagodził swą nienawiść do brata? Być może, lecz...
Urwał i powstał z fotela, a Re-Se-Net poszedł jego śladem. Na krawędzi widnokręgu zabłysnął wąziuteńko świetlisty rąbek blasku.
Król powstał z tronu, uniósł rękę i opuścił ją.
Przez chwilę Angeles stał nieruchomo przy nadbrzeżu, jak gdyby załoga jego nie dostrzegła znaku. Nagle drgnął, odepchnięty długimi drągami. Uniesione wysoko wiosła lewej burty opadły w wodę, uniosły się powoli i znowu opadły nadając mu wsteczny ruch i obracając dziób ku otwartemu morzu. Błysnął długi rząd wioseł z prawej, wsunięty w zagłębienia burty. Z pokładu w zupełnej ciszy dobiegł okrzyk niosący rozkaz.
Okręt obrócił się rufą ku nadbrzeżu. Wiosła uniosły się równocześnie, opadły, pióra zniknęły w wodzie i znów się uniosły. Nabierał z wolna szybkości. Z wysokiej rei opadł złocisty żagiel i błysnęła pośrodku niego wielka czarna głowa byka o białych oczach.
Tysiące rąk poczęły wymachiwać ku odpływającym, a ogromny okrzyk uniósł się nad miastem i zatoką.
Żagiel chwycił sprzyjający wiatr i wydął się głęboko.
- A więc wyruszyli... - rzekł najszlachetniejszy Marmaros. - I znów rzeka dworskich spraw powróci do zwykłego koryta.
Przez chwilę spoglądali za okrętem malejącym na błękitnych wodach zatoki.
Tłum z wolna rozpraszał się na powrót w wyloty ulic, choć wielu stało jeszcze na nadbrzeżu spoglądając na morze i niknący w oddaleniu żagiel. Orszak królewski ruszył formując się.
Re-Se-Net dopiero wówczas dostrzegł Wielką czarną lektykę, ozdobioną srebrnymi liliami, która> zatrzymała się nie opodal ołtarza dla przyjęcia Ariadny, żywego wcielenia Wielkiej Matki.
- Czy pójdziemy już, mój przyjacielu? - spytał najszlachetniejszy Marmaros. - Sądzę, że widowisko zostało szczęśliwie zakończone i pozostaje nam jedynie długie... lub nieco krótsze... - dodał znacząco - oczekiwanie na wieści o losach wyprawy bogom podobnego Widwojosa. Odwrócił się ku otoczonemu balustradą otworowi w dachu, z którego opadały kręte kamienne schody w głąb domu. Zrobił przy tym uprzejmy ruch dłonią.
- Dzięki ci, o najszlachetniejszy, że umożliwiłeś mi ujrzenie tak doniosłej uroczystości! - rzekł z uśmiechem Re-Se-Net składając mu głęboki ukłon. Wyprostował się i zrobił krok ku schodom, raz jeszcze rzucając okiem ku morzu.
Nagle zatrzymał się.
- O, bogowie! - wyszeptał. - O, Ra, Horusie i Wy, Wielkie Stowarzyszenie Nieśmiertelnych!
- Czy stało się coś? - zapytał Marmaros, nadaremnie wodząc oczyma po morzu i nadbrzeżu dla znalezienia przyczyny tak nagłej zmiany w zachowaniu kupca.