Wintrow czuł, że statek z wielkim niepokojem przysłuchiwał się ich rozmowie. Teraz rzeźbioną twarz rozjaśnił promienny uśmiech.
– Jestem pewna, że tak będzie dobrze, Roniko. Naprawdę dobrze. – “Vivacia” patrzyła teraz w oczy chłopca. Siła jej spojrzenia zaskoczyła go. – Kiedy wrócisz, będziesz spał tu, na pokładzie dziobowym, abym mogła cię widzieć?
Wintrow niepewnie popatrzył na ojca. Chyba tylko oni dwaj zdawali sobie sprawę z faktu, że Kyle nie przystał jeszcze na prośbę syna. Chłopiec zaczął dyplomatycznie:
– Jeśli tylko mój ojciec się zgodzi – powiedział ostrożnie. Musiał zadrzeć głowę, aby spojrzeć w oczy wyższego od siebie ojca, zmusił się wszakże do tego i starał się nie odwracać wzroku przez jakiś czas.
Kapitan Haven wciąż łypał złowieszczo, jednak Wintrow odniósł wrażenie, że widzi w oczach mężczyzny także niechętny szacunek.
– Zezwalam ci na to – odparł w końcu, sugerując wszystkim wokół, że uważa tę decyzję za własną. Spojrzeniem zmierzył syna od stóp do głów. – Kiedy znajdziesz się na pokładzie, zgłoś się do Torga. Da ci koc.
Kyle zerknął na drugiego oficera, który skinął głową.
Matka Wintrowa westchnęła, jak gdyby wstrzymywała oddech.
– No cóż, skoro wszystko ustaliliśmy, chodźmy do domu. – Jej głos załamał się nieoczekiwanie na ostatnim słowie, a po policzkach znowu popłynęły łzy. – Och, mój ojcze – szepnęła miękko, jakby strofując nieżyjącego mężczyznę.
Kyle poklepał żonę po ręce, spoczywającej na jego ramieniu i razem zaczęli schodzić ze statku. Wintrow z babcią szli za nimi wolniejszym krokiem. Dzieci – Selden i Malta – kręciły się obok niecierpliwie, co chwilę wybiegając jedno przed drugie.
Ronica Vestrit poruszała się powoli i Wintrow sądził, że jest bardzo zmęczona. Później jednak zaczęła mówić i wtedy chłopiec uprzytomnił sobie, że rozmyślnie zwalniała krok, aby zostać sama z wnukiem. Przemawiała szeptem, ponieważ jej słowa były przeznaczone jedynie dla uszu chłopca.
– Wszystko, co dzisiaj zobaczyłeś, na pewno wydało ci się dziwne i obce, Wintrowie. A jednak zacząłeś mówić jak Vestrit i miałam wrażenie, że widzę na twoim obliczu wyraz twarzy twojego dziadka. Statek upomina się o ciebie.
– Babciu, obawiam się, że zupełnie nie rozumiem, o czym mówisz – zwierzył jej się równie cicho.
– Naprawdę? – Przystanęła, a on odwrócił się i popatrzył na nią. Ronica była niska, lecz trzymała się prosto i z dumą patrzyła wnukowi w oczy. – Może i mnie nie rozumiesz, ale widzę, że zachowujesz się właściwie – odezwała się po chwili. – Gdybyś nie czuł się związany z “Vivacią”, nie odzywałbyś się do niej w taki sposób. W końcu wszystko pojmiesz, chłopcze. Wszystko w swoim czasie, nie obawiaj się.
Wintrow miał złe przeczucia. Żałował, że nie jedzie do domu z resztą rodziny. Mógłby usiąść z rodzicami i otwarcie porozmawiać. Wiedział, że o nim mówią i chociaż nie docierały do niego ich słowa, czuł się zagrożony. Potem zganił się srogo w myślach i przypomniał sobie, że nie powinien przedwcześnie wydawać sądów. Babcia nie powiedziała nic więcej. Chłopiec pomógł jej zejść po trapie i wsiąść do czekającego powozu. Pozostali siedzieli już w środku.
– Dziękuję ci, Wintrowie – powiedziała do niego poważnie Ronica.
– Bardzo proszę – odparł z lekkim niepokojem, podejrzewał bowiem, że babcia dziękuje mu nie tylko za odprowadzenie do powozu. Zastanawiał się przez chwilę, czy rzeczywiście zrobił coś jeszcze. Nagle został sam. Woźnica cmoknął na konie i pojazd odjechał; końskie kopyta stukały głucho na drewnianych deskach doków. Gdy powóz zniknął, chłopiec odwlekał jeszcze chwilę powrót. Stał i wsłuchiwał się w ciszę nocy.
Prawdę mówiąc, wcale nie było cicho. Ani miasto, ani doki nie spały. Za łukiem portu dostrzegał światła i słyszał dalekie odgłosy nocnego targowiska. Wiatr na moment przyniósł muzykę – piszczałki i dzwoneczki. Pewnie ślub z tańcami. Bliżej chłopca smołowane pochodnie przytwierdzone do podpór doku rzucały duże koła niespokojnego światła. Fale rytmicznie uderzały w pale pod dokami, przywiązane do nich łodzie ocierały się i zgrzytały. Skojarzyły mu się z wielkimi drewnianymi zwierzętami i nagle poczuł dreszcz, przypomniał sobie bowiem o żywym statku. Pomyślał, że “Vivacia” nie jest ani zwierzęciem, ani statkiem, lecz jakimś ich dziwacznym połączeniem. Zastanowił się, jak to możliwe, że sam się zaoferował spędzić noc na jej pokładzie.
Kiedy zszedł do doków, do miejsca, gdzie cumował jego żaglowiec, tańczące światło pochodni i falująca woda zlały się Wintrowowi w jedno, toteż niewiele widział i niepewnie się poruszał. Odczuwał już znużenie całym długim dniem.
– Och, jesteś!
Głośne powitanie “Vivacii” przestraszyło go, ale zapanował nad sobą.
– Przecież ci powiedziałem, że wrócę – przypomniał jej.
Gdy tak stał i patrzył w górę, na figurę dziobową, czuł się bardzo dziwnie. Światło pochodni osobliwie się nad nią poruszało, bo chociaż rysy “Vivacii” były ludzkie, światło od jej skóry odbijało się tak jak od zwykłego drewna. Z miejsca, w którym stał chłopiec, widać ją było w całej okazałości; wzrok przyciągały zwłaszcza piersi. Starał się na nie nie patrzeć, ale nie potrafił także spojrzeć jej w oczy. Powtarzał sobie, że ma przed sobą tylko drewniany statek, nic więcej. Ona jest tylko drewnianym statkiem, myślał ponuro. Gdy jednak uśmiechnęła się do niego, wbrew sobie odniósł wrażenie, że ma do czynienia z ponętną młodą kobietą wychylającą się z okna. Natychmiast uznał to skojarzenie za całkowicie absurdalne.
– Nie wchodzisz na pokład? – spytała go z uśmiechem.
– Oczywiście – odrzekł. – Spotkamy się za moment.
Kiedy wspinał się po trapie, a potem szukał po omacku drogi na ciemnym pokładzie, znowu zaczął się zastanawiać nad swoją przyszłością. Posiadaczami żywostatków, o ile wiedział, byli jedynie obywatele Miasta Wolnego Handlu. Na lekcjach w klasztorze nikt o nich wprawdzie nie wspominał, ale kapłani stale ostrzegali Wintrowa przed magią, niezgodną ze świętością życia. Przypomniał sobie teraz jedną szczególną lekcję. Istniało kilka typów czarów: takie, które pozbawiały kogoś lub coś życia, aby obdarzyć nim coś innego, takie, które pozbawiając kogoś lub coś życia, zwiększały moc maga, takie, które sprowadzały na kogoś nieszczęście, uprzyjemniając magowi lub komuś innemu życie… Żaden z tych rodzajów magii nie pasował do ożywienia statku. Dziadek Wintrowa i tak by przecież umarł, toteż jego śmierć nie do końca wiązała się z ożywieniem statku. Chłopiec wiedział, że Ephrona Vestrita nie pozbawiono życia dla obudzenia witalnych sił “Vivacii”.
Gdy szedł tak rozmyślając, w pewnej chwili potknął się o zwój liny. Zrobił następny krok, lecz stopy zaplątały mu się w skraj brązowej szaty nowicjusza i chłopiec runął na pokład.
Ktoś wybuchnął śmiechem. Może wcale nie śmiał się z niego. Może w którymś miejscu na zacienionym pokładzie kilku marynarzy trzymało wachtę i dla zabicia czasu opowiadali sobie wesołe historie. Może było i tak. Wintrow się zarumienił i stłumił w sobie gniew na ewentualnych kpiarzy. Głupota, pomyślał. Tylko głupiec denerwuje się na kogoś, kto jest na tyle tępy, by uważać taki upadek za zabawne zdarzenie. A jeszcze większą głupotą jest gniewać się, skoro nie ma się pewności, czy w ogóle ktoś się z człowieka naśmiewa. Ten dzień był po prostu zbyt długi. Chłopiec wstał ostrożnie i na oślep ruszył po pokładzie dziobowym.
W pewnym momencie natknął się na niedbale rzucony szorstki koc. Pachniał osobnikiem, który używał go jako ostatni; materiał był albo źle utkany, albo w niektórych miejscach zesztywniały z brudu. Wintrow odrzucił go ze wstrętem. Przez chwilę się zastanawiał, czy w ogóle zareagować na tę zniewagę, letnia noc nie była przecież chłodna i może wcale nie będzie potrzebował koca. Czy nie lepiej po prostu zapomnieć o tej obeldze? Wszak pojutrze już go tu nie będzie i nie wiadomo, czy spotka jeszcze kiedykolwiek któregoś z tych marynarzy. Potem jednak pochylił się i podniósł koc z pokładu, uświadomił sobie bowiem, że nie ma do czynienia z czynem, na który mógłby przymknąć oko. Nie chodziło o wczesnojesienne gradobicie, wylew wzburzonej rzeki ani o inne zjawisko pogodowe, lecz o akt ludzkiego okrucieństwa. Niezależnie od tego, czy był on skierowany przeciwko niemu, czy też przeciw innym osobom, kapłan Sa nie może pominąć takiego zachowania milczeniem.