Выбрать главу

Will potwierdził. Nie było sensu zaprzeczać.

– Zdawało się, że to logiczne przypuszczenie – powiedział.

Orman pokiwał głową ze znużeniem.

– Tak, jak mówiłem, kiedy kogoś nie lubimy, łatwo jest nam źle o nim myśleć. – Obolały, podniósł się z krzesła, poruszał się z trudem. – Teraz cała moja nadzieja w tym, że jesteś zwiadowcą, ponieważ potrzebuję pomocy w wydostaniu się z zamku, a wątpię, czy prosty minstrel podołałby takiemu zadaniu. – Przerwał na chwilę, po czym dodał: – Jak mniemam, lady Gwendolyn także jest kimś innym, niż się wydaje?

– Skąd… – Will umilkł, uświadomiwszy sobie, że powiedział za dużo.

Orman uśmiechnął się.

– Nie zakładaj, że skoro ktoś nie jest lubiany, to nie potrafi myśleć – odrzekł. – Wy dwoje zjawiliście się właściwie w tym samym czasie, a potem lady Gwendolyn wezwała cię do swoich komnat. Później tak się jakoś złożyło, że oboje wybraliście się na przejażdżkę o tej samej porze. Nie bierz mnie za głupca.

Wydarzenia ostatnich kilku chwil następowały po sobie tak szybko, że Will zapomniał o konieczności ostrzeżenia Alyss, by trzymała się na uboczu. Podjąwszy decyzję, zapoznał Ormana z sytuacją, opowiadając mu o zaskakującym pojawieniu się Johna Buttle'a. Pan zamku w zadumie zmarszczył czoło.

– To niemały problem – przyznał. – Ten człowiek zalicza się do rekrutów z nowego zaciągu Kerena. Mój kuzyn werbuje wszystkich luźnych złodziei i morderców, którzy włóczą się po kraju. Ściągają ku niemu. Jednocześnie pozbywa się ludzi, którzy mogliby zachować lojalność wobec mnie. Poślę Xandera, niech przekaże dziewczynie wiadomość. Lepiej, by ten cały Buttle jej nie zobaczył. Potem pomyślimy, jak się stąd wydostać.

Sięgnął po mały srebrny dzwonek, stojący na stole, zadzwonił. Po chwili w drzwiach ukazał się Xander. Orman niezwłocznie wydał instrukcje, podczas gdy Will skreślił krótki liścik, który miał trafić do rąk Alyss.

Sekretarz z zatroskanym wyrazem twarzy złożył liścik, wsunął go do kamizeli i opuścił pokój. Jeszcze jedna myśl nie dawała Willowi spokoju. Wreszcie wypowiedział ją na głos:

– A Nocny Wojownik i zjawy w Lesie Grimsdell… Czy Keren stoi także za tym? Co na tym zyskuje?

– Widziałeś je, prawda? – spytał Orman. Potem wzruszył ramionami. – Szczerze mówiąc, nie wiem. Może za intrygą kryje się Malkallam, były uzdrowiciel. A może i Keren. Niewykluczone, że działają w zmowie. – Znów zadrżał, wstrząsany atakiem kolejnym bólu. – W każdym razie musimy się dowiedzieć, o co chodzi Malkallamowi – wyjęczał. Will spojrzał pytająco, więc Orman wyjaśnił: – On może być jedyną osobą, która wie, jak mnie wyleczyć. Musisz mnie do niego zabrać.

Rozdział 27

Czyś ty oszalał, panie? – Głos Willa ze zdumienia zamienił się w pisk. – Sądzisz, że Malkallam ci pomoże? Ależ to zapiekły wróg twojego rodu!

Jednak Orman pokręcił głową, choć i ten wysiłek zdawał się go kosztować wiele.

– Wierz sobie w bajki – odrzekł. – Ja nie wierzę nawet w to, że Malkallam stoi za wszystkim. Nie wierzę, że to czarnoksiężnik. Przeciwnie, moim zdaniem. Przez lata ów człowiek pracował jako uzdrowiciel, zielarz, bardzo dobry zielarz. Jednak później coś poszło nie tak, więc usunął się wszystkim z oczu. Ludzie opowiadali, że uciekł do lasu i otoczył się ciemnymi mocami oraz duchami.

– Co poszło nie tak? – dopytywał się Will.

Orman wzruszył ramionami i natychmiast tego pożałował. Wydał bolesne stęknięcie, po czym odpowiedział:

– Któż zdoła odgadnąć? Może z upływem lat ludzie zaczęli uznawać jego umiejętności za praktyki czarnoksięskie? To już się zdarzało, sam o tym wiesz, prawda? Opanujesz wiedzę, która wykracza nieco ponad rutynę. I, nim się obejrzysz, już gmin zaczyna wierzyć, że uprawiasz czary. – Przerwał, żeby złapać oddech. Znacząco zerknął na Willa. – Jako zwiadowca powinieneś to rozumieć.

Will świetnie rozumiał. Właśnie w taki sposób wielu ludzi myślało o zwiadowcach. Uświadomił sobie, że przecież i on sam, i Alyss już się przekonali, że spora część rzekomych „czarów" Malkallama polegała na wykorzystaniu skomplikowanych mechanicznych sztuczek. A jednak…

– Czy skalkulowałeś dobrze ryzyko spotkania z Malkallamem, panie? – spytał. – Bądź co bądź, bardzo wiele z tego, co mówisz, to tylko domysły.

Orman posłał mu blady uśmiech. Nie kryło się w nim rozbawienie.

– Pytanie brzmi, czy stać mnie na niepodjęcie ryzyka. Malkallam to jedyny człowiek w promieniu setek kilometrów, który ma umiejętności potrzebne do rozpoznania trucizny i znalezienia na nią odtrutki. W każdym razie jest taka szansa. Bez niego zapadnę w śpiączkę. Później umrę.

Will w zamyśleniu zmarszczył brwi, rozważając to, co usłyszał. Zdawał sobie sprawę, że pan zamku ma rację. Malkallam stał się dlań ostatnią deską ratunku. Nie istniał nikt inny, do kogo Orman mógłby się zwrócić.

Drzwi się otworzyły i pojawił się w nich Xander. W chwili, gdy sekretarz wszedł do gabinetu, Will spojrzał na jego twarz. Od razu wiedział, że niesie złe nowiny.

– Wasza dostojność, nie mogłem się do niej dostać. Wszędzie czyhają ludzie Kerena – oznajmił.

Orman zaklął, bo dopadł go kolejny atak. Xander natychmiast ruszył w stronę swego pana. Will zastąpił sekretarzowi drogę. Czuł, jak jakaś zimna dłoń zaciska mu się na sercu.

– Chcesz powiedzieć, że cię zatrzymali? – spytał, po czym dodał zjadliwie, z nutą potępienia: – Nawet nie próbowałeś się do niej dostać, prawda?

Łysa wiewiórka wytrzymała jego wzrok bez mrugnięcia okiem.

– Kiedy ich spostrzegłem, nie próbowałem. Nie zamierzałem ściągać podejrzeń na lady Gwendolyn – wyjaśnił.

Will obiema rękami chwycił niskiego człowieczka za kamizelę, przyciągając go bliżej siebie.

– Tchórzu! – warknął. – Co to znaczy, że nie zamierzałeś ściągać podejrzeń?

Xander bez cienia strachu spoglądał mu prosto w oczy. Nie szarpał się, nie próbował się uwolnić z uchwytu Willa.

– Zastanów się, zwiadowco. Widzą mnie, jak w pośpiechu zanoszę wiadomość lady Gwendolyn. Potem, w ciągu godziny, we trzech uciekamy z zamku. Czy sądzisz, że Keren nie umie do trzech zliczyć i nie odgadnie, że ona z tobą współpracuje?

Will pomału rozluźnił chwyt. Sekretarz cofnął się, wygładził pomięty kołnierz. Racja, pomyślał Will. Wszelkie próby ostrzeżenia Alyss ściągnęłyby na nią niebezpieczeństwo. Ale jeżeli natknie się na Buttle'a, jeśli on ją rozpozna… Will za wszelką cenę pragnął przekazać wiadomość łączniczce. Wszystko jedno, w jaki sposób.

– Muszę ją uprzedzić – oznajmił.

Orman ze znużeniem pokręcił głową.

– Za późno – westchnął. – Jeżeli Xander ma rację i ludzie Kerena są wszędzie, to mój kuzyn pewnie szykuje kolejny krok. Zostało nam ledwie kilka minut, żeby się stąd wydostać.

Will zatrząsł się ze złości.

– To wszystko, o czym potraficie myśleć? – spytał napastliwie. – Za wszelką cenę chcecie unieść stąd waszą cenną skórę? Do diabła z wami! Ja nie opuszczam przyjaciół w potrzebie.

Orman nie odpowiedział. Za to Xander zrobił krok w stronę Willa. Położył mu dłoń na ramieniu.

– Lord Orman ma rację – odezwał się cicho sekretarz. – Twoja jedyna szansa polega właśnie na wydobyciu go stąd. Już, teraz. Jeżeli schwytają was w zamku, nic nie powstrzyma Kerena przed zabiciem ciebie, twojej przyjaciółki oraz lorda Ormana. Nie pojmujesz?

Will zawahał się. W głębi ducha wiedział, że nie wolno mu zapominać o zasadniczym celu. Misja przede wszystkim. Xander ma słuszność. Obecnie, kiedy przekonał się, że Orman nie podniósł buntu, najważniejszym obowiązkiem zwiadowcy stawało się zapewnienie lordowi bezpieczeństwa. Jednak zajęcie się Ormanem oznaczało pozostawienie Alyss na pastwę losu.