Kiedy jednak doszli do skrzyżowania, dziewczyna szarpnęła go za ramię i spróbowała skręcić ku jasnym ulicom nocnego targowiska.
– Chce mi się jeść – oznajmiła. W jej głosie zadźwięczało zaskoczenie i zakłopotanie, jak gdyby obarczała Brashena winą za swój głód.
– To fatalnie, bo jestem bez grosza – skłamał krótko i zaczął ją ciągnąć w przeciwną stronę.
Popatrzyła na niego podejrzliwie.
– Tak szybko przepiłeś całą zapłatę? Na dupę Sa, stary, wiedziałam, że upijasz się w portach, ale nie sądziłam, że można w parę godzin przepić tyle pieniędzy.
– Wydałem na dziwki – rzucił rozdrażniony.
W migoczącym świetle pochodni obejrzała młodego marynarza od stóp do głów.
– No tak, oczywiście – mruknęła do siebie, potem potrząsnęła głową. – Nic nie można na to poradzić, Brashenie Trellu?
– Nie bardzo – przyznał chłodno, zdecydowany zakończyć tę dyskusję. Po raz kolejny pociągnął Althea ku ciemnej uliczce, dziewczyna wszakże opierała się.
– W wielu miejscach sprzedadzą mi na kredyt. Chodź, kupię ci też. – Teraz stała się wylewna.
Zdecydował się na szczerość.
– Altheo, jesteś pijana i nie wyglądasz za dobrze. Lepiej, by cię nie widziano w takim stanie w miejscach publicznych. Chodź, odprowadzę cię do domu.
Upór osłabł i dziewczyna posłusznie dała się wprowadzić w ciemnawą uliczkę. Znajdowali się teraz w dzielnicy mniejszych sklepików – jedne były podejrzanej natury, inne ich właściciele przenieśli tu, ponieważ nie udawało im się opłacić wysokiego czynszu na nocnym targowisku. Słabe latarnie świeciły przed tymi, które były jeszcze otwarte. Brashen dostrzegł wokół siebie salony tatuażu, sklepy z kadzidłami i narkotykami oraz takie, które zaspokajały najwymyślniejsze cielesne pragnienia. Młody marynarz cieszył się z panującego tu małego ruchu. Właśnie pomyślał, że powoli kończą się jego nocne perypetie, kiedy Althea z drżeniem wciągnęła powietrze. Brashen zorientował się, że dziewczyna cicho płacze.
– Co się stało? – spytał znużony.
– Teraz, kiedy mój ojciec nie żyje, nikt nie będzie już nigdy ze mnie dumny. – Potrząsnęła głową, po czym wytarła łzy rękawem. – Dla niego liczyły się moje umiejętności, inni natomiast oceniają mnie po wyglądzie – dodała stłumionym głosem.
– Oj, chyba zbyt dużo wypiłaś – upomniał ją. Chciał pocieszyć Altheę i wyjaśnić, że z powodu sporej ilości alkoholu obniżyła się jej samoocena, niestety słowa zabrzmiały jak kolejna krytyczna uwaga. Dziewczyna tylko pokiwała głową i potulnie ruszyła za swoim towarzyszem. Musiał przyznać, że nie potrafi jej pomóc, zresztą nie wiedział, czy rzeczywiście chce jej poprawiać samopoczucie. Nie czuł się za nią odpowiedzialny. A zatem rodzina ją potępiła. Jak mogła mu o tym mówić? Czyżby zapomniała, że jego rodzice go wyklęli? Przecież rzuciła mu to w twarz zaledwie kilka tygodni temu. Nie postępowała uczciwie, jeśli oczekiwała z jego strony współczucia teraz, kiedy sytuacja się odwróciła.
Przez jakiś czas szli w milczeniu.
– Brashenie – powiedziała cicho, lecz z całą powagą. – Zamierzam odzyskać mój statek.
Mruknął coś niezobowiązująco. Nie było sensu mówić dziewczynie, że jego zdaniem nie ma żadnych szans.
– Słyszałeś, co powiedziałam? – spytała. – Tak.
– No i? Zamierzasz coś odpowiedzieć? Parsknął krótkim, szyderczym śmiechem.
– Kiedy odzyskasz swój statek, spodziewam się ponownej nominacji na pierwszego oficera.
– Załatwione – odparła wspaniałomyślnie. Brashen prychnął.
– Gdybym wiedział, że to takie proste, zażądałbym od ciebie stanowiska kapitana.
– Nie, nie. Kapitanem będę ja. Ale możesz zostać pierwszym oficerem. “Vivacia” cię lubi. Zamierzam trzymać na pokładzie tylko tych ludzi, których lubi.
– Dziękuję ci – oświadczył z zakłopotaniem. Nigdy nie sądził, że Althea go lubi, toteż jej słowa go poruszyły. Córka kapitana mimo wszystko go lubi!
– Co? – spytała pijackim głosem.
– Nic – odparł. – Zupełnie nic.
Skręcili w ulicę handlarzy znad Rzeki Deszczowej. Tutaj sklepy były bardziej ozdobne i wszystkie z wyjątkiem kilku – zamknięte. Egzotyczne i cenne towary, które oferowały, przeznaczone były dla bardzo bogatych klientów, a nie dla rozwydrzonej i zuchowatej młodzieży, stanowiącej główną część klienteli nocnego targowiska. Duże szklane okna zaryglowano na noc, a wynajęci strażnicy, uzbrojeni po zęby, przechadzali się przed sklepami. Co drugi patrzył groźnie na idącą promenadą parę. Towary za zaryglowanymi oknami miały w sobie coś z magii Deszczowych Ostępów. Brashen zawsze wyczuwał na tej ulicy słodką i przyprawiającą go o dreszcz atmosferę. Tu jeżyły mu się włoski na karku, i dławiło w gardle. Nawet w nocy, gdy tajemnicze produkty handlu znad złowrogiej Rzeki ukrywały się przed jego wzrokiem, aura magii lśniła srebrzyście i zimno w nocnym powietrzu. Młody marynarz zastanawiał się, czy Althea czuje to samo i już miał ją spytać, lecz nagle pytanie wydało się zbyt poważne, a równocześnie zbyt trywialne, by wyrazić je głośno.
Milczenie między nimi rosło, aż ręka dziewczyny na jego ramieniu wydawała mu się powoli niepokojąco intymna. Aby rozproszyć te myśli, Brashen odezwał się ponownie.
– Hm, zaaklimatyzowała się u nas całkiem szybko – zauważył głośno, kiedy mijali sklep Amber. Skinął głową ku witrynie na rogu ulicy Deszczowych Ostępów. Właścicielka sklepu siedziała w witrynie za kosztowną dekoracją wielkich szklanych szyb Yicci. Były przezroczyste jak woda, a ich ramy wymyślnie rzeźbione i złocone. Sprawiały, że kobieta za nimi wyglądała jak oprawne w ramy dzieło sztuki.
Amber siedziała na białym plecionym krześle. Miała na sobie długą brązową suknię udrapowaną na ramionach, która pomniejszała zamiast uwydatniać jej drobne kształty. Okna sklepu nie były ani zaryglowane, ani okratowane, przed witryną nie przechadzali się również strażnicy. Może kobieta ufała, że złodziei powstrzyma jej niezwykła osobowość. Obok niej łagodnym żółtym światłem płonęła jedna półkolista latarnia. Głęboki brąz sukni podkreślał zloty odcień skóry artystki, a także jej włosów i oczu. Nagie stopy wyzierały spod długiej spódnicy. Kobieta obserwowała ulicę kocimi oczyma.
Althea przystanęła i popatrzyła na Amber. Zakołysała się przy tym lekko, a Brashen bez zastanowienia otoczył ją ramieniem, pomagając jej w odzyskaniu równowagi.
– Co ona sprzedaje? – zastanowiła się głośno. Chłopak skrzywił się, był bowiem pewien, że kobieta za szkłem usłyszała słowa dziewczyny, chociaż wyraz jej twarzy nie zmienił się: nadal bez emocji przyglądała się rozczochranej Althei. Dziewczyna mocno zacisnęła powieki, potem otworzyła szeroko oczy, usiłując zobaczyć coś więcej. – Wygląda jak wyrzeźbiona z drewna. Złoty klon. – Kobieta za szybą tym razem na pewno ją usłyszała, bowiem na jej pięknych ustach pojawił się nieznaczny uśmieszek. Wtedy jednak Althea dodała płaczliwie: – Przypomina mi o moim statku. Śliczna żywa “Vivacia”, pełna kolorów pokrywających jedwabiste słoje czarodrzewu.
Gdy dziewczyna wypowiedziała te słowa, na twarzy Amber pojawiła się nagle wcale nieukrywana niechęć. Brashen nie miał pewności, dlaczego ta patrycjuszowska pogarda tak bardzo go zaniepokoiła, jednak chwycił swą towarzyszkę pod łokieć i stanowczo popędził po słabo oświetlonej ulicy. Jak najdalej od tej witryny!
Przy następnym skrzyżowaniu pozwolił Althei zwolnić. Dziewczyna już kuśtykała i marynarz przypomniał sobie o jej bosych stopach i nierównym drewnie promenady. Althea nie narzekała jednak na swój los, zapytała tylko ponownie:
– Co ona tam sprzedaje? Nie należy do Kupców z Miasta Wolnego Handlu, którzy handlują nad Rzeką Deszczową. Tylko rodzina, która posiada żywostatek może się wyprawić w górę Rzeki. Kim więc ona jest i dlaczego ma sklep na ulicy Deszczowych Ostępów?
Brashen wzruszył ramionami.
– Przybyła tu mniej więcej dwa lata temu. Miała maleńki sklepik na skrzyżowaniu ulicy Różności i placu Bodkinsa. Wytwarzała drewniane korale i sprzedawała je. Nic poza tym. Tylko bardzo ładne drewniane paciorki, które wiele osób kupowało dla swoich dzieci, a one nawlekały koraliki na sznurki. W ubiegłym roku przeprowadziła się do lepszej dzielnicy i zaczęła sprzedawać, hm, biżuterię. Tyle że wykonaną z drewna.