Выбрать главу

Za Kyle'em w zaciemnionej sieni Brashen dostrzegł zapalone światło i usłyszał zaskoczony kobiecy głos. Haven zrobił szybki ruch, by chwycić marynarza za poły koszuli, ten wszakże zdążył się uchylić. Stojąca za nim Althea chwiała się i płakała, bezradna niczym zagubione dziecko. Przylgnęła do futryny, włosy opadły jej na twarz i nie przestawała łkać. Kyle podjął przemowę:

– Tak, tak, wiem, czekałeś, aż dziewczyna się upije, niegodziwy psie, a potem poszedłeś za nią z nadzieją na coś więcej. Widziałem, jak się jej przypatrywałeś na statku i wiem, co ci chodzi po głowie. Jeszcze ciało jej ojca nie ostygło, a ty już za nią węszysz.

Kapitan szedł ku niemu i Brashen zaczął się cofać. Nie obawiał się walki z Havenem, mimo iż starszy mężczyzna był od niego nieco wyższy, z drugiej strony jednak nie chciał zadzierać z rodziną Althei. Kyle był pełnoprawnym przedstawicielem rodu Pierwszych Kupców i gdyby zabił przed swoim domem młodego marynarza, niewiele osób kwestionowałoby jego relację z zaszłych zdarzeń. Nie był tchórzem, lecz z pełną świadomością podniósł pojednawczym ruchem rękę i stwierdził:

– To nieprawda. Po prostu odprowadziłem ją do domu. Chciałem jej zapewnić bezpieczeństwo i tyle.

Kyle zamachnął się, Brashen zrobił unik. By ocenić siłę człowieka, wystarczy jedno uderzenie, natychmiast więc odkrył, że kapitan Haven jest człowiekiem powolnym i ma kłopoty z równowagą. Mimo iż był wyższy, miał dłuższe ręce i może nawet więcej siły, młody marynarz był przekonany, że pokonałby go bez większych trudności.

Zastanawiał się właśnie, czy wdawać się w bijatykę, gdy z progu odezwała się kobieta.

– Kyle'u! Brashenie! – W głosie Koniki Vestrit dosłyszał żal, a równocześnie mówiła tonem matki strofującej dwoje niesfornych dzieci. – Przestańcie! Natychmiast przestańcie! – Starsza pani trzymała się futryny. Jej włosy były zaplecione jak zwykle do snu. – Co tu się dzieje? Żądam odpowiedzi.

– Ten świński syn… – zaczął Haven, lecz przerwał mu cichy, spokojny głos Althei. Dziewczyna była zachrypnięta od płaczu, ale bardzo panowała nad tonem.

– Byłam roztrzęsiona. Chyba za dużo wypiłam. W tawernie natknęłam się na Brashena Trella, który nalegał, że mnie odprowadzi do domu. Nic więcej się nie zdarzyło i nie miało się zdarzyć… A Kyle wypadł z domu i zaczął nas obrzucać wyzwiskami. – Podniosła głowę i przeszyła szwagra śmiałym, pełnym nienawiści spojrzeniem.

– To prawda – dodał Brashen równocześnie z kapitanem, który wykrzykiwał:

– Ale spójrz na nią, tylko na nią spójrz!

Młody marynarz nie miał pojęcia, komu uwierzy Ronica Vestrit. Po chwili kobieta powiedziała stanowczo:

– Kyle'u, Altheo, idźcie do łóżek. Brashenie, proszę, odejdź do domu. Jestem za bardzo zmęczona i zrozpaczona, aby uczestniczyć w waszych kłótniach. – Kiedy Haven otworzył usta, by zaprotestować, dodała polubownie: – Jutro porozmawiamy, Kyle'u. Jeśli pobudzimy służących, rozgadają o tym skandalu na targowisku. Nie wątpię, że niejeden podsłuchuje już pod drzwiami. Połóżmy teraz kres wszelkim sporom. Sprawy rodzinne należy omawiać w domu. Tak zawsze mawiał Ephron. – Odwróciła się do Brashena i powiedziała: – Dobranoc, młodzieńcze.

Odprawiła go i młody marynarz odszedł dziarskim krokiem w noc, tak zadowolony z obrotu spraw, że nawet się nie pożegnał. Kiedy usłyszał, jak ciężkie drzwi się zamykają, poczuł, że wraz z nimi zamknął się pewien rozdział jego życia.

Ruszył szybko z powrotem ku basenowi portowemu i centrum Miasta Wolnego Handlu. Usłyszał pierwsze ostrożne krzyki porannych ptaków. Popatrzył na wschód i zobaczył horyzont, który powoli zabarwiał się światłem. Brashen poczuł się nagle straszliwie zmęczony. Pomyślał o czekającej go na “Vivacii” ciasnej koi, po czym uprzytomnił sobie, że na pokładzie tamtego żaglowca nie ma już dla niego miejsca. Nigdzie nie czekała na niego koja. Zastanowił się nad izbą w gospodzie: pomieszczeniem z miękkim łóżkiem, czystą kołdrą i ciepłą wodą do mycia. Zrobił dziwną minę, coś pośredniego między warknięciem i uśmiechem. Noclegi były bardzo drogie. Gdyby był wieczór, może zdecydowałby się wynająć pokój, lecz do rana pozostało ledwie kilka godzin, a hałas i gorąco dnia i tak by go zbudziły znacznie szybciej. Nie warto wydawać pieniędzy na łóżko, z którego prawie nie skorzysta.

Z przyzwyczajenia skierował się ku portowi. Gdy sobie to uświadomił, potrząsnął głową i ruszył w stronę ulicy Rządów, która prowadziła na skaliste plaże, gdzie najbiedniejsi rybacy cumowali małe łódki. “Paragon” pozwoli mu się przespać na swoim pokładzie i będzie zadowolony z towarzystwa, a po południu Brashen pójdzie odebrać swój marynarski worek, po czym zacznie szukać pracy i noclegu. Na razie musi się przespać parę godzin, z dala od Vestritów i Havenów.

* * *

Maulkin zatrzymał się, otworzył szeroko paszczę i zamknął ją powtórnie, smakując powietrze nowego miejsca. Znużeni członkowie kłębowiska rozlokowali się w miękkim błocie, wdzięczni za krótki postój w długiej wędrówce. Shreever z osobliwą czułością obserwowała przywódcę, który kosztował słonej wody Krainy Obfitości. Jego krawatka podniosła się wokół gardła, na wpół wyzywająco, na wpół pytająco. Kilka innych węży zahuczało widząc jego postawę i poruszyło się niepewnie.

– Nie ma tu pretendenta – zauważył Sessurea. – Bawi się bańkami.

– Mylisz się – zapewniła go spokojnie Shreever. – To tylko wspomnienia. Walczy, by je ujarzmić. Tak mi powiedział. Wspomnienia migoczą mu w głowie niczym wielka ławica maleńkich ryb i wprawiają go swoją mnogością w zakłopotanie. Maulkin musi postąpić jak mądry rybak, otwiera więc paszczę, przesuwa naprzód pysk, a potem zaciska szczęki i sprawdza łup.

– Prawdopodobnie sam muł – mruknął Sessurea.

Shreever postawiła krawatkę, a on szybko się odwrócił i powąchał własny ogon, jak gdyby się oporządzał. Shreever przeciągnęła się i zaczęła się ostentacyjne muskać, sugerując towarzyszowi, że się go nie boi.

– Korniki – zauważyła, jak gdyby do siebie – zawsze są rade z nieruchomego celu.

Wiedziała, że inne węże również zaczynają podważać przywódcze umiejętności Maulkina. Ale nie ona. To prawda, że ostatnio jego myśli wydawały się jeszcze bardziej rozproszone niż zwykle. To prawda, że ryczał dziwnie, gdy spał podczas krótkich odpoczynków, na które pozwalał swemu kłębowisku i że częściej mówił do siebie niż do swoich zwolenników.

Fakty te mroziły krew w żyłach wężom, lecz dla Shreever oznaczały, że Maulkin naprawdę nimi kieruje. Z każdym kolejnym kilometrem na północ rosła jej pewność, że rzeczywiście należy on do węży przenoszących stare wspomnienia. Obserwowała go teraz. Wspaniałe miedziane oczy przykrył mlecznymi powiekami, wdzięcznym ruchem zwinął ciało w splot i głaskał się tak długo, aż rozjarzyły mu się złote oka. Kilka pozostałych węży przyglądało się temu z pogardą, jak gdyby sądziły, że ich przywódca pobudza swe zmysły dla zwykłej przyjemności. Shreever wpatrywała się w niego głodnym wzrokiem. Gdyby reszta kłębowiska nie patrzyła z taką uwagą, wężyca może nawet by się ośmieliła i przyłączyła do niego – owinęłaby jego ciało swoim i pomogła mu szukać utraconych wspomnień.

Nie odważyła się jednak i tylko dyskretnie zaczerpnęła haust słonej wody w na wpół otwartą paszczę; nowa woda swobodnie przepłynęła jej przez skrzela. Shreever poczuła dziwny smak. Były w nim obce sole, aż piekące intensywnością. Wysunęła język i skosztowała soli z ciała Maulkina, który pracowicie wił się i skręcał. Przez chwilę marzyła, że Kraj Niedostatku zmienia się w Krainę Obfitości, a ona spokojnie się w niej pławi.

Uniosła powieki i wizja zniknęła. Zanim Shreever zdołała się opanować, odrzuciła w tył łeb i zaryczała triumfalnie:

– Droga wolna!

Dopiero w chwilę później uświadomiła sobie własny krzyk. Towarzysze obserwowali ją teraz z takim samym napięciem, z jakim wcześniej przypatrywali się Maulkinowi. Zmieszana, przygładziła krawatkę przy szyi.

Nagle przywódca odwrócił się do niej i mocno owinął wokół jej ciała. Krawatka podniosła mu się gwałtownie i buchnęły toksyny, które równocześnie oszołomiły i upoiły Shreever. Maulkin chwycił ją z ogromną siłą, pomazał swoim piżmem po jej łuskach, zalewając jej zmysły na wpół uchwyconymi wspomnieniami, nad którymi właśnie rozmyślał. Potem nagle ją uwolnił i odsunął od siebie. Wężyca powoli i miękko opadła na dno, sapiąc dla zaczerpnięcia oddechu.