Rozprostował ramiona. Wiedział, jak go postrzegają marynarze. Syn kapitana, chłopiec bardzo niewielkiego wzrostu, żyjący w klasztorze, gdzie uczono go, by wierzył w dobroć i życzliwość. Zdawał sobie sprawę, że mnóstwo osób uzna go za słabeusza, bowiem uważają wszystkich kapłanów i kapłanki Sa za bezpłciowych głupców spędzających życie na bezsensownych łazęgach i paplaninie o pięknym, spokojnym świecie. A Wintrow znał też drugą stronę kapłańskiego życia, doglądał wszak kapłanów, wracających do klasztoru, doświadczonych przez ludzkie okrucieństwo, z którym usiłowali walczyć; widział również umierających duchownych, którzy zarazili się dżumą podczas pielęgnowania chorych. Wyraźny głos i śmiałe spojrzenie, poradził sobie Wintrow, przerzucił koc przez ramię i po omacku, ostrożnie ruszył ku rufie, gdzie paliła się jedna nocna latarnia.
W kręgu jej przyćmionego światła siedziało trzech mężczyzn. Grali na pokładzie w bierki. Chłopiec wyczuł ostry zapach taniego alkoholu i zmarszczył brwi. Tlący się w nim maleńki płomyk oburzenia rozbłysł jaśniej. Poczuł się jakby przeszła na niego anma dziadka. Śmiało wszedł w krąg światła latarni, rzucił koc na deski statku i otwarcie spytał:
– A od kiedy to tutejsi marynarze piją alkohol w trakcie pełnienia nocnej wachty?
W pierwszej chwili mężczyźni wzdrygnęli się, potem wszakże zobaczyli, kto ich upomina.
– To nasz młodociany księżulo – odezwał się szyderczym tonem jeden z nich i ponownie rozciągnął się na pokładzie. Gniew chłopca rósł.
– Tak, ale i Wintrow Haven z rodu Vestritów. Nie życzę sobie oglądać na deskach “Vivacii” pijaństwa ani hazardu. Na wachcie marynarze powinni się czujnie rozglądać!
Wszyscy trzej marynarze ciężko wstali. Górowali nad nim wzrostem i byli znacznie bardziej umięśnieni; po prostu krzepcy, muskularni mężczyźni. Jednemu tylko starczyło poczucia przyzwoitości i wyglądał na zawstydzonego, ale pozostali dwaj z pewnością wypili więcej od niego i najwyraźniej wcale tego nie żałowali.
– A za czym mamy się rozglądać? – zapytał wyniośle czarnobrody. – Mamy patrzeć, jak niejaki Kyle Haven przejmuje statek starego kapitana i zastępuje jego załogę własnymi kumplami? A może mamy się przyglądać, gdy nas wyrzuca za burtę albo traktuje jak zero? Nas, którzy przepracowaliśmy tyle lat i przez cały ten czas byliśmy cholernie lojalni.
– Mamy obserwować, jak jakiś Haven kradnie statek, którym powinni dowodzić tylko Vestritowie? – dodał inny do litanii. – Może Althea jest smarkatą, małą złośnicą, ale to z krwi i kości Vestritka, więc ten statek należy się jej, nawet jeśli jest kobietą.
Tysiąc możliwych odpowiedzi przemknęło Wintrowowi przez głowę. Wybrał tę, którą uważał za najlepszą.
– Te wszystkie kwestie nie mają nic wspólnego z piciem na wachcie. Wybraliście kiepski sposób czczenia pamięci Ephrona Vestrita.
Ostatnie stwierdzenie wyraźnie wywarło na całej trójce większe wrażenie niż poprzednie słowa chłopca. Zawstydzony marynarz wystąpił krok naprzód.
– Wachtę pełnię ja i nie piję. Tamci dwaj tylko dotrzymują mi towarzystwa i bawią rozmową.
Wintrow nie miał pojęcia co odpowiedzieć, więc tylko poważnie pokiwał głową. Potem dostrzegł porzucony koc i przypomniał sobie, po co tu przyszedł.
– Gdzie jest drugi oficer? Hm, Torg? Czarnobrody prychnął z pogardą.
– Jest bardzo zajęty. Przeprowadza się właśnie do kajuty Althei i nic poza tym go nie obchodzi.
Chłopiec skinął głową i nie skomentował słów mężczyzny.
– Nawet w naszym rodzinnym porcie nie można pozwolić, by na pokład wszedł ktoś niepowołany – odezwał się bardziej do siebie, niż do któregoś z marynarzy.
Wartownik spojrzał na niego, jakby się zastanawiając.
– Żywy statek sam nas zawiadomi, jeśli ktoś będzie tego próbował.
– Jesteś pewny, że “Vivacia” będzie wiedziała, co zrobić z nieznajomym, który wejdzie na jej pokład?
Mężczyzna był jeszcze bardziej zdziwiony.
– Jakżeby inaczej? Ona wie o życiu na pokładzie wszystko, co wiedział kapitan Vestrit, a także jego ojciec i babka. – Odwrócił wzrok, potrząsnął głową i oświadczył: – Sądziłem, że wszyscy Vestritowie znają się na żywostatkach.
– Dziękuję ci – rzucił Wintrow, ignorując ostatnią opinię marynarza. – Poszukam Torga. Nie przerywajcie sobie.
Pochylił się i podniósł koc. Szedł uważnie, szczególnie gdy opuścił krąg światła i zaczął przyzwyczajać oczy do pogłębiających się ciemności. Drzwi do kajuty Althei stały otworem, światło wylewało się z nich na pokład. Pozostałe po poprzedniej mieszkance pudła z rzeczami rzucono niedbale pod ścianę. Oficer był zajęty metodycznym rozmieszczaniem własnych rzeczy.
Wintrow zapukał głośno w otwarte drzwi.
– Co? – zapytał drugi oficer obracając się do chłopca.
– Ojciec kazał mi się do pana zgłosić po koc – oznajmił Wintrow cicho.
– Widzę, że masz już jeden – zauważył Torg. Nie potrafił ukryć błysku rozbawienia. – A może nasze dziecko w sutannie uważa, że ten pled nie jest dla niego wystarczająco dobry.
Chłopiec rzucił paskudny koc na podłogę.
– Rzeczywiście – potwierdził spokojnie. – Jest brudny. Nie przeszkadza mi, że jest zniszczony i połatany. Ale żaden człowiek nie powinien znosić brudu.
Torg ledwie na niego spojrzał.
– Jeśli wydaje ci się brudny, wypierz go sobie – rzucił i wrócił do rozpakowywania rzeczy.
Wintrow nie zamierzał odpuścić.
– Chyba sam pan rozumie, że koc nie zdąży wyschnąć – powiedział uprzejmie. – Proszę tylko o to, żeby wypełnił pan rozkaz mojego ojca. Spędzam noc na pokładzie i potrzebuję koca.
– Wypełniłem rozkaz kapitana i dałem ci koc. – W głosie Torga jawniej zadźwięczało okrutne rozbawienie. Chłopiec zdenerwował się.
– Co pana bawi we własnej nieuprzejmości? – spytał Torga ze szczerym zaciekawieniem. – Czy to aż taki kłopot? Niechże pan mi da czysty koc zamiast tej brudnej szmaty i nie każe mi błagać o to, czego potrzebuję.
Logiczność tego stwierdzenia najwyraźniej zaskoczyła oficera. Przez chwilę patrzył na chłopca oniemiały. Jak wielu okrutnych ludzi, nigdy w gruncie rzeczy nie zadał sobie pytania, dlaczego traktuje innych w ten sposób. Wystarczała mu pewnie świadomość, że potrafi się zdobyć na aroganckie zachowanie i że ma do tego prawo. Całkiem prawdopodobne, że był tyranem od czasów dzieciństwa i pozostanie nim aż do śmierci. Wintrow zastanowił się nad tym. Oficer miał małe, okrągłe oczka, błękitne jak u białej świni. Skóra pod brodą zaczynała mu już obwisać. Chustka zawiązana wokół szyi wyglądała na niepraną od lat, a na wewnętrznej stronie rozpiętego kołnierza niebiesko-białej koszuli widać był brudnobrązową obwódkę, która nie pochodziła z brudu i potu ciężkiej, uczciwej pracy, lecz sugerowała zwyczajne niechlujstwo. Ten człowiek po prostu nie miał zwyczaju utrzymywać swego ciała i ubrań w czystości. Widać to zresztą było po jego rzeczach, rozrzuconych po całej kajucie. W dwa tygodnie Torg zmieni to pomieszczenie w cuchnący chlew pełen niepranej garderoby i wszędobylskich kawałków jedzenia.
Chłopiec postanowił przerwać kłótnię. Prześpi się w ubraniu na pokładzie. Nie będzie mu przyjemnie, ale jakoś to przeżyje. Osądził, że nie ma sensu dłużej się spierać z tym mężczyzną, który i tak nigdy nie zrozumiałby, jak przykry i obraźliwy jest dla jego rozmówcy sam dotyk tak brudnego koca. Wintrow skarcił się za to, że nie przyjrzał się wcześniej Torgowi, wówczas bowiem zapewne nie doszłoby do sporu, a on sam nie musiałby się bez sensu denerwować.
– Mniejsza o to – powiedział wymijająco i dosadnie. Odwrócił się. Zamrugał oczyma kilka razy, by przyzwyczaić wzrok do ciemności, potem ruszył w drogę powrotną. Wyczuł, że oficer stanął w drzwiach kabiny i patrzy za nim.
– Szczeniak bez wątpienia poskarży się tatusiowi – Torg rzucił szyderczo w ciemność. – Pewnie jednak odkryje, że jego ojciec potrzebuje chłopaka wytrzymalszego, a nie płaksy chlipiącej nad kilkoma plamami na kocu.