Poszła do pokładowego krawca, aby zamówić prostokąt czystego płótna żaglowego. Kiedy wróciła na pokład, dostrzegła Brashena. Rozmawiał z cieślą. Wskazywał na olinowanie i Althea domyśliła się, że dyskutują, jak zawiesić żagle. Zauważyła wokół oka Brashena wielkiego siniaka. Więc to z nim bił się pierwszy oficer. No cóż, o cokolwiek im poszło, najwyraźniej problem został już rozwiązany.
Nie miała tu wiele do roboty, stała więc tylko i obserwowała. Brashen panował nad sytuacją, sama mu zresztą przekazała pałeczkę pierwszeństwa. Nauczyła się od swego ojca, że jeśli ktoś wykonuje wyznaczone zadanie, nie należy mu wchodzić w paradę. A ponieważ nie chciała też, by Gantry gderał, że przeszkadza, oddaliła się z wdziękiem do swojej kajuty.
Z pomieszczenia całkowicie zniknęły ślady jej bytności, pozostał jedynie obrazek “Vivacii” na ścianie. Na widok pustych półek Althea poczuła ucisk w piersi. Wszystkie jej rzeczy starannie zapakowano do kilku otwartych skrzyń. Deski, gwoździe i młotek leżały na pokładzie. Pewnie Brashen akurat zamykał skrzynie, gdy zawołał go cieśla. Althea usiadła na płóciennym materacu koi i popatrzyła na swoje rzeczy. Miała ochotę przykucnąć i przybić deski, a jednocześnie zapragnęła rozpakować wszystko i położyć na właściwych miejscach. Przeżywała chwile rozterki.
Potem ogarnął ją straszliwy żal; tak wielki, że aż dławił. Nie potrafiła się rozpłakać, nie mogła też zaczerpnąć oddechu. Gardło miała zaciśnięte. Tak bardzo chciała zapłakać, ale czuła tylko straszliwy, ściskający serce ból. Prawie się dusiła. Nadal siedziała na koi z otwartymi ustami. W końcu udało jej się odetchnąć, a potem cicho załkała. Łzy spłynęły jej po twarzy. Althea nie miała chusteczki, pozostawały rękawy i spódnica. Sama nie rozumiała, jak może być tak bezduszna, żeby w tym momencie myśleć o chusteczkach… W chwilę później z twarzą ukrytą w dłoniach zaczęła głośno szlochać.
Szli, gdacząc i mamrocząc niczym stadko kurczaków. Wintrow wlókł się za nimi. Nie wiedział, co ma robić. Był w Mieście Wolnego Handlu już od pięciu dni i ciągle nie rozumiał, po co rodzina wezwała go do domu. No tak, jego dziadek umierał, wiedział o tym, ale nie miał pojęcia, czego matka i babka od niego oczekują oraz w jaki sposób ma reagować.
Podczas choroby dziadek onieśmielał chłopca jeszcze bardziej niż wtedy, gdy był zdrowy. Kiedy Wintrow miał kilka lat, przerażała go wewnętrzna siła Ephrona Vestrita. Teraz bał się ponurej, osłabiającej starca choroby, która wysysała z niego życie i czuło się ją wszędzie wokół. Podczas rejsu do domu chłopiec postanowił sobie, że dowie się czegoś o dziadku, zanim stary człowiek umrze. Okazało się wszak, że nie zostało już na to czasu. W ostatnich tygodniach wszystkie wysiłki Ephrona Vestrita łączyły się tylko z jedną sprawą – kurczowo trzymał się życia. Walczył o każdy oddech, lecz nie chodziło mu o wnuka. Nie. Dziadek Wintrowa czekał już tylko na powrót swojego statku.
Zresztą chłopiec wcale nie spędzał zbyt wiele czasu ze starcem. Kiedy przybył, matka dała mu chwilę na zmycie kurzu podróżnego z twarzy i rąk, po czym wprowadziła do pokoju chorego i przedstawiła. Do Wintrowa, oszołomionego po morskiej podróży i jeździe w trzęsącym się powozie przez gorące, ruchliwe ulice miasta, ledwie docierało, że owa niewysoka, ciemnowłosa kobieta to jego matka, tak niegdyś przez niego podziwiana. W pokoju, do którego pospiesznie go wepchnęła, było ciemnawo z powodu zaciągniętych kotar. Wewnątrz chłopiec dostrzegł jeszcze jedną kobietę – babkę. Siedziała na krześle przy łóżku umierającego. W pokoju unosił się kwaśny zapach i panowała duchota. Wintrow nie poruszył się, aż babka wstała, objęła go, a następnie chwyciła kurczowo za ramię (dopiero co wypuściła je z rąk matka) i pociągnęła w stronę łóżka.
– Ephronie – odezwała się cicho. – Ephronie, Wintrow jest tutaj. Kształt w pościeli poruszył się. Mężczyzna zakaszlał, po czym wymamrotał coś w rodzaju potwierdzenia. Chłopiec trwał w bezruchu, nadal trzymany przez babkę i dopiero po pewnym czasie zdołał wydukać:
– Witaj, dziadku. Przyjechałem do domu w odwiedziny.
Jeśli starzec w ogóle go usłyszał, nie wysilił się na odpowiedź. Dopiero po kilku chwilach znowu zakaszlał, a później zapytał ochryple:
– Statek?
– Nie, jeszcze nie – odpowiedziała łagodnie babka Wintrowa. Stali we trójkę jeszcze przez kilka minut, ale stary człowiek nie ruszał się i nie zwracał na nich uwagi.
– Sądzę, że dziadek chce teraz odpocząć, Wintrowie – stwierdziła babka. – Przyślę po ciebie później, kiedy poczuje się trochę lepiej.
Ten czas nie nadszedł. Teraz do domu wrócił ojciec chłopca, lecz najwyraźniej jego głowę zaprzątała jedynie wiadomość o bliskiej śmierci teścia. Spojrzał na Wintrowa ponad ramieniem żony, kiedy ją obejmował na powitanie. Oczy rozszerzyły mu się na krótko, po czym skinął głową swemu pierworodnemu; szybko jednak stracił zainteresowanie, ponieważ Keffria zaczęła go zalewać potokami kiepskich informacji z ostatnich dni i opowiadać o wszystkich problemach. Wintrow trzymał się z dala niczym ktoś obcy, podczas gdy najpierw jego siostra Malta, potem zaś jego młodszy brat Selden ściskali ojca. W końcu Keffria przestała lamentować i chłopiec zrobił krok do przodu, skłonił się, po czym oschle uścisnął ojcu dłoń.
– A więc przybył. Mój syn kapłan – powitał go Kyle, a Wintrow doszukał się w tych słowach szyderstwa. Następne stwierdzenia nie zaskoczyły go. – Twoja mała siostra już cię przerosła. No i dlaczego nosisz suknię niczym kobieta?
– Kyle'u! – upomniała męża Keffria, lecz on zignorował syna, nie czekając na odpowiedź.
Gdy ciotka Althea wyruszyła do portu, chłopiec wszedł za pozostałymi do domu. Dorośli dyskutowali najlepszy sposób przetransportowania Ephrona na statek i zastanawiali się, co trzeba wziąć teraz, a co można przynieść później. Dzieci, Malta i Selden, nadaremnie próbowały zadać matce setki pytań, lecz babcia bezustannie je uciszała. A Wintrow kręcił się niespokojnie, nie czuł się bowiem ani dorosłym, ani dzieckiem; w ogóle nie pasował do tej rozemocjonowanej grupki.
W trakcie rejsu do domu zdał sobie sprawę, że nie wie, czego ma się spodziewać. Kiedy przybył, uczucie niepewności pogłębiło się. Przez pierwszy dzień rozmawiał głównie z matką, która co chwilę martwiła się o jego szczupłość albo wspominała dawne czasy, rozpoczynając zdania od: “Nie przypuszczam, żebyś to pamiętał, ale…”
Malta, niegdyś tak mu bliska jak własny cień, teraz wyglądała na obrażoną i stale walczyła o zainteresowanie matki. Nie odzywała się do brata, natomiast – gdy matka jej nie słyszała – mówiła o nim, wygłaszając uszczypliwe uwagi rzekomo do służących lub Seldena. Pewności siebie dodawał dziewczynce własny wzrost, ponieważ w wieku dwunastu lat była wyższa niż brat i nabrała już kobiecych kształtów, podczas gdy Wintrow nadal wyglądał jak chłopiec. Nikt by nie sądził, że jest od niej starszy. Selden, którego pamiętał jako maleńkie dziecko, teraz lekceważył starszego brata niczym odwiedzającego ich krewnego, z którym nie warto nawet rozmawiać, bowiem i tak wkrótce wyjedzie. Wintrow miał wielką nadzieję, że rzeczywiście niedługo opuści dom. Wiedział, że nie wypada mu pragnąc śmierci dziadka, która umożliwiłaby mu powrót do klasztoru i dawnego życia, a równocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że nie potrafiłby już żyć inaczej niż w ostatnich latach.
Cała rodzina zebrała się przed pokojem umierającego mężczyzny. Ściszyli głosy, jak gdyby dyskutowali sekretnie albo uważali, że nie wolno głośno mówić o śmierci. Wintrow nie widział w tym najmniejszego sensu, ponieważ starzec najwyraźniej pragnął już tylko odejść z tego świata.
Młodzieniec skupił się na prowadzonej wokół niego rozmowie.
– Najlepiej chyba w ogóle nie podejmować przy nim tego tematu – oświadczyła babka Wintrowa jego ojcu. Trzymała gałkę na drzwiach, ale nie obracała jej. Wintrow miał wrażenie, że Ronica wręcz odmawia zięciowi wstępu do pokoju. Po zmarszczonym czole Kyle'a wnioskował, że ten zdecydowanie nie zgadza się ze świekrą. Keffria trzymała go za ramię, patrzyła na niego błagalnie i kołysała się jak zabawka.