Выбрать главу

– To go tylko zaniepokoi – wtrąciła.

– I to bez powodu – dodała babka chłopca. – Potrzebowałam kilku tygodni, aby go do tego przekonać. Zgodził się, choć niechętnie. Każda skarga spowoduje teraz jedynie powrót do punktu wyjścia. A Ephron, kiedy cierpi z bólu albo jest znużony, potrafi być zaskakująco uparty.

Przerwała, po czym obie kobiety podniosły wzrok na Kyle'a, czekając na potwierdzenie. Ojciec Wintrowa nawet nie kiwnął głową, choć w końcu przyznał z urazą w głosie:

– Dobrze zatem, nie poruszę teraz tego tematu. Zanieśmy go najpierw na statek. To jest najważniejsze.

– Na pewno – potwierdziła babcia chłopca i otworzyła drzwi. Dorośli ruszyli do środka, ale kiedy Malta i Selden próbowali wejść, Ronica zastąpiła im drogę. – Wy, dzieci, biegnijcie i każcie Nanie, by spakowała dla was rzeczy na zmianę. Malto, pędź do kucharki i powiedz jej, żeby przygotowała dla nas prowiant. I niech przyniosą nam posiłek na pokład. – Zamilkła i popatrzyła na najstarszego wnuka. Chyba zastanawiała się, co z nim zrobić. Po chwili energicznie skinęła mu głową. – Wintrowie, również będziesz potrzebował ubrania na zmianę. Zamieszkamy na pokładzie statku aż do czasu… Och!

Nagle bardzo zbladła, najwyraźniej uświadamiając sobie smutną prawdę. Chłopiec widział już wcześniej ludzi z takim wyrazem twarzy, niejednokrotnie bowiem towarzyszył uzdrowicielom wzywanym do osób umierających; nieraz zioła, środki tonizujące czy dłonie lekarza pomagały niewiele lub wcale. W takich sytuacjach trzeba się było skupić na tych, którzy pozostawali – pocieszyć zasmuconych krewnych i przyjaciół. Ronica podniosła podobne szponom ręce i chwyciła kołnierz własnej sukni; usta babki wykrzywiły się z ogromnego bólu. Wintrow poczuł wielką litość dla tej starej kobiety.

– Och, babciu – westchnął i skierował się ku niej.

Kiedy jednak podszedł, aby wziąć ją w objęcia i dodać otuchy, Ronica zrobiła krok w tył. Poklepała chłopca, a następnie odsunęła go od siebie.

– Nie, nie, mój drogi, nic mi nie jest. Nie martw się starą babcią. Idź już, przygotuj się do drogi.

Potem zamknęła mu przed nosem drzwi. Kilka chwil stał nieruchomo i patrzył na nie z niedowierzaniem. Kiedy się odwrócił, dostrzegł Maltę i Seldena; przyglądali mu się.

– A zatem… – mruknął posępnie. Nagle, wraz z rozpaczą, której w pełni nie rozumiał, poczuł tęsknotę za uczuciową więzią z rodzeństwem. Spojrzał w oczy dziewczynce, potem chłopczykowi. -…nasz dziadek umiera – dokończył uroczyście.

– Umierał przez całe lato – burknęła pogardliwie Malta. Potrząsnęła głową, litując się nad głupotą brata, potem odwróciła się z lekceważeniem. – Chodź, Seldenie. Poproszę Nanę, by spakowała ci trochę ubrań. – Nie spojrzawszy już na starszego brata, odeszła wraz z młodszym. Wintrow został sam.

Przez chwilę wmawiał sobie, że nie powinien odczuwać urazy, że rodzice wcale nim nie pogardzali i nie ignorowali go, a siostra z żalu i smutku nie panowała nad swoim zachowaniem. Później uświadomił sobie, że się okłamuje i skupił się na swoich prawdziwych uczuciach. Jego matka i babka były naprawdę zaabsorbowane, ale ojciec oraz siostra z rozmysłem usiłowali go zranić, a on im na to pozwolił. Wiedział, że nigdy nie zapomni ani zdarzeń, które miały miejsce w ostatnich kilku dniach, ani emocji, których doświadczał właśnie w tej chwili. Nie powinien się wypierać tego, co czuje i nie wolno mu oszukiwać.

– Zaakceptuj to i uznaj.

Przypomniał sobie nauki klasztorne i poczuł, że ból słabnie. Ruszył do swojego pokoju, by spakować rzeczy na zmianę.

* * *

Brashen spojrzał na Altheę. Nie wierzył w to, co widział. Najpierw pomyślał, że na dziś wystarczy mu już problemów i nie ma ochoty zajmować się dziewczyną, lecz potem powściągnął gniew i lęk. Pchnięciem zatrzasnął za sobą drzwi, a następnie klęknął na podłodze przy Althei. Wszedł do jej kajuty, ponieważ przez długi czas nie zareagowała na jego głośne stukanie. Otwierając drzwi spodziewał się jej gniewu – sądził, że będzie krzyczała na niego i pluła. Zamiast tego znalazł ją na podłodze. Leżała jak jedna z często mdlejących bohaterek popularnych sztuk, tyle że najwyraźniej upadła ze znacznie mniejszym wdziękiem. Spoczywała na brzuchu, z dłońmi przyciśniętymi do desek statku, jak gdyby chciała wbić palce w drewno “Vivacii”.

Oddychała. Brashen zawahał się, potem łagodnie potrząsnął jej ramieniem.

– Panienko – zaczął spokojnie. – Altheo, obudź się!

Dziewczyna jęknęła, ale się nie poruszyła. Obrzucił ją przepełnionym wściekłością spojrzeniem. Powinien zawezwać lekarza, wiedział jednak, że ani Althea, ani on sam nie mają ochoty robić zamieszania. Pod tym względem znał dziewczynę równie dobrze jak siebie samego, chociaż musiał przyznać, że to zasłabnięcie na pokładzie zupełnie nie było w jej stylu. Podobnie zresztą nie pasowało do niej oddawanie się wielodniowej samotności, jak miało to miejsce podczas rejsu do domu. Wygląd Althei także go niepokoił. Jej twarz była blada i wymizerowaną. Rozejrzał się po ogołoconej kabinie, potem podniósł dziewczynę i położył na przykrytej materacem koi.

– Altheo? – powtórzył. Tym razem jej powieki drgnęły i w końcu otworzyła oczy.

– Kiedy wiatr wypełnia twoje żagle, potrafisz ciąć wodę niczym gorący nóż masło – odezwała się z delikatnym uśmiechem. Oczy miała zamglone, ale mówiła przytomnie, w pełni skoncentrowana. Brashen bezwiednie oddał jej uśmiech, urzekł go bowiem czar jej cichych słów. Szybko się jednak opanował.

– Zemdlałaś? – spytał.

W spojrzeniu Althei dostrzegł ostrożność.

– Eee… nie, właściwie nie. Po prostu nie mogłam znieść… – Słowa zamarły jej na ustach. Usiadła, potem wstała. Zachwiała się, ale kiedy Brashen wyciągnął do niej rękę, natychmiast odzyskała równowagę podparłszy się o grodź. Zapatrzyła się w ściankę, jakby kontemplowała idealne dzieło sztuki. – Przygotowałeś miejsce dla ojca? – spytała ochryple.

Skinął głową. Althea również pokiwała głową i to go ośmieliło.

– Altheo, boleję wraz z tobą. Dla mnie to był także ktoś bardzo ważny.

– Jeszcze nie umarł – warknęła. Przetarła rękoma twarz i odgarnęła włosy. Potem, jak gdyby chciała poprawić swój wizerunek w jego oczach, dumnie przeszła obok niego i wyszła z kabiny.

Brashen ruszył za nią. To było typowe zachowanie Althei. Zazwyczaj tak postępowała, ignorując wszystkich wokół. Teraz zlekceważyła jego pełne współczucia słowa niczym nieszczerą kurtuazję. Zastanowił się, czy dziewczyna ma w ogóle pojęcie, jak bardzo śmierć jej ojca wszystkich zasmuci; jego, a także innych członków załogi. Ephron Vestrit jako dowódca statku był człowiekiem hojnym i sprawiedliwym. Czy córka zdawała sobie sprawę, jak niewielu kapitanów dba o dobro swej załogi? Nie, nie mogła tego wiedzieć. Nigdy nie pływała na pokładzie łodzi, gdzie marynarze jadali skwaśniały chleb i kleistą, nadpsutą soloną wieprzowinę. Nigdy nie widziała marynarza do nieprzytomności skatowanego przez oficera, ponieważ zbyt wolno wypełniał rozkazy. Ephron Vestrit nie tolerował opieszałości, ale jeśli któryś z jego ludzi lenił się, kapitan po prostu zwalniał go w następnym porcie; nie stosował brutalnych metod. Zresztą, stary kapitan świetnie znał swoich marynarzy. A oni? Nie zdarzało im się zamarudzić w dokach, kiedy naprawdę ich potrzebował. Wyszkolił ich wszystkich, wypróbował i znał ich wartość.

Ludzie także świetnie znali swego kapitana i wierzyli w niego. Brashen wiedział, że kilku z nich zrezygnowało z awansu na innym żaglowcu, aby nadal pływać z Vestritem. Niektórzy przedstawiciele jego załogi byli wedle standardów Miasta Wolnego Handlu zbyt starzy do pracy na pokładzie, jednak ojciec Althei trzymał ich ze względu na ich doświadczenie, a starannie wybranych młodych silnych marynarzy namawiał, by się od nich uczyli. Kapitan powierzał im swój statek, a oni oddawali w jego ręce swoją przyszłość. Teraz “Vivacia” już prawie należała do Althei i Brashen miał nadzieję, że dziewczynie wystarczy charakteru i rozumu, by kontynuować ojcowski sposób działania. Wszak wielu starszych marynarzy nie miało innego domu, mieszkali na “Vivacii”.