– Drewniana biżuteria? – zakpiła Althea.
Zaczynała się zachowywać jak zwykle, toteż Brashen podejrzewał, że spacer ją otrzeźwił. To dobrze. Może doprowadzi się trochę do porządku, zanim wejdzie bosa do domu swego ojca.
– Też drwiłem, ale potem zmieniłem zdanie. Nigdy nie znałem rzeźbiarza, który potrafiłby wyczarować z drewna tak wiele. Amber wybiera osobliwe małe sękate kawałki i przemienia je w twarze, zwierzęta i egzotyczne kwiaty. Czasami je inkrustuje. Nie wystarczy wszakże wybrać odpowiednie drewno, trzeba mieć jeszcze talent. A ona ma niesamowite oko i dokładnie wie, co powstanie z danego kawałka.
– Ach. Pracuje zatem w czarodrzewie? – spytała zuchwale Althea.
– A fe! – krzyknął oburzony Brashen. – Przybyła tu niedawno, ale świetnie wie, że w mieście nie tolerowano by czegoś takiego! Nie, Amber używa zwykłego drewna. Wiśni, dębu i innych… rozmaite kolory i słoje…
– W Mieście Wolnego Handlu jest znacznie więcej czarodrzewu niż sądzisz – zauważyła ponuro dziewczyna. Podrapała się po brzuchu. – To wstrętny mały handel, ale jeśli masz pieniądze, możesz zdobyć rzeźbiony kawałek.
Brashen poczuł się niepewnie, słysząc jej złowieszczy ton. Próbował lekko zmienić temat.
– No cóż, czy nie to właśnie cały świat mówi o naszym mieście? Że można tu sobie kupić wszystko, co tylko człowiek sobie wyobrazi?
Uśmiechnęła się do niego krzywo.
– A znasz odpowiedź na to pytanie? Nie można sobie wyobrazić szczęścia i dlatego nie jest ono na sprzedaż.
Brashen nie wiedział, jak zareagować na te słowa, ponieważ w głosie Althei usłyszał ogromny smutek. Nastąpiło milczenie, które pasowało do nocnego chłodu. Kiedy opuścili ulice handlarzy i kupców, a następnie krętymi dróżkami dotarli do willowej dzielnicy Miasta Wolnego Handlu, wokół nich zapadła ciemna noc. Latarnie były tu rzadziej rozmieszczone i znajdowały się daleko od drogi. Psy szczekały groźnie na podwórzach odgrodzonych parkanami i żywopłotami. Drogi stały się tu bardziej wyboiste, jedynie alejki były żwirowe i kiedy Brashen pomyślał o gołych stopach Althei, skrzywił się ze współczuciem. Dziewczyna nadal się nie skarżyła.
W milczeniu i ciemnościach jego żal za zmarłym kapitanem spotęgował się. Kilka razy młody marynarz mrugał oczyma, aby powstrzymać łzy. Kapitan Vestrit odszedł, a wraz z nim druga szansa Brashena na lepsze życie. Powinien był korzystać z tego, co Ephron Vestrit mu w swoim czasie proponował. Trzeba się było domyślić, że człowiek, który wyciągnął do niego pomocną dłoń, nie będzie żyć wiecznie. No cóż, nie pozostawało teraz nic innego, jak poszukać trzeciej szansy. Spojrzał na Altheę, która ciągle się wspierała na jego ramieniu. Ona także będzie musiała podjąć pewne decyzje albo zaakceptować to, co uszykowała dla niej rodzina. Chłopak podejrzewał, że znajdą dla niej młodszego syna z jakiejś kupieckiej rodziny, skłonnego poślubić dziewczynę mimo jej nie najlepszej reputacji. Może nawet jego młodszego brata. Nie sądził, żeby Cerwin pasował do upartej Althei, ale majątek Trellów i Vestritów łatwo można by połączyć. Zastanowił się, jak chętna do przeżywania przygód dziewczyna wytrzymałaby z ograniczonym tradycjonalizmem Cerwinem. Uśmiechnął się do siebie i zastanowił, kogo z ich dwojga żałowałby bardziej.
Bywał kiedyś w domu Vestritów, lecz wizyty składał zawsze kapitanowi i w porze dziennej; wiązały się one zwykle ze sprawami statku. W nocy droga do domu dziewczyny wydawała mu się znacznie dłuższa. Zostawili już daleko za sobą dźwięki nocnego targowiska. Minęli żywopłoty z kwitnącymi nocą kwiatami, które nasycały powietrze zapachem. Brashen czuł niemal niesamowity spokój. Uświadomił sobie, że w mijającym właśnie dniu był świadkiem wielu zmian. Zakończyło się wiele spraw, a on kolejny raz musi wszystko zaczynać od nowa. Mógł polegać tylko na sobie. Następnego dnia nie czekały go obowiązki, nie miał na jutro żadnego planu, nie będzie dozorował załogi ani rozładowywał ładunku. Będzie się martwił tylko o siebie. Czy to źle?
Rezydencję Vestritów wybudowano w pewnej odległości od drogi publicznej. Ogrody i pola zamieszkiwały owady i żaby, toteż w tę letnią noc zewsząd dobiegały cykania i kumkania. Na tle owych dźwięków głośno rozlegały się odgłosy kroków Brashena i Althei idących alejką z białego kamienia. Przed znajomymi drzwiami frontowymi młody marynarz przypomniał sobie, ileż to razy czekał tu, by się spotkać ze swym kapitanem i na samo wspomnienie poczuł, jak chwyta go za gardło ogromny żal. Prawdopodobnie teraz stoi tu po raz ostatni. Po chwili zauważył, że Althea nadal trzyma go za ramię. Stała jasno oświetlona księżycową łuną, której nie zasłaniały tu wąskie uliczki czy sklepy. Stopy dziewczyny były brudne, suknia ubłocona. Większość włosów wysunęła się z przytrzymującej je koronkowej wstążki. Althea puściła nagle ramię mężczyzny, wyprostowała się i ciężko westchnęła.
– Dziękuję, że mnie odprowadziłeś – powiedziała głosem tak zrównoważonym i oficjalnym, jak gdyby Brashen towarzyszył jej w powozie podczas drogi powrotnej z kupieckiego zebrania.
– Cała przyjemność po mojej stronie – odparł uprzejmie i nisko ukłonił się dziewczynie. Miał wrażenie, że ich rozmowa obudziła w nim, nieokrzesanym marynarzu, dystyngowanego chłopca, którego matka uczyła niegdyś dobrych manier. Chciał nawet podnieść do ust jej rękę, lecz widok własnych sponiewieranych butów i postrzępionych mankietów bawełnianych spodni przypomniał mu o obecnym statusie. – Poradzisz sobie? – spytał.
– Przypuszczam, że tak – odrzekła niepewnie. Odwróciła się, położyła dłoń na kulce i w tym samym momencie drzwi gwałtownie się otworzyły.
W progu stanął Kyle. Był w nocnej koszuli i boso, jasne włosy miał potargane, ale przepełniała go tak wielka wściekłość, że Althei i Brashenowi odeszła wszelka ochota do śmiechu.
– Co się tu dzieje? – zapytał ostro. Mówił cicho, jakby pragnął zachować dyskrecję, a równocześnie w jego głosie było tyle gniewu, że pytanie zabrzmiało jak krzyk. Młody marynarz instynktownie się wyprostował przed swoim dowódcą sprzed kilku godzin, a jego towarzyszka początkowo wzdrygnęła się zaszokowana, szybko jednak odzyskała rezon.
– Nie twój cholerny interes – oświadczyła, próbując minąć szwagra i wejść do domu. Mężczyzna chwycił ją za ramię i obrócił ku sobie. – Niech cię diabli – wrzasnęła z całych sił. – Trzymaj łapy z dala ode mnie!
Kyle zignorował jej słowa i mocno potrząsnął ją za ramię. Drobne ciało dziewczyny ruszało się gwałtownie jak ciężarek na końcu bata.
– Ta sprawa dotyczy mojej rodziny! – warknął. – Muszę dbać o jej reputację i dobre imię. Ty też powinnaś. Spójrz na siebie. Bosa dziewucha, która wygląda i pachnie jak pijana prostytutka. I jeszcze ten łobuz, który węszy za tobą jak za tanią dziwką… Czy po to przyprowadziłaś go tutaj, do domu naszej rodziny? Jak mogłaś? Jak Śmiesz w noc po śmierci swojego ojca tak nas wszystkich zawstydzić swoim zachowaniem?
Na jego wściekłe oskarżenia Althea niczym lisica obnażyła zęby. Szarpnęła rękę, która trzymała ją tak mocno.
– Niczego nie zrobiłam! – krzyknęła dziko pijackim głosem. – Nie zrobiłam niczego, czego mogłabym się wstydzić! To ty powinieneś się wstydzić. Złodzieju! Ukradłeś mi statek! Ukradłeś go!
Brashena sparaliżowało z odrazy. W jaki sposób wmieszał się w to wszystko? To była ostatnia rzecz, na jaką miał ochotę. Niezależnie od tego, co robił, i tak go źle oceniano. Nie potrafił jednak stać nieruchomo i nie reagować. Musiał walczyć.
– Kapitanie Kyle'u, pozwól jej odejść. Nie zrobiła nic złego, tylko trochę wypiła. Biorąc pod uwagę to, co dzisiaj przeszła, trudno ją obwiniać. Puść ją, człowieku, sprawiasz jej ból!
Młody marynarz nie podniósł ręki ani żadnym innym gestem nie zasugerował, że zamierza zaatakować Havena, jednak Kyle obcesowo odepchnął Altheę i ruszył na niego.
– Cóż, może ty jej nie obwiniasz… ja niestety uważam jej postępek za niewybaczalny.