Выбрать главу

– Marnujesz czas – tłumaczył cicho Orman. – Posłuchaj, twoją przyjaciółkę mogli już dotąd pojmać. Ale niewykluczone, że wciąż jeszcze przebywa na wolności. Jednak, jeżeli nas schwytają, Keren straci powód, do zachowania jej przy życiu. Zwłaszcza kiedy się dowie, że to kurierka. Jeśli wszelako nie dopadnie mnie, nie będzie mógł rościć sobie praw do zamku. Zostanie więc zmuszony do szukania innych rozwiązań. Jeśli chcesz, możesz mu nawet zaproponować, że wymienisz mnie za Gwendolyn. W takiej sytuacji zadba o nią starannie.

– Umilkł, pozwalając Willowi przemyśleć propozycję.

– Przypuszczam, że w rzeczywistości ma inaczej na imię niż Gwendolyn? – dodał.

– Alyss – Will odpowiedział z roztargnieniem. Myślał o tym, co właśnie tłumaczył mu Orman. To miało sens. Gdyby wszyscy byli uwięzieni, Keren straciłby powód do zachowania którekolwiek z nich przy życiu. Jeżeli jednak Will z Ormanem zdołają umknąć, Will zyska szansę, aby użyć lorda jako karty przetargowej. Przez moment zastanawiał się, czy naprawdę przehandlowałby pana zamku za Alyss. Uznał, że gdyby musiał wdać się w tak paskudną grę, nie wahałaby się ani chwili.

– Dobrze więc – zakomenderował władczo. – Zrobimy, jak proponujesz. – Przerwał, zbierając myśli, po czym jął pospiesznie wydawać polecenia. – Zbierz rzeczy – nakazał Ormanowi. – Podróżujemy bez bagażu, więc ogranicz się, jak tylko zdołasz. Ciepłe ubrania, dobra opończa, buty. Przypuszczam, że będziemy sypiać w trudnych warunkach. Ja pójdę do stajni, osiodłam dwa konie. – Will urwał, zerknął na sekretarza, poprawił własne wyliczenia. – Trzy konie. Xanderze, czy zdołasz sprowadzić lorda Ormana do wschodniego wyjścia ze stołpu, nie zwracając niczyjej uwagi?

Wschodnie drzwi wychodziły na dziedziniec, naprzeciwko stajni. Niski sekretarz skinął głową.

– Są schody dla służby. Skorzystamy z nich – odpowiedział.

Will przytaknął.

– Dobrze. Stawcie się tam za dziesięć minut. Będę trzymał konie w stajni, gotowe do drogi. Kiedy was zobaczę, wyprowadzę je na zewnątrz.

– A potem? – spytał Orman.

– Potem ruszamy z kopyta do bramy, jakby nas diabli gonili – odrzekł Will.

Twarz lorda wykrzywiła się w uśmiechu, pomimo wyraźnego bólu.

– Niezbyt to pomysłowe, zwiadowco – powiedział.

Will wzruszył ramionami.

– Jeśli wolisz, wykopiemy pod murami tunel albo przebierzemy się za druciarzy. Jednak, nim to zrobimy, wszyscy padniemy trupem. Nasza jedyna szansa to działanie z zaskoczenia. Zakładam, że twoi ludzie wciąż stoją na murach?

Orman potwierdził.

– Niektórzy strażnicy to rzeczywiście moi ludzie. Jednak niezbyt ich wielu.

– Dobrze. – Will spojrzał na Xandera. – Teraz wyprowadź lorda, korzystając z tylnych schodów. Keren i jego banda być może już coś przygotowali. Nie chcę, żebyście znaleźli się tu w pułapce.

Obaj mężczyźni zgodnie przytaknęli. Will spiesznie podszedł do drzwi, uchylił je, wyjrzał przez szczelinę. W przedpokojach nie było nikogo. Xander najwyraźniej zdążył odesłać starszego sierżanta oraz jego ludzi. Will podszedł do drzwi wiodących na korytarz, sprawdził, czy i tu nikogo nie ma. Wyszedł. W korytarzu zewnętrznym nie napotkał straży. Na przeciwległym krańcu dojrzał dwóch wartowników, ale ci nie zwrócili na niego większej uwagi. Will starał się, by iść spokojnym krokiem. Ruszył w stronę schodów, a potem w dół.

Nerwy miał napięte jak postronki, gdy przechodził przez wielką salę na dole, a potem przez dziedziniec. Każdy mięsień prężył się, żeby poderwać ciało do biegu. Zwiadowca pragnął dostać się do stajni jak najszybciej. Mimo to utrzymywał zwyczajne tempo, by nie zwracać niczyjej uwagi. Przez cały czas spodziewał się jakiegoś sygnału świadczącego o tym, że wszczęto alarm.

Znalazłszy się w półmroku stajennego budynku, porzucił od razu wszelkie pozory zwyczajności. Puścił się biegiem do przegrody Wyrwija, chwytając po drodze jego siodło oraz uzdę. Zwierzęta wyczuły niepokój Willa. Wyrwij czekał jednak spokojnie, aż Will narzuci na jego grzbiet derkę i siodło oraz zapnie popręg. Pies, wyczuwając, że dzieje się coś dziwnego, wyprężył grzbiet. Czatował. Kiedy Wyrwij był już osiodłany, Will sięgnął do siodła, wydobył części składanego łuku, w okamgnieniu złączył je w całość. Kołczan ze strzałami czekał nieopodal. Zwiadowca przymocował kołczan do łęku siodła, po czym wyprowadził Wyrwija z przegrody.

Po drodze sprawdził sąsiednie boksy, wybierając dwa nadające się do ucieczki wierzchowce. Jego własny juczny koń był zwierzęciem wytrzymałym, ale nie sprostałby tempu ucieczki. W stajni znajdowało się kilka bojowych ogierów. Will jednak z nich zrezygnował; Orman i Xander z pewnością nie poradziliby sobie z potężnymi bestiami. Kręcąc się tu wcześniej, zwrócił uwagę na młodą i silną gniadą klacz. Teraz ją wyprowadził, w mig osiodłał, nałożył uzdę. Sprawiała wrażenie spokojnej i potulnej, ale, sądząc po wyglądzie, potrafiła szybko biegać. Uwiązał klacz obok Wyrwija, pognał dalej wzdłuż boksów, szukając trzeciego konia.

W odległym końcu stajni znalazł siwego wałacha, który wyglądał na mało płochliwego. Osiodłał go, następnie sprawdził popręgi gniadej klaczy oraz siwka. Nie byłoby dobrze, gdyby siodła zsunęły się w chwili, gdy Orman z Xanderem spróbują dosiąść koni. Przygotowawszy wierzchowce, Will podszedł do wyjścia. Uchylił jedno skrzydło podwójnych wrót, przez wąską szparę zerknął w kierunku stołpu. Dostrzegł nieznaczne poruszenie przy wschodnim wejściu i domyślił się, że za lekko uchylonymi drzwiami już czeka Xander. W głębi poruszała się ciemna sylwetka, Will miał nadzieję, że to Orman. Równie dobrze mógł się tam jednak kryć któryś z ludzi Kerena. Zwiadowca wzruszył ramionami. Istniał tylko jeden sposób, aby się dowiedzieć.

– Świetnie – mruknął. Zerknął na sukę. Z postawionymi na sztorc uszami i niemym pytaniem w oczach wpatrywała się w niego wyczekująco. – Za mną – wydał komendę Will, po czym dodał: – Po cichu. – Ruchem dłoni, do którego wcześniej przyzwyczaił owczarka, wzmocnił słowny sygnał. Zadowolona, że wie, czego się od niej oczekuje, przyczaiła się, gotowa ruszyć w każdej chwili.

Will błyskawicznie przywiązał sznur do uzd pozostałych dwóch koni, następnie przytroczył go do siodła Wyrwija. Raz jeszcze, najszybciej jak mógł, pognał ku wrotom i szarpnął do końca jedno skrzydło. Prędko wskoczył na grzbiet Wyrwija, trącił konika piętami.

Sznur się napiął, ale klacz i wałach stawiały opór. Zwierzęta przez chwilę ociągały się. Wreszcie ustąpiły. Kopyta zadudniły po bruku, konie żwawo pokłusowały za Wyrwijem. Pies sunął obok niczym czarno-biały cień, prawie szorując brzuchem po ziemi.

Xander pomagał Ormanowi pokonać ostatnie trzy stopnie schodów prowadzących na dziedziniec. Widać było, że pan zamku, wspierany przez sekretarza, który objął go za ramiona, jest w złym stanie. Will pociągnął sznur, starał się zatrzymać konie. Przez moment trwał rozgardiasz. Wyrwij, wyczuwając, o co chodzi zwiadowcy, zaparł się krępymi nogami, żeby pozostałe konie również stanęły. Przepychały się trochę między sobą i plątały sznur, lecz Xander chwycił klacz za uzdę, osadzając ją w miejscu. Orman usiłował podciągnąć się na siodło. Will usłyszał syknięcie bólu. Raptowne zamieszanie przyciągnęło uwagę strażników. Któryś wołał coś z blanków w stronę uciekającej trójki. Will sięgnął do kołczana przytroczonego przy łęku siodła, chwycił strzałę, umieścił ją na cięciwie. Xander musiał radzić sobie ze słabością Ormana sam. Will skupił się na kontrolowaniu sytuacji. Badał, czy nie napotkają oporu.