Выбрать главу

– Uszli nam, niech ich diabli. Wjechali do tego przeklętego lasu. – Odwrócił się ku Alyss. Kurierka nie zdołała ukryć zaskoczenia.

Stał przed nią John Buttle.

Rozdział 32

Malkallam pojawił się na ganku po mniej więcej godzinie.

Will, wyciągnięty na ławie, zdążył już nawet przysnąć. Czuł rozkoszne ciepło słonecznych promieni, coraz gęściej zaglądających pod okap. Obudził się, gdy usłyszał skrzyp otwieranych drzwi. Drobny człowieczek zatrzymał się obok Willa. Malkallam, spostrzegłszy pytający wzrok zwiadowcy, zachichotał.

– Wydobrzeje – zapewnił. – Chociaż, gdybyście dłużej zwlekali, nie jestem pewien, czy przeżyłby. Sekretarz wciąż sterczy u boku lorda. Daje baczenie – dodał.

Will skinął głową. Spodziewał się, że Xander pozostanie u boku swego pana, dopóki ten nie wyzdrowieje.

– A więc został odurzony? – spytał.

Malkallam przytaknął.

– Otruty, ściśle rzecz biorąc. Szczególnie paskudną substancją, zwaną korokorą. Mało kto ją zna, a w żadnym z ważniejszych traktatów zielarskich, a nawet i trucicielskich nie znajdziesz o niej choćby wzmianki. Potrzeba około tygodnia, by zaczęła działać, więc zapewne dodano jej Ormanowi do jedzenia albo do napoju w ciągu ostatnich dziesięciu dni. Jedna mała dawka wystarczy. Przez kilka dni nic się nie dzieje. Symptomów wtedy brak. Potem często nic nie daje się zrobić.

– Czyżby uzdrowicielom z zamku brakowało wiedzy? – zapytał Will z powątpiewaniem.

– O korokorze niewielu coś wie. Większość uzdrowicieli wcale o niej nie słyszała. Zresztą, nawet gdyby słyszeli, nie znaleźliby odtrutki.

– Ty znalazłeś? – stwierdził Will.

Malkallam znowu zachichotał.

– Bo ja nie przypominam większości uzdrowicieli.

– Nie, nie przypominasz. A właściwie, kim ty jesteś, jeśli wolno spytać?

Malkallam, zanim odpowiedział, przez parę sekund wpatrywał się w zwiadowcę. Potem machnął na Willa, żeby się przesunął na ławie.

– Zrób trochę miejsca, porozmawiamy – westchnął. Usiadł obok i spojrzał na polanę.

Trobar nadal bawił się z suką. On rzucał skórzaną piłkę, ona cierpliwie przynosiła mu ją z powrotem i przytrzymywała. Kładła nos na przednich łapach, dziarsko merdając. Droczyła się z olbrzymem. No, spróbuj mi odebrać!

Kiedy Will spał, mieszkańcy małej osady Malkallama rozeszli się do normalnych, codziennych zajęć. Ktoś czerpał ze studni wodę, ktoś piłował drwa, ktoś układał je w stos.

– Zaczynajmy – rzekł Malkallam. – Co o mnie wiesz?

– Co wiem? – powtórzył Will. – Bardzo niewiele. Oczywiście, dochodziły do mnie rozmaite plotki. Jesteś czarnoksiężnikiem, powtórnym wcieleniem czarnego maga Malkallama. Przed stu laty zamordowałeś przodka Ormana. Twoja siedziba znajduje się w Lesie Grimsdell. Tutaj spotyka się dziwne zjawy, przeżywa straszliwe wizje, słyszy niezwykłe dźwięki. Sam spotykałem, przeżywałem i słyszałem niektóre z nich.

– Istotnie – mruknął zadumany Malkallam. – Odwiedzałeś mój las kilka nocy temu. Nie zaprzeczysz. Koszmarny Nocny Wojownik cię nie odstraszył?

– Byłem przerażony jak nigdy w życiu – przyznał Will.

– Lecz mimo wszystko wróciłeś.

Will pozwolił sobie na blady uśmiech.

– Nie nocą. Wróciłem przy świetle dnia. Wtedy przekonaliśmy się, że wizje to nic innego, jak tylko gigantyczny pokaz możliwości latarni magicznej.

Malkallam uniósł brwi.

– Bardzo dobrze – stwierdził. – Jak się domyśliłeś?

– Alyss się domyśliła. Wytropiła w trawie wypalone ślady. Tam, gdzie ustawiłeś latarnię.

– Jak rozumiem, Alyss to owa młoda dama, która towarzyszyła ci podczas wizyty następnego dnia? – spytał Malkallam. Zmarszczył czoło. – Co z nią?

– Nadal przebywa w zamku – odpowiedział Will.

Malkallam znów uniósł brwi.

– Zostawiłeś ją tam?

Will zachmurzył się.

– Nie na długo – zapewnił z ponurą zawziętością. Malkallam poruszył bolesny temat. Gospodarz Lasu Grimsdell natychmiast wykonał uspokajający gest.

– Na wszystko przyjdzie czas. Odniosłem wrażenie, iż chodzi o zupełnie wyjątkową młodą damę.

– O, tak. Ale rozmawiamy przecież o tobie – podkreślił z naciskiem Will. Zbyt długo pozwalał się wodzić za nos.

Malkallam uśmiechnął się.

– W rzeczy samej. Cóż, jak chyba się domyśliłeś, żaden ze mnie czarnoksiężnik. Kiedyś byłem uzdrowicielem. – W jego głosie zadźwięczał tęskny ton. – Bardzo dobrym uzdrowicielem, skoro o tym mowa – zaznaczył z przekonaniem. – Wtedy naprawdę cieszyłem się z życia. Czułem, że robię coś wartościowego.

– Dlaczego wszystko się zmieniło? – zapytał Will.

Malkallam westchnął.

– Ktoś umarł – odrzekł. – Piętnastolatek, uroczy chłopiec, lubiany przez wszystkich. Rodzice przyprowadzili go do mnie ze zwykłą gorączką. Błahostka, wcześniej wiele razy zajmowałem się podobnymi przypadkami. Ot, banalny problem. Tyle że u tego akurat chłopca nie zadziałały leki, które podałem. Co gorsza, wystąpiła reakcja alergiczna. Nie minął dzień, gdy zmarł.

Głos kruchego człowieczka zadrżał nieco. Will dostrzegł pojedynczą łzę. Jedną jedyną.

– Tak się czasem zdarza. Bywa, że ludzie umierają pozornie bez żadnego powodu.

– Wieśniacy ciebie obarczyli winą? – bardziej stwierdził, niż spytał Will.

Malkallam przytaknął.

– Zaczęło się powoli, od szeptanych plotek. Był jeden człowiek, który pragnął zająć posadę uzdrowiciela. Moją posadę. Jestem pewien, że to on wszystko rozpętał. Twierdził, że pozwoliłem chłopcu umrzeć. Stopniowo przychodziło do mnie coraz mniej ludzi. Wybierali tego drugiego.

– Domyślam się, że za swoje usługi pobierał od nich opłatę?

– Oczywiście. Ja zresztą również. Nawet uzdrowiciel musi coś jeść. Plotki stawały się coraz okropniejsze. Potężniały. Jeśli ktoś w wiosce umierał po wizycie u mojego konkurenta, wmawiał wieśniakom, że ja tę osobę przekląłem. Wygodne usprawiedliwienie.

– Żartujesz – odparł Will. – Nie chcesz chyba powiedzieć, że ludzie uwierzyli?

Malkallam tylko wzruszył ramionami.

– Byłbyś zdumiony, słysząc, w co ludzie zdolni są uwierzyć. Im większe kłamstwo, im większa bzdura, tym chętniej nadstawiają ucha. Często tłumaczą sobie: „Straszne! Takie straszne, że to aż musi być prawda". W każdym razie, ilekroć przechodziłem obok, ludzie zniżali głos do szeptu. Wreszcie wszyscy, bez wyjątku, patrzyli na mnie spode łba. Uznałem więc, że czas zadbać o własne zdrowie i opuściłem wioskę. Pewnego dnia ulotniłem się. Zamieniłem wioskę na Las Grimsdell. Miesiącami koczowałem w namiocie. Wreszcie zbudowałem dom. Ten dom. Wiedziałem, że miejscowi nie zawahają się pójść moim tropem do lasu. Bądź co bądź, ponoć miał tutaj swoją siedzibę Malkallam, żyjący przed stu laty.

– Dlaczego właściwie używasz tego samego imienia?

Pytanie Willa uzdrowiciel zbył krótkim, pogardliwym chichotem.

– Nie tyle ja go używam, co ludzie mi je nadali – wyjaśnił. – Ja mam na imię Malcolm. Po moim zniknięciu miejscowi dodali dwa do dwóch. Wyszło im siedem. Uznali, że Malcolm to zmieniona dla niepoznaki forma imienia Malkallam. Stąd już tylko krok dzielił ich od dalszych bredni. Zostałem osławionym czarnoksiężnikiem, który powstał z martwych. Wykorzystałem ten fakt, żeby się chronić, przyznaję. Przygotowałem sztuczki, wywoływałem duchy. Sam to widziałeś. Ilekroć komuś starczało odwagi, by wkroczyć do Grimsdell, prędko ją tracił. Śmiałków skutecznie odstrasza Nocny Wojownik. No, i głosy.