A może lord odurzył Willa? Alyss wiedziała, że Orman studiuje księgi, poświęcone praktykom czarnoksięskim oraz truciznom. Will sam to potwierdził. Odrzuciła i ten pomysł. Will nie sprawiał wrażenia odurzonego. Przecież zauważyła, obserwując dziedziniec, kto prowadził uciekinierów.
Zdenerwowana, zaprzestała rozwiązywania łamigłówek. Stolik obok jej krzesła zajmowała robótka. Czyli coś w sam raz dla lady Gwendolyn. Alyss podniosła tamborek, wzięła się do przewlekania igły przez siatkową tkaninę. Tam i z powrotem, tam i z powrotem. Niestety, Alyss nie podzielała upodobania lady Gwendolyn do haftu. Kilka niezbyt entuzjastycznych prób wszycia ozdóbek w skrzydełko motyla skończyło się wbiciem igły w palec. Łączniczka cisnęła robótkę w kąt.
Czas płynął powoli. Okrutnie powoli. Maks wrócił mniej więcej po godzinie. Nie podsłuchał nic ponad to, co Alyss już wiedziała. Zamek aż się trząsł od plotek. Z jakiegoś powodu lord Orman, jego sekretarz oraz minstrel Barton umknęli. Wyglądało, że nikt nie wie, co ich zmusiło do podjęcia takiego kroku. Nikt nie potrafił również zgadnąć, dlaczego zbiegów usiłowano zatrzymać. W trakcie ucieczki minstrel postrzelił jednego z żołnierzy Kerena, trzymających straż na murach. Mężczyzna odniósł poważne obrażenia. Trafił do zamkowej infirmerii.
– Wszyscy są chyba równie zdumieni jak my – relacjonował rozwój sytuacji Maks. Alyss niecierpliwie potrząsnęła głową. Znowu rozpoczęła wędrówkę po komnacie. Maks, który nie wiedział, czy życzy sobie czegoś jeszcze, niepewnie chrząknął.
– Czy to wszystko, pani? – Odwróciła się do niego z przepraszającą miną.
– Oczywiście, Maksie. Dzięki. Możesz odejść.
Ledwie Maks zniknął, kiedy znów rozległo się pukanie.
– Wejść – zawołała. Kurierka sądziła, że wraca Maks, by coś dopowiedzieć. Bardzo ją więc zdziwiło, że w drzwiach stoi nie Maks, lecz sir Keren. Minęło kilka sekund, nim wskoczyła w skórę lady Gwendolyn. Nie była pewna, czy Keren to zauważył.
– Och, sir Kerenie – zatrzepotała rzęsami. – Cóż za urocza niespodzianka! Proszę do środka!
Zawołała w stronę przedpokoju:
– Maksie, podaj nam wina, proszę! Dobrego, gallijskiego. Proponuję białe.
Maks pospieszył do kredensu.
Tymczasem Keren wkroczył do pokoju. Rozglądał się uważnie. Obserwował ciśnięte w nieładzie suknie, stosy nakryć głowy, przyborów do upiększania i butów. Lady Gwendolyn otaczała się przedmiotami. Wskazała krzesło przy kominku.
– Wybacz, pani, że cię niepokoję – zaczął Keren.
Natychmiast weszła mu w słowo.
– Och, żaden kłopot, sir Kerenie, absolutnie, żaden kłopot. Wręcz przeciwnie, miło mi jest pogawędzić z przystojnym, młodym rycerzem. – Pozwoliła sobie na kokieteryjny uśmiech. – Tylko proszę, nie wspominaj mojemu narzeczonemu, lordowi Farrellowi, że tak mówiłam.
Keren zgodził się natychmiast.
– Twój sekret spoczywa u mnie bezpiecznie, pani – zapewnił dwornie.
Kiedy Maks wszedł do pokoju i napełniał kielichy, Alyss zalewała Kerena potokiem bezsensownej paplaniny. Spostrzegła, że spogląda na nią uważnie. W końcu, kiedy nabierała powietrza, wtrącił.
– Przed godziną w zamku doszło do pewnego zamieszania. Zastanawiam się, lady Gwendolyn, czy zwróciłaś na coś szczególną uwagę?
Otworzyła szerzej oczy. Starając się zademonstrować najszersze zdumienie i niepokój.
– Och, w rzeczy samej, słyszałam! Niemałe zamieszanie, dalibóg. Galopowały konie, ludzie wrzeszczeli. Prawdziwy tumult! Mój sługa, Maks, donosi mi, że jeden ze strażników został raniony. Prawda to?
– Tak, niestety. Zapewniono mnie jednak, że wydobrzeje – odparł Keren.
Alyss gorączkowo pochyliła się ku rycerzowi. Łokciami ściskała kolana, jak gdyby starała się okiełznać ciekawość.
– Wyjaśnij, proszę, sir Kerenie, cóż to się działo? Przestępcy? Rabusie? Rozbójnicy?
Keren, przybrawszy smutną minę, zaoponował.
– Gorzej, pani. O wiele gorzej. Obawiam się, że zdrajcy.
Alyss aż wyprostowała się z wrażenia, usta same jej się otworzyły. Rozważała, przez moment, czy nie ujawnić Kerenowi swojej prawdziwej tożsamości oraz celu wizyty. Bądź co bądź, wydawał się osobą godną zaufania. Alyss znała plan Willa, wiedziała, iż zwiadowca skłaniał się do wtajemniczenia Kerena w ich sprawy. Jednak instynkt nakazał kurierce wstrzemięźliwość.
– Zdrajcy, sir Kerenie? Tutaj, w Macindaw? Wstrząsające! Zamek pozostaje bezpieczny? – Ostatnie pytanie poparła lekko zaniepokojoną minką.
Keren uspokajał.
– Zupełnie bezpieczny, pani. Panujemy nad wszystkim. Jednak, jak się obawiam, przynoszę złe nowiny.
Przerwał. Oczy Alyss wciąż pozostawały rozszerzone, a usta otwarte. Czekała na dalszy ciąg wyjaśnień. W duchu westchnęła. Jeżeli Keren prędko nie skończy, jej wargi oraz brwi pewnie zastygną w wieczystym wyrazie zdziwienia.
– Lord Orman, panujący na zamku w zastępstwie ojca i dowodzący garnizonem, odsłonił swoje prawdziwe oblicze. Okazał się zdrajcą.
– Lord Orman? – spytała z niedowierzaniem.
Keren posępnie przytaknął.
– Knuł, co się właśnie teraz wydało. Chciał przed nastaniem wiosny poddać zamek armii Skottów. Minstrel Barton działał z nim w zmowie.
– Nie. On przecież… – Alyss z trudem zdołała się pohamować.
Keren przerwał bezceremonialnie.
– Obawiam się, że tak, pani. Wszystko wskazuje, że przez ostatnie trzy tygodnie, nawet wcześniej jeszcze, niźli tutaj się zjawił, minstrel przekazywał Skottom wiadomości od lorda Ormana.
Usta Alyss zamknęły się gwałtownie. Tylko chwile dzieliły ją od wyznania Kerenowi, że Will jest zwiadowcą. Oraz że przysłano go w celu zbadania tajemniczych wydarzeń dziejących się w lennie. Keren sam sprawił, że natychmiast poniechała wszelkich wyjaśnień.
Uwierzyłaby w oskarżenia, kierowane pod adresem Ormana. Tymczasowy lord knuł ze Skottami? To mogło być prawdopodobne. Tylko do czego zmierza Keren, posuwając się do łgarstw i obciążając Willa zarzutem zdrady? Zdała sobie sprawę, że rycerz z napięciem oczekuje na jakąś reakcję.
– Ale on ma taki miły głos – pisnęła. Uznała, że lady Gwendolyn udzieliłaby równie niemądrej odpowiedzi.
Brwi Kerena drgnęły. Bez wątpienia, wyciągnął taki właśnie wniosek.
– Wszelako, pani, jako ci rzekłem, minstrel szpieguje.
– Cóż, dziękuję za wieści, sir Kerenie. Okropna sprawa. Okropna, w rzeczy samej! Domyślam się, że mój narzeczony, lord Farrell, będzie przerażony, kiedy się dowie, jakie niebezpieczeństwo mi tutaj groziło!
Keren ciągle nie wstawał. Ale skłonił się lekko.
– Zapewniam cię, pani, nic ci nie groziło i nie grozi. Na szczęście, w porę odkryliśmy spisek. Żałuję tylko, że zdrajcy zdołali zbiec. Uznałem, że najlepiej powiadomić cię od razu, gdyż z pewnością zamieszanie na dziedzińcu wywołało twój niepokój.
– W rzeczy samej, sir Kerenie. W rzeczy samej. Dziękuję za troskę. Czuję się spokojniejsza wiedząc, że moje bezpieczeństwo spoczywa w rękach tak dzielnego i uprzejmego rycerza. Pragnęłabym ci jeszcze oznajmić…
Cokolwiek pragnęła mu jeszcze oznajmić, musiało ustąpić przed kolejnym pukaniem do drzwi.
– Wejść – zawołał Keren.
Alyss pomyślała, że on jednak zachowuje się nieco obcesowo. Bezczelność nie całkiem pasowała do obrazu szarmanckiego rycerza, który przybywa, żeby rozproszyć niepokój damy goszczącej w zamku. Sir Keren stawał się w oczach kurierki całkiem innym kimś.
Klamka jęknęła. Drzwi, pchnięte dość gwałtownie, otworzyły się na oścież. Do komnaty wtargnął mocno kulejący mężczyzna. Jego prawe udo opatrzone zostało byle jak. Od razu stało się jasne, kogo szuka. Natychmiast zwrócił się do sir Kerena i złożył mu raport: