Dziewczyna otrząsnęła się z zadumy i zastanowiła, jak długo już tak wisi. Była dziwnie rozmarzona. Zdała sobie sprawę, że przed chwilą powierzyła całe swoje ciało mięśniom Brashena. Nadal miała w rękach kółek. Westchnęła i uświadomiła sobie, że krew napłynęła jej do głowy. Jedną ręką odsunęła zaczep na bok, drugą łatwo wsunęła kołek w otwór. Kiedy uwolniła zaczep, kołek zniknął, jak gdyby nigdy nie istniał; ponownie stał się integralną częścią figury dziobowej.
– Co tam tak długo trwa? – zapytał ostro Kyle.
– Skończyłam – wysapała Althea. Wątpiła, czy ktoś poza Brashenem ją słyszy.
Kiedy jednak młody marynarz chwycił mocniej dziewczynę i zaczął wciągać na pokład, nagle odwróciła się w jej stronę “Vivacia”. Sięgnęła w górę i jej silne dłonie uściskały ręce Althei, a zielone oczy uważnie się w nią wpatrywały.
– Miałam bardzo dziwny sen – odezwał się galion ujmującym głosem. Potem uśmiechnął się figlarnym i wesołym uśmiechem. – Bardzo ci dziękuję, że mnie obudziłaś.
– Cała przyjemność po mojej stronie – wydyszała Althea. – Och, jesteś znacznie piękniejsza, niż sobie wyobrażałam.
– Dziękuję – odparł statek z charakterystyczną dla dzieci powagą i naturalnością. Puścił ręce Althei i zaczął oczyszczać plamki farby ze swoich włosów i skóry, jak gdyby strząsał opadłe liście. Brashen nagle wciągnął dziewczynę na pokład i bezceremonialnie postawił ją na nogi. Był bardzo czerwony na twarzy, a do Althei dotarły słowa Kyle'a. Szwagier przemawiał cichym, zjadliwym głosem.
– …Opuść ten pokład na zawsze, Treli. Natychmiast.
– W porządku. Odchodzę. – Brashen przyjął swoją dymisję, nie kryjąc pogardy. – Powodzenia, Altheo.
Zachowywał się jak wychodzący z przyjęcia gość. Potem odwrócił się i uroczyście pożegnał matkę dziewczyny. Jego spokój wytrącił Ronikę z równowagi, ponieważ poruszyła wprawdzie ustami, lecz nie zdołała wypowiedzieć słów pożegnania.
Brashen odwrócił się i przemierzył lekkim krokiem pokład, jak gdyby nic się nie wydarzyło. Zanim Althea doszła do siebie, Kyle napadł na nią.
– A ty co, straciłaś rozum? Jak możesz pozwalać, by dotykał cię w taki sposób?
Dziewczyna mocno zacisnęła powieki, potem szeroko otworzyła oczy.
– W jaki sposób? – spytała oszołomiona. Pochyliła się nad relingiem, aby spojrzeć w dół, na “Vivacię”. Galion obrócił się i uśmiechnął do niej. To był uśmieszek osoby nie całkiem obudzonej w cudowny letni poranek. Althea uśmiechnęła się do niej smętnie.
– Bardzo dobrze wiesz, o czym mówię! Obmacywał cię. Nie dość, że wyglądasz jak brudny kocmołuch, musisz jeszcze pozwalać byle marynarzowi, by trzymał cię do góry nogami…
– Musiałam włożyć kołek. Tylko dzięki Brashenowi mogłam dosięgnąć. – Odwróciła wzrok od pokrytej z gniewu czerwonymi cętkami twarzy Kyle'a i spojrzała na matkę oraz siostrę. – Statek został ożywiony – oświadczyła spokojnym, a zarazem uroczystym tonem. – Żywostatek “Vivacia” obudził się.
A mój ojciec nie żyje. Nie wypowiedziała tych słów głośno, ale na wspomnienie tragedii poczuła ucisk w sercu. Sądziła, że pojęła już to, co się stało, a jednak ilekroć powracało wspomnienie, ból uderzał z coraz większą mocą.
– Co ludzie sobie o niej pomyślą? – Kyle zapytał Keffrię półgłosem.
Dwoje młodszych dzieci patrzyło na Altheę, natomiast starszy chłopak, Wintrow z niechętną miną spoglądał w bok; demonstracyjnie izolował się od rodziny. Althea tak naprawdę nie rozumiała, co się wokół niej dzieje. Zbyt dużo się ostatnio wydarzyło, zbyt szybko. Najpierw Kyle próbował usunąć ją ze statku, potem umarł jej ojciec, ożywiła “Vivacię”, Kyle odprawił Brashena, a teraz gniewał się na nią za to, co po prostu musiała zrobić. Tak, zdarzyło się zbyt wiele. A równocześnie dziewczyna czuła straszliwą pustkę. Zamyśliła się, usiłując sobie uzmysłowić, o czym zapomniała i co zaniedbała.
– Altheo? – zawołała do niej zaniepokojona “Vivacia”.
Przechyliła się ponad relingiem z westchnieniem i spojrzała na nią.
– Tak?
– Znam twoje imię, Altheo.
– Tak. Dziękuję ci, “Vivacio”. – W tym momencie dziewczyna uświadomiła sobie, co spowodowało uczucie pustki. W związku z ożywieniem statku oczekiwała przecież radości i zdumienia. Ta chwila, od tak dawna oczekiwana, nadeszła i przeminęła. “Vivacia” obudziła się, a Althea poza pierwszym błyskiem triumfu nie poczuła tego, czego się spodziewała. Cena była zbyt wysoka.
Kiedy to zrozumiała, jednocześnie poczuła wstyd. Bluźnierstwem i zdradą było stać na pokładzie w niedalekiej odległości od ciała własnego ojca i rozważać poniesione koszty. Nie wolno jej było nawet dopuszczać myśli, że może żywostatek wcale nie był wart śmierci jej ojca, nie mówiąc o poprzednich – śmierci dziadka i prababci. Przecież i tak musieliby umrzeć, statek nie miał z ich śmiercią nic wspólnego. Nieuczciwie było obarczać winą “Vivacię”, wiedziała o tym. Czarodrzewowy żaglowiec nie stanowił przyczyny ich śmierci, był raczej ich wspólną spuścizną. Poprzez niego żyli dalej. Tak, taka była prawda. Althea doznała ulgi. Wychyliła się za burtę, szukając w pamięci jakichś logicznych i przyjaznych słów powitania nowej istoty.
– Mój ojciec byłby z ciebie bardzo dumny – rzuciła w końcu. Te proste słowa ponownie obudziły w niej żal. Miała ochotę ukryć głowę w dłoniach i załkać, lecz nie mogła sobie na to pozwolić, ponieważ nie chciała trwożyć statku.
– Z ciebie również byłby dumny. Wiedział, że to zadanie będzie dla ciebie trudne.
Głos “Vivacii” zmienił się. Początkowo był wysoki i dziewczęcy, teraz stał się głęboki i gardłowy – bardziej pasujący do dorosłej kobiety. Kiedy Althea spojrzała na jej twarz, dostrzegła w niej więcej zrozumienia, niż potrafiła znieść. Tym razem nie próbowała powstrzymać łez, swobodnie popłynęły jej po policzkach.
– Po prostu tego nie rozumiem – powiedziała do statku załamującym się głosem. Popatrzyła na członków swojej rodziny, którzy stali po obu jej stronach przy relingu i tak jak ona przyglądali się “Vivacii”. – Nie rozumiem tego – powtórzyła głośniej, choć chyba niewiele wyraźniej. – Dlaczego to zrobił? Dlaczego po tych wszystkich latach oddał “Vivacię” Keffrii, a mnie nic nie zostawił?
Chociaż kierowała pytanie do swej surowej matki, odpowiedział jej Kyle.
– Może chciał, żeby trafiła w ręce osoby odpowiedzialnej. Może pragnął powierzyć ją komuś, kto udowodnił, że potrafi być rzetelny, solidny i troszczy się także o innych, nie tylko o siebie.
– Nie mówię do ciebie! – wrzasnęła Althea. – Nie możesz się po prostu zamknąć? – Wiedziała, że jej słowa są dziecinne i histeryczne, wstydziła się za nie. Jednak dziś zdarzyło się zbyt wiele; więcej przykrych spraw, niż była w stanie znieść. Nie potrafiła już nad sobą panować. Gdyby szwagier odezwał się do niej ponownie, rzuciłaby się na niego i rozszarpała na strzępy.
– Bądź cicho, Kyle'u – poleciła stanowczym tonem Ronica. – A ty, Altheo, opanuj się. Nie czas ani miejsce na kłótnie. Przedyskutujemy całą sprawę później, na osobności, gdy wrócimy w domu. Rzeczywiście muszę z tobą omówić decyzję ojca. Chcę, żebyś dobrze pojęła jego intencje. Teraz musimy pochować ciało i dokonać formalnej prezentacji statku. Trzeba powiadomić o śmierci Ephrona Kupców i inne żywostatki, wynająć łodzie, by przedstawiciele rodzin mogli popłynąć z nami i uczestniczyć w jego morskim pogrzebie. A poza tym… Altheo? Altheo, wracaj natychmiast!
Z własnej ucieczki zdała sobie sprawę dopiero kiedy dotarła do trapu i zaczęła po nim schodzić. Przemaszerowała zatem obok ciała ojca i nawet go nie zauważyła! Zrobiła też coś, czego sobie nie daruje do końca życia – opuściła “Vivacię”. Nie będzie towarzyszyła swemu statkowi w jego pierwszej dorosłej wyprawie, nie zobaczy pogrzebu ojca w wodach za portem. Sądziła zresztą, że nie potrafiłaby patrzeć, jak marynarze przywiązują jego stopy do rezerwowej kotwicy, zawijają ciało w płótno i spuszczają za burtę. A jednak, będzie później żałowała, że nie uczestniczyła w tej ostatniej drodze i ostatecznym pożegnaniu.
Teraz jednak wiedziała tylko, że nie potrafi już ani minuty dłużej wytrzymać wzroku Kyle'a ani reakcji Roniki. Nie odwróciła się, nie zobaczyła więc przerażenia na twarzach członków załogi i nie dostrzegła, jak Keffria przylgnęła do ramienia męża, dzięki czemu Kyle nie zdołał pobiec za nią i przywlec jej z powrotem. Była pewna, że nie jest w stanie patrzeć, jak odcumowana “Vivacia” wypływa z doku ze swoim dowódcą – kapitanem Havenem. Miała nadzieję, że statek ją zrozumie. Nie, nie. Wiedziała na pewno, że ją zrozumie. Althea zawsze myślała z nienawiścią o Kyle'u jako o dowódcy rodzinnego statku, a teraz, kiedy “Vivacia” stała się już istotą świadomą, jeszcze bardziej nienawidziła tego obrotu spraw. Czuła się gorzej niż gdyby pozostawiła własne dziecko pod opieką pogardzanej przez siebie osoby, ale cóż, nie mogła zmienić przedśmiertnej decyzji ojca. Przynajmniej nie w tej chwili.