– Ależ tak! – oznajmiła Ronica Vestrit, prawie srogim tonem. – Tak się musi stać, Altheo. Tak być musi, dla dobra nas wszystkich.
– Papo? – szepnęła dziewczyna załamującym się głosem. Ciemne oczy ojca ani na chwilę nie oderwały się od jej twarzy. Jego usta otworzyły się, poruszyły, po czym odezwał się po raz ostatni:
– …Puść…
Brashen przypomniał sobie, jak kiedyś pracował na pewnym żaglowcu, którego mat trochę za dużo wymachiwał marszpiklem. Przeważnie okładał nim towarzyszy rejsu, marynarzy, którzy jego zdaniem nie przykładali się należycie do wykonywanych zadań. Nie raz Brashen był niechętnym świadkiem spojrzenia pojawiającego się na twarzy uderzonego w tył głowy mężczyzny. Podobnie patrzyła teraz Althea – jak osoba, która nie może zrozumieć kto, jak i dlaczego zadał jej ból. Jej chwyt na kołku zelżał, dłoń opadła, po czym dziewczyna zacisnęła ją na chudym ramieniu ojca. Trzymała się go jak marynarz wraku na miotanym burzami morzu. Nie patrzyła już na matkę ani na siostrę. Trzymała tylko ramię ojca, który wpatrywał się w nią i łapał powietrze niczym ryba pozbawiona wody.
– Papo – wyszeptała ponownie. Plecy starca wygięły się w łuk, pierś zafalowała z wysiłku. Niestety Ephronowi Vestritowi zabrakło tchu. Zakołysał głową, zwrócił twarz ku ukochanej córce, ale upadł z powrotem na pokład. Jego długa walka skończyła się. Oczy zmatowiały, potem zmartwiały, ciało całkowicie znieruchomiało na deskach “Vivacii”, jak gdyby stary kapitan zamierzał się wtopić w jej drewno. Ręka zsunęła się z kołka. Keffria wstała, Althea rzuciła się do przodu. Położyła dłoń na piersi ojca i zaczęła bez wstydu i rozpaczliwie płakać.
Nie widziała tego, co zobaczył Brashen. Gdy Keffria wstała, oddała kołek oczekującemu mężowi. Nie wierząc własnym oczom, młody marynarz obserwował, jak Kyle przyjmuje cenny kawałek drewna, po czym odchodzi na stronę, dumnie unosząc kołek, jak gdyby naprawdę miał do niego prawo. Brashen już chciał za nim pobiec. Po chwili jednak zdecydował, że nie wolno mu się mieszać. Zresztą, z kołkiem czy bez, statek i tak się przebudzi. Młodemu marynarzowi wydało się, że już czuje różnicę; wsunięcie kołka do otworu jedynie przyspieszy proces ożywienia.
Przyrzeczenie, które złożył swojemu kapitanowi, nabrało teraz nieco innego sensu.
“Idź z nią, synu. Ona potrzebuje twojej pomocy. Pomóż jej przez to przejść”. Kapitan Vestrit prawdopodobnie nie mówił o kołku ani o swojej śmierci. W takim razie, o czym? Serce ścisnęło się Brashenowi w piersi, gdy próbował się domyślić, co właściwie obiecał zrobić.
Althea poczuła, że na ramionach zaciskają się czyjeś ręce. Wyszarpnęła się z ich uścisku. Nie obchodziło jej, kto stał z tyłu. W ciągu kilku minut utraciła i ojca, i “Vivacię”. Prościej byłoby umrzeć. Ciągle jednak oba te fakty jeszcze do niej w pełni nie dotarły. Pomyślała, że to nie jest w porządku i że w jednej chwili powinna się przydarzać najwyżej jedna nieprawdopodobna rzecz. Gdyby zdarzenia działy się jedno po drugim, może potrafiłaby sobie z nimi poradzić. Ilekroć jednak myślała o śmierci ojca, uświadamiała sobie, że właśnie straciła wszelkie prawa do własnego żaglowca. A przecież nie wypadało żalić się na los tutaj, przy martwym ciele ojca. Wtedy bowiem pojawiało się w jej głowie potworne pytanie: Jak ojciec, którego tak bardzo wielbiła, mógł ją tak straszliwie zdradzić? Cierpiała, lecz starała się tłumić gniew, obawiała się bowiem, że nią zawładnie, strawi ją i zamieni w popiół.
Obce dłonie wróciły, chwytając mocno jej zgarbione ramiona.
– Odejdź, Brashenie – powiedziała słabo na chybił trafił. Ale nie miała już tak wielkiej ochoty wyswobodzić się z uścisku. Ręce drugiego człowieka niosły ze sobą ciepło i siłę, przypominały dłonie jej ojca. Czasami Ephron Vestrit przychodził na pokład, gdy córka pełniła wachtę przy sterze. Jeśli chciał, potrafił poruszać się cicho jak duch; cała załoga o tym wiedziała i nikt nie mógł przewidzieć, kiedy i gdzie ich kapitan się pojawi. Zawsze milczał i nigdy nie wtrącał się w pracę, oceniał jedynie wprawnym okiem wykonanie zadania. Althea stała czasem za sterem, pewnie trzymała koło obiema dłońmi, ani na chwilę nie schodziła z kursu i nawet nie wiedziała, że ojciec jest tuż obok niej, dopóki nie poczuła, jak mocno i z serdecznością chwyta ją za ramiona. Potem znikał lub zostawał przy niej i paląc fajkę, wpatrywał się w noc, wodę i sterującą jego statkiem córkę.
To wspomnienie tchnęło w Altheę nową siłę. Żal stępiał, zmieniając się w ponurą, tętniącą bryłę bólu. Dziewczyna wyprostowała się i rozciągnęła ramiona. Nic z tego nie rozumiała. Takie jednak były fakty. Ojciec umarł, opuścił ją, odebrał jej żaglowiec i dał go Keffrii.
– Wiesz przecież, że wiele razy wykrzykiwał rozkazy, których nie pojmowałam, a ja po prostu zrywałam się na równe nogi i wykonywałam je. Zawsze w końcu okazywało się, że miał rację. Zawsze!
Odwróciła się, przekonana, że mówi do Brashena. Za nią jednak stał Wintrow. Fakt ten ją zaskoczył i niemal rozgniewał. Kim był ten dzieciak, że dotykał ją w tak poufały sposób? W dodatku chłopiec posłał jej blady cień uśmiechu swego ojca, a następnie odezwał się cicho:
– Jestem pewny, że teraz też się tak stanie, ciociu Altheo. Ponieważ nie tylko z woli twojego ojca musisz zaakceptować tragedię i rozczarowanie w swoim życiu, lecz także z woli Sa. Jeśli znosimy spokojnie wszystko, co On nam ofiarowuje, możemy być pewni, że nas za to wynagrodzi.
– Wypchaj się – warknęła niskim i bezlitosnym głosem. Jak śmie zarzucać ją takimi banałami i to właśnie teraz… ten dzieciak, ten syn Kyle'a, który otrzymał wszystko to, co ona utraciła! Bez wątpienia chłopak zniesie ten los całkiem łatwo. Widząc zaskoczenie na młodzieńczej twarzy, prawie wybuchnęła głośnym śmiechem. Wintrow opuścił ręce i zrobił krok w tył.
– Altheo! – upomniała ją zaszokowana matka. Dziewczyna przeciągnęła rękawem po mokrej twarzy i posłała matce piorunujące spojrzenie.
– Nie myśl sobie, że nie wiem, dzięki komu moja siostra odziedziczyła statek – oświadczyła zapalczywie.
– Och, Altheo! – krzyknęła Keffria. Ból w jej głosie zabrzmiał niemal prawdziwie. Żal i konsternacja na twarzy siostry prawie wzruszyły Altheę. Kiedyś były sobie tak bliskie…
Niestety nadszedł Kyle i rozdzielił je, oznajmiając gniewnie:
– Coś jest nie w porządku. Kołek nie chce wejść w galion. Wszyscy odwrócili się i spojrzeli na niego. Niecierpliwa irytacja w jego głosie nie licowała z widokiem leżącego przed nimi na pokładzie ciała. Przez jakiś czas panowało milczenie, potem Kyle się zreflektował. Okazał choć tyle poczucia przyzwoitości. Stał ze srebrnoszarym kołkiem w ręku i zmieszany rozglądał się wokół. Althea z drżeniem nabrała oddechu, jednak zanim zdążyła się odezwać, usłyszała przesiąknięty sarkazmem głos Brashena.
– Pewnie nie wiesz, że tylko człowiek związany przez krew z kapitańską rodziną może ożywić żywostatek?
Althei przyszło do głowy, że młody Treli zachował się właśnie jak człowiek, który staje na otwartym polu podczas burzy, ściągając na siebie piorun. Gniew wykrzywił twarz Kyle'a i mężczyzna zarumienił się bardziej niż kiedykolwiek przedtem.
– Kto dał ci prawo do odezwania się, psie? Obiecuję, że cię wyrzucę z tego statku!
– Wolno ci – przyznał spokojnie Brashen. – Wcześniej wszak spełnię ostatnią powinność wobec mojego kapitana. Bardzo wyraźnie wydał mi polecenie. “Pomóż jej przez to przejść”, powiedział mi. Na pewno dobrze go usłyszałem. I tak zrobię. Oddaj kołek Althei. Pozwól jej ożywić statek, przynajmniej to jej się należy.
“Ten chłopak nigdy nie wie, kiedy się zamknąć”. To był zawsze najostrzejszy zarzut jej ojca pod adresem jego pierwszego oficera, jednak kiedy to mówił, w jego ton wkradał się respekt i podziw. Althea wcześniej nie rozumiała tego stwierdzenia, dopiero teraz pojęła je w całej pełni. Przyjrzała się młodzieńcowi. Był obdarty jak wszyscy marynarze na końcu długiego rejsu i pyskował właśnie człowiekowi, który dowodził “Vivacią” od kilku miesięcy i prawdopodobnie nadal będzie kapitanem statku. Na oczach wszystkich Brashen został zwolniony i nawet się nie wzdrygnął. Althea wiedziała, że Kyle nigdy nie zgodzi się na to żądanie; nawet o tym nie marzyła. Jednak gdy marynarz je wypowiedział, zrozumiała, jakie cechy cenił w owym młodym mężczyźnie jej ojciec.