Выбрать главу
* * *

Maleńkie biuro pośrednika okrętowego znajdowało się tuż przy dokach. Mężczyzna wyraźnie się zdumiał na widok Brashena, który z marynarskim workiem na ramieniu nachylił się do okienka.

– Tak? – spytał pośrednik na swój wytworny, urzędowy sposób.

Młodemu marynarzowi mężczyzna przypominał dobrze wyszkoloną wiewiórkę. Był zarośnięty aż po policzki. Zanim się odezwał, wyprostował się na krześle.

– Przyszedłem po moją wypłatę – oświadczył cicho Brashen. Pośrednik odwrócił się, chwilę przesuwał liczne księgi, w końcu zdjął z półki główny rejestr.

– Słyszałem, że kapitana Vestrita zaniesiono na jego statek – zauważył ostrożnie, po czym rozłożył księgę na stole i przesuwał palcem po szeregu nazwisk. Spojrzał Brashenowi w oczy. – Byłeś z nim bardzo długo, sądziłem, że zechcesz towarzyszyć mu do końca.

– Zostałem do końca – odparł zwięźle młody marynarz. – Mój kapitan umarł, a “Vivacia” przeszła w ręce Kyle'a Havena. Niestety nie bardzo się lubimy, toteż nowy kapitan zwolnił mnie ze służby.

– Zauważył, że potrafi mówić równie spokojnie i uprzejmie jak jego przypominający wiewiórkę rozmówca.

Pośrednik zmarszczył brwi.

– Statek przejmie teraz chyba jego córka? Przecież latami ją do tego przygotowywał. Ta młodsza… Althea?

W odpowiedzi Brashen tylko parsknął.

– Niestety nie, i nie ciebie jednego zaskoczy taki obrót spraw. Najbardziej zaszokowana i rozżalona była nim sama panna Vestrit.

– Czując nagle, że zbyt jawnie mówi o uczuciach innej osoby, dodał: – Przyszedłem jedynie po moją wypłatę, panie, nie na plotki o swoich zwierzchnikach. Proszę zapłać mi i nie zważaj na słowa, które wygłosiłem w gniewie.

– Dobrze powiedziane. Możesz na mnie liczyć w tej sprawie – zapewnił go pośrednik. Podniósł wzrok znad kasetki z pieniędzmi i położył przed Brashenem trzy stosiki monet. Młody marynarz spojrzał na nie z zaskoczeniem. Jako pierwszy oficer w służbie kapitana Vestrita otrzymywał znacznie więcej.

Nagle zdał sobie sprawę, że powinien poprosić o coś jeszcze.

– Potrzebuję także karty zaokrętowania – dodał powoli. Nigdy nie sądził, że będzie musiał prosić o pieczątkę “Vivacii”. Wiele lat temu wyrzucił stare karty, przekonany, że już nigdy nie będzie musiał nikomu okazywać dowodów swych umiejętności i doświadczenia. Teraz tego żałował. Kartę pokładową stanowił zwyczajny kawałek skóry z pieczątką statku, wytłoczonym nazwiskiem marynarza i czasami jego stanowiskiem (podkreślano wówczas, że dobrze sobie radził z obowiązkami). Garść pokładowych kart znacznie ułatwiała zdobycie kolejnej posady. Szczególnie cenne były zaświadczenia z żywostatków.

– Możesz go dostać tylko od kapitana albo jego zastępcy na swoim statku – zauważył pośrednik okrętowy.

– Uff, chyba nie mam na to szans. – Brashenowi poczuł się nagle okradziony. Jedynym śladem wieloletniej dobrej służby na statku pozostawały te maleńkie stosiki monet.

Pośrednik odchrząknął.

– Wiem dobrze, że kapitan Vestrit miał o tobie i o twojej pracy wysokie mniemanie. Postaram się załatwić ci referencje. Nazywam się Nyle Hashett. Będę cię uczciwie polecał.

– Dziękuję ci, panie – powiedział pokornie młody marynarz. Nie była to karta pokładowa, ale zawsze coś.

Przez chwilę pakował monety: kilka włożył do sakiewki, kilka ukrył w butach, resztę w chusteczce, którą ściśle obwiązał na szyi. Dzięki temu fortelowi nie straci wszystkiego podczas ewentualnego napadu rabunkowego. Gdy skończył, zarzucił na ramię marynarski worek, chrząknął i opuścił biuro. Miał w pamięci listę spraw do załatwienia. Najpierw musiał sobie znaleźć pokój w tanim pensjonacie. Przedtem stale mieszkał na pokładzie “Vivacii”, nawet kiedy zawijała do portów. Teraz cały jego dobytek znajdował się w worku, który niósł na ramieniu. Następnie będzie musiał pójść do bankiera. Kapitan Vestrit często nakłaniał Brashena, by odłożył z każdego rejsu kilku monet. Młody marynarz nigdy go nie słuchał. Kiedy żeglował z Vestritem, czuł się zabezpieczony na przyszłość. Teraz gorzko pożałował, że nie skorzystał z tej rady przed laty. Ale teraz zacznie oszczędzać. Lepiej późno niż wcale. Czuł, że na długo zapamięta sobie tę lekcję.

A co potem? No cóż, zanim zabierze się do szukania nowej posady, pozwoli sobie na jedną przyjemną noc w porcie. Świeże mięso, dopiero co upieczony chleb, morze piwa wypite z innymi marynarzami w portowych tawernach. Sa jeden wie, że Brashen zasłużył sobie podczas ostatniej wyprawy na trochę przyjemności. Zamierzał tę noc spędzić jak najweselej. Jutro zacznie się martwić. Poczuł wstyd, że myśli o dobrej zabawie w dniu śmierci swego kapitana. Cóż, chciałby go pożegnać, lecz Kyle z pewnością nie dopuści, by zwolniony marynarz wszedł na pokład. Pragnął uczcić pamięć Ephrona Vestrita, ale nie kłótniami i niezgodą na jego pogrzebie. Na pokładzie, z którego zrzucą ciało kapitana, powinien panować spokój. Dziś wieczorem Brashen wypije za starego Vestrita wiele kufli piwa i na swój sposób złoży mu hołd.

Zdecydowanym krokiem ruszył ku miastu.

Niedaleko odszedł od ciemnego biura pośrednika okrętowego, gdy dostrzegł Altheę. Rozsierdzona, schodziła po trapie. Obserwował, jak szła przez doki, stawiając tak wielkie kroki, że spódnica ciągnęła się za nią niczym postrzępione żagle w trakcie burzy. Po twarzy dziewczyny płynęły łzy, jej włosy były w nieładzie, a oczy płonęły straszliwym gniewem. Kiedy przechodziła, odwracały się za nią głowy gapiów. Brashen aż jęknął. Niestety obiecał, że będzie nad nią czuwał. Szczerze westchnął i ruszył za dziewczyną.

7. AKTY LOJALNOŚCI

Pogrzeb dziadka trwał do samego wieczora. Do miasta wysłano posłańców, którzy mieli zawiadomić o jego śmierci przyjaciół rodziny i sąsiadów, a na rynkach i w dokach głośno oznajmić o nabożeństwie pogrzebowym. Wintrowa zaskoczyła liczba osób, które przyszły na pogrzeb i szybkość, z jaką się zebrały. Handlarze, kapitanowie dalekomorscy, Pierwsi Kupcy, rzemieślnicy – tak wielu ludzi porzuciło swoje sprawy i przybyło do doków. Najbliższe rodzinie osoby zaproszono na pokład “Vivacii”, pozostali płynęli za nią na łodziach i statkach. Żywostatki, które cumowały akurat w porcie, ruszyły za “Vivacią” niosącą na swoich deskach ciało kapitana do miejsca jego ostatniego spoczynku w morzu.

Wintrow przez całą ceremonię czuł się nieswojo. Zupełnie nie potrafił sobie poradzić z własnymi emocjami. Z jednej strony odczuwał dumę, że tak wielu ludzi przyszło pożegnać jego dziadka, z drugiej – uznał za objaw grubiaństwa zachowanie większości z nich; najpierw składali kondolencje, a zaraz później gratulowali z okazji ożywienia statku. Wielu zatrzymywało się przy ciele, kłaniało się z szacunkiem, po czym ruszało na dziób, aby powitać Vivacię i życzyć jej powodzenia. Tam też stała babcia chłopca (zamiast czuwać przy ciele zmarłego męża), która zresztą chyba jako jedyna zauważała niepokój wnuka. Cicho zganiła go za to, że za bardzo się oddalił od Miasta Wolnego Handlu i jego obyczajów, po czym wyjaśniła, że gratulacje uprzejmych ludzi wcale nie pomniejszają ich żalu spowodowanego śmiercią Ephrona. Zresztą mieszkańcy Miasta Wolnego Handlu nie mieli zwyczaju rozwodzić się nad tragicznymi zdarzeniami. Gdyby założyciele osady rozpamiętywali każdą osobistą katastrofę, bez końca tonęliby we łzach. Chłopiec wysłuchał babci, pokiwał głową, ale opinii nie zmienił.

Nienawidził stać na pokładzie obok ciała swego dziadka, nienawidził bliskości wielkich żaglowców, które opuściły port, by uczestniczyć w morskim pogrzebie starego kapitana. Ten wspólny rejs wydawał się Wintrowowi zbyt wymyślny, a zarazem bardzo niebezpieczny, zwłaszcza gdy wszystkie ustawione w wielkim kręgu statki równocześnie zaczęły zrzucać kotwice; pasażerowie żaglowców stłoczyli się tymczasem przy relingach i obserwowali, jak owinięte płótnem ciało Ephrona Vestrita zsuwa się z pokładu i wślizguje pod poruszane wiatrem fale.