– Jak stworzyłeś głosy? – spytał Will. – Kiedy je usłyszałem, odnosiłem wrażenie, że dobiegają zewsząd.
Malcolm zachichotał.
– Wcale udany efekt, nieprawdaż? Używam wydrążonych tub, rozmieszczonych między drzewami. Mówisz do jednej, głos przenosi się do drugiej. Na końcu szeregu zastosowałem specjalny dzwon w kształcie trąby, który wzmacnia dźwięk. Dzwon spoczywa w spróchniałym pniu. Nikt go nie zobaczy. Do tuby gada Luka. O, ten tu. Ten, co zbiera drewno na opał.
Wskazał osobnika, który dziwacznie kuśtykał po drugiej stronie polany. Luka, człowiek o potężnym torsie i okropnie wykrzywionej twarzy, dźwigał masywny tułów umieszczony na króciutkich, zdeformowanych nóżkach. Przechylony mocno w jedną stronę, straszliwie się garbił. Starał się ukryć deformację pod bujnym zarostem i długimi włosami. Tyle że bez żadnego skutku.
– Posiada cudowny głos – ciągnął Malcolm. – Zdeformowana klatka piersiowa pozwala uzyskiwać brzmienia o niesłychanej sile. Korzystając z tuby, wypowiada każde słowo bardzo wyraźnie, głośno. Nie przywykł, by mu ludzie odpowiadali. Napędziłeś mu zatem niezłego stracha, kiedy tamtej nocy zacząłeś wymachiwać wielkim nożem.
– Jego strach nie równał się w żaden sposób z moim przerażeniem – burknął Will, przyglądając się kalece.
– Wyjaśnij mi, skąd się wzięli ci tutaj? Luka, Trobar, reszta.
– Pewnie wpadło ci do głowy, że to ja ich stworzyłem?
Gorzki uśmiech zatańczył na wargach Malcolma. Will, zmieszany, poruszył się na ławie.
– Cóż… W rzeczy samej, nie zaprzeczę – przyznał.
Twarz Malcolma posmutniała.
– Tak. Ludzie, którzy widują ich czasami, inaczej nie myślą. Że to moi pokraczni poddani. Że to moje stwory. Że to moje potwory… Prawda przedstawia się znacznie prościej. Zgromadziłem wokół siebie ludzi odrzuconych. Zwyczajnych wieśniaków, tyle że niechcianych w wioskach. Oni wyglądają inaczej. Albo inaczej mówią. Lub inaczej się poruszają. Niektórzy, na przykład Trobar i Luka, tacy się urodzili. Innych okaleczył ogień lub wrzątek. Jeszcze inni to ofiary wypadków. Ludzie się ich boją, brzydzą. Nie chcą takich sąsiadów.
– Jak do ciebie trafiają? – Will drążył dalej.
Uzdrowiciel wzruszył ramionami.
– Sam ich wyszukuję. Trobar był pierwszy. Znalazłem go przypadkiem, kiedy liczył sobie osiem lat. Teraz ma osiemnaście. Został wypędzony z wioski, ponieważ taki wielki urósł. Wygnali go do lasu, na pewną śmierć. Próbował zabrać ze sobą psa. Miał tylko jego. Jedynego na całym świecie przyjaciela. Zwierzęcia nie obchodziło, że chłopiec jest brzydki i pokraczny. Pokochał Trobara, Trobar pokochał jego. Psy już takie są. Nie osądzają.
– Co się stało z psem? – zapytał Will. Pomyślał, że chyba zna odpowiedź.
– Pies naturalnie starał się bronić pana. Któryś z wieśniaków po prostu go zatłukł. Trobar przydźwigał zwłoki do lasu, a wieśniacy w końcu machnęli ręką na odmieńca. Kiedy go znalazłem, tulił martwego psa i płakał. Razem pochowaliśmy zwierzę, potem sprowadziłem chłopaka tutaj. Z biegiem lat dołączało do nas coraz więcej jemu podobnych. Wiedzieliśmy, kogo wieśniacy wypędzają od siebie, zbieraliśmy odrzuconych, sprowadzaliśmy tutaj. Niektórzy potrzebowali uzdrowiciela. Dzięki ziołom oraz wywarom umiałem im pomóc. W pewnych przypadkach należało zastosować kurację innego rodzaju.
– Znasz się i na takich kuracjach? – spytał Will.
Malcolm przytaknął.
– Staram się pomagać. Niekiedy wystarczy, by chorzy wiedzieli, że odnaleźli własne miejsce. Że istnieją tacy bliźni, którzy nie osądzają ich po wyglądzie. Kuracja ducha wymaga jednak długiego czasu. Wierz mi, o wiele łatwiej wyleczyć zranione ciało niż cierpiącą duszę.
Will machinalnie przytaknął. Rozważał to, co przed chwilą usłyszał.
– Chociaż od wielu lat opiekujesz się ludźmi takimi jak ci, wieśniacy wciąż traktują cię jak czarnoksiężnika?
Malcolm wzruszył ramionami.
– Po części sam jestem sobie winien. Wymyśliłem praktyki czarnoksięskie, żeby utrzymać ludzi na dystans. Tyle że ktoś niedawno zaczął rozważać, jak zdoła dla własnej korzyści wykorzystać bajkę o Malkallamie. Wszystko nastąpiło w ciągu ostatniego roku.
– Keren? – podpowiedział Will.
Malcolm raz jeszcze przytaknął.
– Tak wskazują wszelkie znaki na ziemi i niebie. Zasadnicze pytanie brzmi: co on chce uzyskać, strasząc upiorami z przeszłości?
– Kiedy tylko się o wszystkim dowiem – oznajmił ponuro Will – dopilnuję, byś i ty się dowiedział.
Rozdział 33
Buttle wpatrywał się przenikliwie w siedzącą na krześle Alyss. Dziewczyna na moment zamarła. Wielkie nieba, cóż on tu robi? Rozpoznał ją? Wśród gonitwy myśli kurierka musiała wysilić cały swój talent aktorski, by utrzymać się w roli trzpiotowatej lady Gwendolyn.
– Wybacz najście – warknął gburowato Buttle.
Sądząc po bezceremonialności tonu, miał w nosie wszelkie jej wybaczenia. Odwrócił się obcesowo ku Kerenowi. Na damę nie zwracał najmniejszej uwagi. Chociaż czoło lekko zmarszczył. Coś go w tej pannicy zastanawiało.
– Uznałem, że zechcesz dowiedzieć się natychmiast. Powiedzieli mi, że jesteś tutaj z… – wskazał kciukiem Alyss.
– Z lady Gwendolyn – podpowiedział Keren. – Narzeczoną lorda Farrella z Gort. Wielmożną damą goszcząca w naszym zamku.
W tonie Kerena zadźwięczała ostrzegawcza nuta. „Nie gadaj przy niej za wiele". Alyss wyczuła intencję. Napięła twarz w bezmyślnym uśmiechu. Omdlewającym ruchem podsunęła Buttle'owi dłoń, wierzchem do góry.
– Jak mniemam, spotykamy się pierwszy raz, mój dobry człowieku – westchnęła.
Buttle przez chwilę gapił się na dłoń damy. Chyba nie wiedział, co powinien uczynić. Dworzanin uniósłby rzecz jasna tę dłoń ku wargom, markując pocałunek. Buttle nie był wszelako dworzaninem. Keren pospieszył z wypełnieniem luki w konwersacji.
– Lady Gwendolyn, stoi przed panią John Buttle, jeden z moich niedawno zatrudnionych pomocników.
Buttle z wolna pojmował, że trzeba coś wykonać z wyciągniętą ręką Alyss. Sięgnął, chwycił, uścisnął. Bynajmniej nie łagodnie.
– Miło poznać – warknął z wdziękiem słonia w składzie porcelany.
– Jestem zaszczycona – odparła gładko Alyss. – Jak rozumiem, to pan ścigał zdrajców? Cóż za odwaga! – Zatrzepotała rzęsami w stronę zbója.
Buttle przez chwilę marszczył czoło.
– Zdrajców? – zawahał się. Niepewnie zerknął na Kerena.
– Właśnie poinformowałem lady Gwendolyn – Keren zwrócił się do Buttle'a – o spisku lorda Ormana i minstrela, którzy planowali wydanie zamku w ręce Skottów.
Zmarszczki na czole Buttle'a pogłębiły się. Milczał przez chwilę. Wreszcie, choć odrobinę zbyt późno, spłynęło nań olśnienie.
– Ech? Och… No tak. Uhm, zgadza się. Zdrajcy, jasna sprawa. Szczęście, żeśmy ich w porę dopadli, powiadam. Bo gdyby nie, to oni by…
– Tak, tak, jestem pewien, że lady Gwendolyn nie pragnie wysłuchiwać wszystkich ponurych szczegółów – wtrącił pospiesznie Keren. Nie miał złudzeń co do narracyjnych zdolności Buttle'a. Opryszek z pewnością nie opanował trudnej sztuki improwizowania opowieści. Zwłaszcza tak, żeby niczego nie pokręcić.
Alyss zwróciła uwagę na nagłą interwencję Kerena. Łatwo domyśliła się przyczyny. Uczuła, jak kamień spada jej z serca. Bo przecież nie odsłoniła przed uzurpatorem nawet rąbka tajemnicy. Wiele spraw, związanych z Zamkiem Macindaw, rysowało się teraz w odmiennym niż dotąd świetle.
– Doprawdy, Buttle, pana chyba zraniono! – pisnęła. – Człowieku, zakrwawisz nam cały dywan!