Выбрать главу

– Papo, wróciłam do domu – powiedziała ze sztucznym ożywieniem, jak gdyby jej ton mógł cokolwiek zmienić.

Ręka mężczyzny szarpnęła się słabo w jej dłoni, potem jego oczy ponownie się zamknęły.

– Umieram – oświadczył zrozpaczonym, gniewnym głosem.

– Och, papo, nie, na pewno poczujesz się lepiej, przecież…

– Bądź cicho. – Był to kapitańsko-ojcowski rozkaz, choć Ephron wypowiedział go zaledwie szeptem. – Tylko jedna rzecz teraz się liczy. Zabierz mnie na “Vivacię”. Muszę umrzeć na jej pokładzie. Muszę.

– Wiem – odparła po prostu. Porzuciła smutek i próżne rozważania. Nie było już na nie czasu. – Przygotuję wszystko.

– Zacznij natychmiast – ponaglił ją. Głos był chrapliwy i słaby. Dziewczynę zalała fala rozpaczy, odzyskała jednak równowagę.

– Nie zawiodę cię – obiecała. Ojciec wyszarpnął rękę. – Idę natychmiast.

Kiedy wstała, mężczyzna przez chwilę ciężko oddychał, w końcu wycharczał:

– Altheo!

Zatrzymała się. Ojciec zasapał się, potem głęboko zaczerpnął powietrza.

– Keffria i jej dzieci… Nie są takie silne jak ty. – Wziął kolejny szaleńczy wdech. – Musiałem ich wyposażyć. Musiałem.

Z całych sił starał się coś jeszcze powiedzieć, ale zabrakło mu tchu.

– Oczywiście, że tak – odparła. – Zabezpieczyłeś nas wszystkich. Nie martw się o to teraz. Wszystko będzie dobrze. Przyrzekam ci.

Opuściła pokój. Znajdowała się już w połowie korytarza, gdy w pełni dotarły do niej własne słowa. Co rozumiała przez tę obietnicę? Że dopilnuje, by jej ojciec umarł na żywostatku, którym tak długo dowodził! Jakże niesamowicie i okrutnie to zabrzmiało. Uświadomiła sobie, że gdy przyjdzie na nią czas, jedynym problemem będzie miejsce, w którym dokona żywota. Chciałaby umrzeć na deskach “Vivacii”. Potarła twarz. Miała wrażenie, że właśnie się budzi. Jej policzki były mokre od łez. Płakała. Natychmiast się za to zganiła: Nie czas na to, nie teraz. Nie czas na uczucia, nie czas na płacz.

Kiedy pospiesznie wyszła z domu na jaskrawe światło, niemal wpadła w grupę zgromadzonych tam ludzi. Oślepła na moment od słońca. Wszyscy, jej matka, Kyle, Keffria i ich dzieci patrzyli na nią w milczeniu. Spojrzała na nich z przerażeniem.

– Biegnę przygotować statek – oznajmiła w końcu. – Dajcie mi godzinę. Potem przywieźcie tam papę.

Kyle ponuro zmarszczył brwi i najwyraźniej zamierzał coś powiedzieć, uprzedziła go jednak Ronica. Skinęła głową i oświadczyła głucho:

– Zrobimy tak. – Po tych słowach zamilkła, lecz Althea widziała, jak matka usiłuje przełknąć ślinę, by ze ściśniętego żalem gardła mogły wydobyć się jeszcze jakieś słowa. – Pospiesz się – zdołała w końcu wyszeptać, a córka skinęła głową. Ruszyła pieszo aleją w dół. Zanim posłaniec dotrze do miasta i zamówi dla niej powóz, ona będzie już o krok od statku.

– Przynajmniej wyślij z nią służącą! – usłyszała gniewny głos Kyle'a.

Ronią odpowiedziała mu bardzo łagodnie.

– Nie. Pozwólmy jej iść samej, pozwólmy. Nie ma czasu, by przejmować się konwenansami. Wierz mi, wiem, co mówię. Chodź. Pomożesz przygotować nosze dla Ephrona.

Gdy dziewczyna doszła do doków, jej sukienka była już mokra od potu. Althea przeklęła los, który sprawił, że urodziła się kobietą i musiała nosić takie stroje. W chwilę później podziękowała temu samemu Sa, którego przed chwilą upomniała, bowiem w Dokach Podatkowych dostrzegła “Vivacię”. Przez chwilę czekała niecierpliwie, potem podniosła spódnicę i wskoczyła z doku na pokład statku.

Przy dziobie stał Gantry, pierwszy oficer Kyle'a. Widząc Altheę, ruszył w jej stronę. Niedawno najwyraźniej się z kimś bił, ponieważ spuchnięta połowa twarzy powoli zaczynała mu purpurowieć. Dziewczyna nie zastanawiała się nad jego problemami, wiedziała zresztą, że pierwszego dnia w rodzimym porcie zastępca kapitana może mieć kłopoty z utrzymaniem załogi w ryzach. Marynarze czuli, że brzeg i przepustka są o krok, toteż bywali kłótliwi. Jednak gniewne spojrzenie Gantry'ego było zdecydowanie skierowane na dziewczynę.

– Co tu robisz, panno Altheo?

W innej sytuacji obraziłby ją ów ton, ale teraz po prostu odparła:

– Mój ojciec umiera. Przybyłam, aby przygotować statek na jego przybycie.

Nadal patrzył wrogo, lecz gdy się odezwał, wyczuła w jego głosie szacunek.

– Co mamy dla ciebie zrobić?

Podniosła ręce do skroni. Co robili marynarze, kiedy umierał jej dziadek? To było bardzo dawno temu, lecz Althea wiedziała, że musi sobie przypomnieć. Dla uspokojenia zrobiła głęboki wdech, potem kucnęła i położyła otwartą dłoń na deskach statku. “Vivacia”… Już niedługo się obudzi.

– Musimy ustawić na pokładzie namiot. O tam. Wystarczy płótno żaglowe otwarte z jednej strony, aby ojca chłodził wiatr.

– Dlaczego nie można go zabrać do jego kabiny? – spytał Gantry.

– Cóż, tak się po prostu nie robi – odparta krótko. – Ojciec powinien być na zewnątrz, na pokładzie. Nic go nie może dzielić od statku. Wokół umierającego musi wystarczyć miejsca dla całej rodziny. Postawcie ławki dla osób, które będą czuwać przy łożu śmierci.

– Muszę rozładować statek – oznajmił nagle oficer. – Niektóre towary mogą się szybko zepsuć. Trzeba przenieść je na brzeg. Jak załoga ma pracować, skoro równocześnie musi stawiać namiot? A co potem? Na pokładzie będzie pełno ludzi… – Gdy zadawał jej pytania, marynarze patrzyli i przysłuchiwali się rozmowie. W tonie Gantry'ego było coś wyzywającego.

Althea zastanawiała się, co opętało tego człowieka, że chciał się z nią kłócić właśnie teraz. Nie rozumiał, jakie ważne są jej polecenia? Z pewnością nie rozumiał. Do pracy na “Vivacii” wybrał go Kyle i najwyraźniej jego zastępca nie miał pojęcia o ożywianiu żywostatków. Przypomniała sobie, co mówił jej ojciec do Brashena w podobnie trudnych sytuacjach. Słowa Ephrona Vestrita zahuczały dziewczynie w głowie, jak gdyby ojciec stał przy niej i mówił jej wprost do ucha. Wyprostowała się z dumą.

– Poradzisz sobie – stwierdziła zwięźle. Rozejrzała się po pokładzie. Marynarze przerwali wcześniejsze czynności i zabierali się do wykonania jej rozkazu. Na niektórych twarzach dostrzegła współczucie i zrozumienie, na innych tylko zainteresowanie, typowe dla mężczyzn obserwujących starcie dwóch silnych osobowości. – Jeśli nie potrafisz, odszukaj Brashena – dodała ostro. – Na pewno będzie wiedział, co trzeba zrobić. – Już chciała się odwrócić, ale zatrzymała się, dodając: – Właściwie, jest to najlepsze rozwiązanie. Powiedz Brashenowi, aby przygotował statek na przybycie kapitana Vestrita. Był jego pierwszym oficerem, prawda? Sam możesz się zająć rozładowaniem towarów dla swojego kapitana.

– Na pokładzie statku może być tylko jeden kapitan – odparł Gantry. Patrzył w bok, jak gdyby nie mówił do niej, ale Althea i tak postanowiła mu odpowiedzieć.

– Zgadza się, marynarzu. Kiedy Ephron Vestrit wejdzie na pokład, będzie tu jedynym kapitanem. Wątpię, czy znajdziesz wielu ludzi wśród załogi, którzy zakwestionują moje stwierdzenie. – Spojrzała teraz na pokładowego cieślę. Chociaż obecnie miała do niego żal, musiała przyznać, że zawsze był absolutnie lojalny wobec jej ojca. Patrząc mu w oczy, poleciła: – Pomóż Brashenowi we wszystkim. I pospieszcie się. Mój ojciec przybędzie tu lada chwila. Prawdopodobnie po raz ostatni wejdzie na pokład, chciałabym więc, żeby zobaczył czystą “Vivacię” i zajętą pracą załogę.

Nie musiała mówić nic więcej. Na twarzy mężczyzny natychmiast pojawiło się zrozumienie. Popatrzył na pozostałych członków załogi, którzy równie szybko pojęli, w czym rzecz. Wiedzieli, że muszą się spieszyć. Człowiek, któremu służyli przez ponad dwie dekady, wracał na pokład, by tu umrzeć. Ephron Vestrit często się publicznie chwalił, że dobrał sobie najlepszą na świecie załogę; Sa jeden wie, że płacił im znacznie lepiej niż kapitanowie innych statków.

– Odszukam Brashena – zapewnił Altheę cieśla i natychmiast odszedł.

Gantry zaczerpnął oddechu, jak gdyby chciał przywołać mężczyznę z powrotem, dał jednak za wygraną. Jeszcze chwilę milczał, potem zaczął wykrzykiwać rozkazy związane z rozładunkiem “Vivacii”. Odwrócił się nieco, aby nie widzieć dziewczyny. Najwyraźniej nie zamierzał się nią dłużej zajmować. Altheę ogarnął gniew; nie miała teraz czasu na znoszenie zuchwałego zachowania kogoś tak mało znaczącego. Wszak umierał jej ojciec.