– To ich prawo, panie. Mogą robić ze swoim łupem, co chcą. W Łupogrodzie zawsze tak się działo. – Przerwał i podrapał się w bliznę na policzku.
Kapitan wiedział, że mat długo waży słowa, zanim coś powie.
– To dobrzy ludzie, panie – podjął po chwili. – Dobrzy marynarze, prawdziwi żeglarze. Żaden z nich nigdy się nie wymiguje, czy chodzi o szycie żagla, czy też o wymachiwanie szablą. Ale nie zostali piratami, aby żyć zgodnie z narzucanymi przez kogoś zasadami, niezależnie od tego, jak wielkie korzyści mogliby dzięki temu osiągnąć. – Z trudem wytrzymał wzrok Kennita, kiedy oświadczył: – Ludzie nie zostają piratami, by podlegać czyimś rządom.
Chwilę milczał, po czym nagle nabrał pewności siebie.
– Ciężko pracują i chcą się nacieszyć swoimi zarobkami – ciągnął. – To zaprawieni marynarze, a nie odrzutki z lupanaru. Sprzedając ich łupy, sugerujesz im, panie, że sami nie potrafią tego zrobić. Obrażasz ich. – Potrząsnął w zamyśleniu głową. – To dzielni ludzie. Zdobyłeś ich sobie, panie. Poszliby za tobą w ogień. Ale wykaż się mądrością i nie próbuj decydować za nich. Cała ta gadka o królach i przywódcach bardzo ich niepokoi. Nie można zmusić człowieka, by dobrze dla ciebie walczył… – Sorcor urwał i spojrzał nagle na Kennita, jak gdyby dopiero teraz przypomniał sobie, do kogo mówi.
Młody kapitan poczuł przypływ lodowatego gniewu.
– Nie wątpię, że tak, Sorcorze. Dopilnuj wachty, ponieważ nie wracam tej nocy. Zostawiam statek w twoich rękach.
Po tych słowach odwrócił się i odszedł. Nie obejrzał się, nie spojrzał matowi w twarz. Jego stwierdzenie oznaczało rozkaz pozostania na statku przez noc, ponieważ umówili się, że podczas pobytów w porcie zawsze któryś z nich będzie spał na pokładzie. No cóż, niech sobie Sorcor zrzędzi. Przecież właśnie paroma zdaniami sparaliżował wszystkie marzenia, którymi Kennit karmił się przez ostatnie kilka miesięcy. Teraz, przemierzając wielkimi krokami pokład, zastanowił się, jak w ogóle mógł, niczym głupiec, snuć takie marzenia. Kim był? Tylko kapitanem żaglowca pełnego nicponi, z których żaden nie patrzył poza czubek własnego nosa.
Lekko zeskoczył z pokładu do doków. Natychmiast zafalował wokół niego tłum rozgadanych sprzedawców, lecz jedno jego gniewne spojrzenie uciszyło ich wszystkich. Dawno już sobie wyrobił reputację w Łupogrodzie. Myśl ta napełniła go jedynie jeszcze większą goryczą. Ludzie ustępowali, kiedy przepychał się obok nich. Reputacja w Łupogrodzie! Też coś! Była równie cenna jak podziwianie swojej facjaty w kałuży sików. Kennit był kapitanem statku, ale jak długo jeszcze? Tak długo, póki podległe mu kundle wierzą w jego pięść i ostrze. Za dziesięć lat pojawi się ktoś ambitniejszy, szybszy albo bardziej podstępny od niego i wtedy Kennit może się zmienić w jednego z tych żebraków o szarych twarzach, którzy kręcili się po alejkach okradając pijaków lub wystawali przed tawernami błagając o odpadki.
Miotał nim gniew, niczym szalejąca we krwi trucizna. Młody pirat zdawał sobie sprawę z tego, że mądrzej byłoby poszukać miejsca, gdzie w samotności przeczekałby ponury nastrój, czuł jednak tak wielką nienawiść do samego siebie i do świata, że nie myślał racjonalnie. Nienawidził lepkiego, czarnego błota ulic i bocznych dróżek, nie cierpiał brudnych kałuż, które przeskakiwał, czuł wstręt do fetoru i hałasu Łupogrodu. Żałował, że nie może wziąć odwetu na swoim świecie i własnej głupocie poprzez zniszczenie wszystkiego wokół.
Wiedział, że nie ma czasu na negocjacje. Nie dbał o to. Pośrednicy w Łupogrodzie pobierali dla siebie tak wielki procent, że właściwie nie warto było robić z nimi interesów. Bardziej się opłacało sprzedać towary w Chalced. Wszystkie łupy, które zdobyli między Chalced i domem, praktycznie trzeba było oddać sępom. Zdenerwowany i roztargniony, sprzedał jedwab za połowę jego wartości, a kiedy kupiec próbował zapłacić równie niewiele za brandy i cindin, Kennit ostro zareagował gniewem. Handlarz zapłacił w końcu za trunki znacznie powyżej ich wartości, żeby tylko piracki kapitan nie udał się z całym ładunkiem do kogoś innego. Transakcję przypieczętowano kiwnięciem głowy, ponieważ Kennit zbyt pogardzał tym człowiekiem, by uścisnąć mu dłoń. Złoto miało zostać wypłacone następnego dnia, gdy handlarz przyśle swoich robotników portowych, by rozładowali ładunek.
Bez zbędnych ceregieli opuścił sklep.
Na zewnątrz zapadł już letni zmierzch. Z tawern docierały chrapliwe i coraz głośniejsze odgłosy; bzyczenie owadów i rechot żab z okolicznych moczarów i słonawej, bagiennej doliny stanowiły chór w tle. Wraz ze spadkiem temperatury nos Kennita zaatakowało mnóstwo nowych zapachów. Śliskie uliczne błoto pluskało hałaśliwie pod jego butami. Szedł samym środkiem ulicy, z dala od przyćmionych alejek, w których czaili się grabieżcy. Większość z nich była tak zdesperowana, że napadała na każdego mijającego ich przechodnia. Nagle i tak gwałtownie, jak gdyby przypomniał sobie o zapomnianym spotkaniu, Kennit zrozumiał, że jest głodny i spragniony. Czuł się też zmęczony. I nie było mu do śmiechu.
Fala gniewu osłabła, pozostawiając po sobie znużenie i smutek. Rozpaczliwie starał się obarczyć kogoś odpowiedzialnością za zaistniałą sytuację. Nie chciał przyznać, że wina, jak zawsze, leżała po jego stronie. Nie mógł jej złożyć na kogoś innego, nie mógł też nikogo ukarać. Zresztą stale popełniał nowe błędy.
Niemal bezwiednie dotarł do burdelu Bettel. Światło przeciekało przez żaluzje niskich okien. Ze środka docierała cicha muzyka i ostry głos śpiewającej sopranistki. W pirackim mieście było zaledwie kilkanaście wielokondygnacyjnych budynków; należał do nich lokal “U Bettel”. Biała farba, maleńkie balkony i czerwone dachówki – budowla wyglądała jak lupanar przeniesiony z Chalced i rzucony w błota Łupogrodu. Donice z kwiatami na schodach przesycały powietrze przyjemnym zapachem, dwie miedziano-mosiężne latarnie kusząco świeciły po obu stronach zielono-złotych drzwi. Pełniący straż dwaj zbóje błyskali w stronę Kennita kretyńskimi, porozumiewawczymi uśmieszkami. Natychmiast ich znienawidził, bo byli tak duzi i głupi, a na utrzymanie zarabiali wykorzystując jedynie własne mięśnie. Błędnie sądzili, że to zawsze wystarcza, młody kapitan wiedział jednak więcej o życiu. Zapragnął chwycić ich za gardła, stuknąć jedną uśmiechniętą gębą o drugą, zobaczyć, jak ich czaszki zderzają się ze sobą, a następnie roztrzaskane odsuwają się od siebie. Miał ochotę poczuć, jak ich tchawice pękają pod jego palcami i usłyszeć ostatnie oddechy świszczące w zmiażdżonych gardzielach.
Uśmiechnął się lekko do nich. Nadal patrzyli na niego, a ich uśmieszki stały się nieco nieprzyjemne i szydercze. W końcu rozstąpili się na boki i prawie się kuląc zrobili mu przejście.
Drzwi burdelu zamknęły się za Kennitem, separując go od błota i smrodu Łupogrodu. Kapitan znalazł się w wyłożonym dywanem foyer, oświetlonym przyćmionym żółtym światłem latarni. W powietrzu unosiła się znajoma woń perfum Bettel i pachnący dymem aromat palonego cindinu. Śpiew i muzyczny akompaniament były teraz wyraźniejsza Przed Kennitem stanął służebny chłopiec i wskazał niemo na zabłocone buty kapitana. Kennit skinął leciutko głową, a wtedy służący podskoczył do niego ze szczotką, aby zetrzeć z butów najgorsze błoto, po czym starannie przetarł je szmatką. Następnie nalał chłodnej wody do miski i podsunął ją Kennitowi. Kapitan zdjął z ramienia chłopca ściereczkę, zmoczył ją, po czym wytarł całodzienny pot i kurz z twarzy oraz rąk. Kiedy skończył, służący bez słowa podniósł na niego oczy, a wtedy Kennit pogłaskał go po wygolonej głowie. Chłopiec wyszczerzył do niego zęby i przebiegł pomieszczenie, by otworzyć dla niego drugie drzwi.
Białe drzwi powoli się rozsunęły i śpiew stał się głośniejszy. Kennit dostrzegł kobietę o blond włosach. Siedziała po turecku na podłodze i akompaniując sobie na trzech małych bębenkach śpiewała piosenkę o swoim dzielnym ukochanym, który wypłynął w morze. Kennit ledwie na nią spojrzał. Nie przyszedł tu dla sentymentalnych śpiewek. Zanim zdążył się zniecierpliwić, ze swego wyściełanego tronu podniosła się Bettel, podeszła i lekko wzięła go pod ramię.
– Kennicie! – krzyknęła głośno ze słodką dezaprobatą. – Więc w końcu przybyłeś, niegrzeczny chłopcze! “Marietta” zacumowała już wiele godzin temu! Co cię tak długo zatrzymało?