Выбрать главу

Odkąd Keffria pamiętała, nienawidziła pory zbiorów mafe. Kiedy była maleńka, przeszkadzało jej, że matka wychodzi z domu, zanim dziewczynka się przebudzi i wraca tuż przed jej zaśnięciem albo jeszcze później. Gdy Keffria podrosła, przez kilka lat matka uparcie ciągała ją ze sobą po rozgrzanych polach wśród długich rzędów ciernistych ciemnozielonych krzewów, ciężkich od dojrzewających strączków. Keffria musiała się nauczyć zrywać strąki, rozpoznawać szkodniki, które niszczyły rośliny. Dowiedziała się, że zarażone krzewy należy natychmiast wyrwać i spalić, a pozostałe starannie oblać mocną herbatą z pleśnią i końskim nawozem. Keffria nienawidziła tego wszystkiego. Jak tylko dorosła na tyle, by zacząć dbać o skórę i włosy, zbuntowała się; oświadczyła, że nie będzie chodziła w upalnym słońcu i pracowała. Przypomniała sobie teraz, że w tym samym roku postanowiła, iż nigdy nie poślubi mężczyzny, który odpłynie na morze, a ją zostawi samą ze wszystkimi obowiązkami. Potrzebowała człowieka, który naprawdę będzie mężem, będzie się nią opiekował, zabezpieczy ją, a wszelkie troski i zmartwienia pozostawi przed drzwiami ich domostwa.

– A potem i tak poślubiłam żeglarza – powiedziała głośno. Czułość w jej głosie zmieniła to zdanie w komplement.

– Hm? – zapytał Kyle sennym, niskim głosem.

Keffria położyła rękę na bladej w świetle księżyca piersi męża. Jej oliwkowa skóra kontrastowała z jasną karnacją Kyle'a.

– Żałuję tylko, że będziesz teraz tak dużo pływał – stwierdziła cicho. – Po śmierci papy zostałeś głową naszej rodziny. Jeśli nie ma cię w pobliżu…

– Wiem – przerwał jej spokojnie. – Myślałem o tym i martwiłem się. Jak sądzisz? Dlaczego w przeciwnym razie upierałbym się, by zabrać ze sobą na statek Wintrowa? Nadeszła pora, żeby przygotował się do przejęcia po mnie roli głowy rodziny. Teraz na niego spadnie część obowiązków.

– Ale… miał zostać kapłanem – zaprotestowała cienkim głosem Keffria. Rzadko się sprzeciwiała mężowi, dotąd jednak w sprawie wychowywania dzieci zawsze pozostawiał jej wolną rękę. Nie potrafiła uwierzyć, że nagle zmienił zamiary względem chłopca.

– Wiesz, że nigdy nie pochwalałem tej nonsensownej decyzji – powiedział powoli, jak gdyby odpowiadał na jej myśli. – Ofiarowaliśmy naszego pierworodnego syna, by służył Sa… Tak postępują bogaci ludzie z Jamaillii. To podkreśla ich dobrobyt. Oddają swoje dziecko i niczego w zamian nie żądają. Z nami jest inaczej, moja droga. Wiedziałem, że tego pragniesz i naprawdę chciałem ci na to pozwolić. Wysłaliśmy więc chłopca do klasztoru. Gdyby twój ojciec żył przez jeszcze parę lat, on mógłby tam pozostać. Niestety stary Ephron umarł. Selden jest zbyt młody na żeglarza. Jest całkowicie zrozumiałe i logiczne, że nasza rodzina bardziej potrzebuje Wintrowa niż klasztor w Jamaillii. Zawsze powtarzasz, że dobry Sa wiele daje. No więc spójrz na całą sprawę w ten właśnie sposób. Sa dał nam syna, trzynastolatka. I teraz go potrzebujemy.

– Ale go przecież obiecaliśmy – szepnęła. Poczuła nieznośny ból. Tak wiele dla niej znaczyło, że syn zostanie kapłanem w służbie Sa. Nie wszystkich chłopców ofiarowanych przez rodziców akceptowano. Niektórych klasztor odsyłał z podziękowaniem i uprzejmym listem wyjaśniającym, że dziecko nie nadaje się na kapłana. Wintrowa klasztor przyjął. Od samego początku był ulubieńcem kapłanów, otrzymał brązową sutannę nowicjusza, przeniesiono go z odosobnionego klasztoru w Kall do Kelpiton na półwyspie Szpik. Kapłani nieczęsto zdają sprawozdania z postępów swoich uczniów, ale z jej syna byli bardzo zadowoleni. Keffria trzymała listy pochwalne w szkatułce, a charakterystyczne złocone wstążeczki odrywała z kopert i trzymała w rogu skrzyni z ubraniami.

– Ty go obiecałaś – zwrócił jej uwagę Kyle. – Nie ja. Poczekaj, pomóż mi się podnieść. – Wyswobodził się z ramion żony i z pościeli, po czym wstał. Jego ciało wyglądało w księżycowej poświacie jak rzeźba z kości słoniowej. Dotarł po omacku w nogi łóżka, wziął nocną koszulę i włożył ją.

– Dokąd idziesz? – spytała cicho. Wiedziała, że jej słowa go poirytowały, z drugiej strony jednak Kyle nigdy przedtem nie zostawiał jej samej w łóżku.

Znał ją tak dobrze. Wyczuł, że jest zmartwiona, podszedł i pogładził ją po włosach.

– Zaraz wrócę. Pójdę tylko do pokoju Althei i sprawdzę, czy już przyszła. – Potrząsnął głową. – Nie potrafię uwierzyć w jej głupotę. Mam nadzieję, że wieczorem nie zrobiła z siebie pośmiewiska dla całego miasta. Kiedy sobie trochę wypije, z jej ust padają straszne słowa. Skandal to ostatnia rzecz, jakiej teraz potrzebujemy. Nasza rodzina powinna się wydawać zjednoczona i mocna. Niech wszyscy sądzą, że panujemy nad naszymi problemami finansowymi. Jedna rozmowa z Altheą i wierzyciele wystraszą się, po czym ściągną pod nasze drzwi w obawie, że niedługo przestaniemy być wypłacalni. No, tak. Na dziś wieczór wystarczy już zmartwień i smutków. Spróbuj zasnąć. Wrócę za kilka minut.

* * *

Przez długą chwilę Brashen bał się, że Altheą nie zechce, by ją odprowadził. Chwiała się lekko i taksowała go mrużąc oczy. Również jej się przyjrzał. Na Sa, ależ wyglądała! Włosy opadały jej luźno na czoło i ramiona. Twarz miała brudną od kurzu dnia i łez. Jej sukienka była piękna i kosztowna, lecz nie pasowała do takiego kocmołucha. Brashen pomyślał, że dziewczyna przypomina teraz bardziej panienkę lekkich obyczajów szukającą klienta niż dumną córkę kupieckiej rodziny z Miasta Wolnego Handlu. Jeśli spróbuje pójść do domu sama, w okolicach nocnego targowiska może jej się przydarzyć coś nieprzyjemnego.

Altheą wzięła głęboki oddech.

– Tak, tak – mruknęła i z kolejnym ciężkim westchnieniem chwyciła go pod ramię. Oparła się o niego ciężko, a Brashen pomyślał, jak to dobrze, że za kilka monet oddał swój marynarski worek na przechowanie zaprzyjaźnionemu oberżyście.

Młodego marynarza gnębiły wyrzuty sumienia, że wydał tak dużo pieniędzy, gdy podążał za Altheą od jednej tawerny do następnej. Cóż, wydał wprawdzie więcej niż zamierzał, lecz i tak mniej niż zwykle podczas nocnych eskapad w mieście. A przy tym uświadomił sobie, że jest prawie zupełnie trzeźwy. Była to chyba najbardziej przygnębiająca pierwsza noc po rejsie, jaką kiedykolwiek spędził w rodzinnym porcie. Hm, załatwił już niemal wszystkie sprawy. Teraz musiał tylko bezpiecznie odstawić dziewczynę do domu i do świtu pozostanie mu jeszcze kilka godzin, które może spędzić, jak mu się żywnie spodoba.

Spojrzał w górę i w dół ulicy. Była kiepsko oświetlona szeroko rozstawionymi pochodniami i o tej porze prawie zupełnie pusta. Ludzie, którzy mieli jeszcze siłę pić, przebywali w tawernach, słabsi spali gdzieś po zaułkach. Jednak Brashen dostrzegł w dole ulicy kilku łobuzów, którzy czyhali na pijanych marynarzy, by okraść ich z ostatnich monet. Wiedział, że musi zachować ostrożność, zwłaszcza że podtrzymywał Altheę.

– Tędy – powiedział i spróbował narzucić żywsze tempo. Niestety dziewczyna prawie natychmiast się potknęła. – Jesteś aż tak pijana? – spytał ją strapiony, zanim zdołał się ugryźć w język.

– Tak – odparta, po czym lekko czknęła. Nagle się pochyliła się i Brashen pomyślał, że upadnie na drewnianą promenadę. Althea jednakże zrzuciła najpierw jeden, potem drugi but; były na obcasie, ozdobione wstążkami. – A te przeklęte buciory wcale mi nie pomagają iść. – Wstała i odrzuciła oba buty w ciemną ulicę, po czym poprawiła strój i mocno chwyciła się ramienia Brashena. – No to chodźmy – dodała.

Musiał przyznać, że boso szło jej się znacznie łatwiej. Uśmiechnął się do siebie w ciemnościach. Nawet po wszystkich tych latach pozostał przedstawicielem pruderyjnej rodziny Trellów. Poczuł dreszcz przerażenia na myśl o tym niestosownym widoku – kupiecka córka przemierza miasto na bosaka. No cóż, biorąc pod uwagę pozostałe szczegóły związane z jej wyglądem, Brashen wątpił, czy akurat ten drobiazg przyciągnie czyjeś oko. Zresztą, i tak nie zamierzał poprowadzić Althei przez rynek, starał się wybierać mniej uczęszczane ulice i miał nadzieję, że nie spotkają nikogo, kto mógłby rozpoznać ich w ciemnościach. Wszystko z szacunku dla zmarłego Ephrona Vestrita.