Выбрать главу

– Ona dzieli moje wspomnienia – oznajmił Maulkin swoim zwolennikom. – Widzi je, a ja ją nimi namaszczam. Naszymi wspomnieniami. Chodź, Shreever, powstań i pójdź za mną. Zbliża się dzień zgromadzenia. Pójdź za mną ku odrodzeniu.

9. ŁASKI FORTUNY

Chrzęst obutych stóp na pokrytych piaskiem skałach zaalarmował “Paragona”. Mimo iż od roku był ślepy, podniósł głowę i nasłuchiwał. Nadchodzący człowiek milczał, statek słyszał tylko jego kroki. Na pewno był dorosły, dzieci bowiem chodziły lżej, a poza tym zwykle biegały w grupkach i wykrzykiwały obelgi pod jego adresem. Zachęcały się nawzajem do wrzasków, rzucały w niego kamieniami, aż pojął, że nie należy się uchylać. Kiedy znosił stoicko ich złośliwości, szybko się nudziły i odchodziły; szukały małych krabów albo gwiazd morskich i torturowały je zamiast niego. Zresztą, kamienie nie kaleczyły go za bardzo, a większość nawet w niego nie trafiała.

Bez przekonania skrzyżował ramiona na pokrytej bliznami piersi, chociaż gest ten wymagał od niego silnej woli. W strachu przed ciosem, gdy ofiara nie wie, skąd padnie uderzenie, trudno jest się powstrzymać przed ochroną twarzy, nawet jeśli z tej twarzy pozostały już tylko usta, nos i rozszczepione szczątki, w które topór zmienił jego oczy.

Ostatni przypływ prawie go dosięgnął. Czasami “Paragon” marzył o gigantycznym sztormie, który podniósłby go i rzucił na morze. Najlepiej, gdyby jedna fala go podniosła, a druga trzasnęła jego korpusem o skały, rozbiła go na deski, belki i pakuły, po czym rozrzuciła je wszystkie na cztery strony świata. Zastanawiał się, czy taki stan przyniósłby mu zapomnienie. A może dalej żyłby w postaci rzeźbionego kloca czarodrzewu. Podskakiwałby na falach i wszystko pamiętał. Nie, nie tego typu myśli tylko pogłębiają jego szaleństwo…

Czasem leżąc na plaży, wsłuchiwał się w swoją prawą burtę, gdzie korniki i pąkle wgryzały się w zwyczajne drewno, wwiercając się głęboko i żując, ale nigdy nie ruszały kila ani innych części z czarodrzewu. Tak. Czarodrzew był drewnem niezwykłym i pozostawał nieczuły na ataki morza. Symbolizował piękno, a zarazem wiekuiste potępienie.

“Paragon” słyszał o śmierci tylko jednego żywostatku. “Tinester” stracił życie w ogniu, który szybko rozprzestrzenił się w jego ładowniach pełnych beczek z oliwą oraz suchych skór i zniszczył go w kilka godzin, podczas których krzyczał on i daremnie błagał o pomoc. Niestety był odpływ. Kiedy ogień podziurawił kadłub i statek zaczął tonąć, słona woda zalała płomienie w ładowniach, niestety “Tinester” nie zanurzył się dostatecznie głęboko, by ugasić pożar trawiący pokład. Czarodrzewowe serce płonęło powoli i w błękitne niebo ponad portem wznosił się ze statku czarny, mazisty dym. W końcu spłonął. Może tylko tak żywostatek potrafi osiągnąć spokój. Poprzez płomienie i powolne spalenie. “Paragon” zdziwił się, że dzieci – jego prześladowcy – nigdy nie wpadły na ten pomysł. Dlaczego rzucały kamieniami, skoro mogły już dawno temu podłożyć ogień pod jego niszczejący kadłub? Może powinien im to kiedyś zaproponować?

Kroki zbliżyły się, potem zatrzymały. Osobnik przeszedł już piasek i wszedł na kamienne nabrzeże.

– Witaj, “Paragonie”.

Męski głos, przyjazny, kojący. Statek chwilę się zastanawiał, wreszcie sobie przypomniał.

– Brashen! Minęło sporo czasu.

– Ponad rok – przyznał lekko marynarz. – Może dwa. – Podszedł bliżej, a w moment później “Paragon” poczuł, jak ciepła ludzka ręka muska jego łokieć. Rozłożył ramiona, opuścił prawą rękę, a wtedy dotknęła jej mała dłoń Brashena.

– Rok. Cztery pory roku. Dla twojego ludu to długo, prawda?

– Och, nie wiem. – Mężczyzna westchnął. – Kiedy byłem dzieckiem, lata ciągnęły się nieskończenie. Teraz każdy upływający rok wydaje mi się krótszy od poprzedniego. – Umilkł, potem dodał: – No, jak się masz?

“Paragon” uśmiechnął się pod wąsem.

– Co za pytanie? Sam sobie odpowiedz. Czuję się tak, jak, hm, trzydzieści lat temu… Chyba tyle. Mijający czas nie ma dla mnie zbytniego znaczenia. – Milczał przez moment, wreszcie spytał: – Co cię sprowadza do takiego starego wraku jak ja? Brashen był zakłopotany.

– Jak zwykle. Potrzebuję miejsca do spania. Bezpiecznego miejsca.

– Nigdy nie słyszałeś, że mój pokład to najbardziej pechowe miejsce ze wszystkich? – Od dawna tak rozmawiali, ale “Paragonowi” nigdy nie było dość tej dyskusji.

Marynarz parsknął śmiechem. Jeszcze raz uścisnął wielką rękę.

– Znasz mnie, stary statku. I tak jestem najgorszym na świecie pechowcem. Wątpię, czy na twoim pokładzie może mi się przydarzyć coś jeszcze gorszego. A przynajmniej wyśpię się tu zdrowo i bezpiecznie, ponieważ sam roztoczysz nade mną opiekę, mój przyjacielu. Proszę o pozwolenie wejścia na pokład.

– Wejdź więc na pokład i witaj. Ale uważaj, gdzie stawiasz nogi. Od twojej ostatniej wizyty chyba trochę przegniłem.

“Paragon” usłyszał, jak Brashen okrąża kadłub, potem wskakuje na trap i wchodzi po nim. W następnej chwili statek poczuł, że mężczyzna stąpa po jego pokładzie, rozważnie trzymając się starego relingu. Od ostatniego razu upłynął już tak długi czas, że chodzący po jego deskach człowiek wydał mu się czymś bardzo niezwykłym. Marynarz stawiał mocne męskie kroki, a równocześnie gramolił się z trudem, gdyż pokład wyciągniętego na piasek żaglowca opadał stromo. Wreszcie wspiął się po pochyłych deskach i dotarł do drzwi dziobówki.

– Nie bardziej niż podczas mojej ostatniej tu bytności – zauważył głośno, prawie wesoło. – Zresztą, i tak tylko trochę – dodał. – Niesamowite, jaki jesteś krzepki mimo tak wielu lat wietrzenia.

– Niesamowite – przyznał “Paragon”, próbując nie mówić posępnym tonem. – Od twojej ostatniej wizyty nikt nie chodził po moim pokładzie, pewnie więc znajdziesz tu wszystko, co zostawiłeś. Tyle że trochę bardziej wilgotne.

Słyszał i czuł, jak mężczyzna chodzi po dziobówce, a później po kwaterach kapitańskich.

– Hej! Mój hamak ciągle tu jest – dotarł do “Paragona” podniesiony głos Brashena. – Nadal wygląda całkiem solidnie. Zapomniałem już o nim. Pamiętasz? Zrobiłem go ostatnim razem, gdy tu byłem.

– Tak, pamiętam – odkrzyknął statek, po czym lekko się uśmiechnął. Lubił, jak powracały przyjemne wspomnienia. Brashen rozpalił wtedy na piasku małe ognisko i pijackim tonem opowiadał o metodach tkania hamaków. Ręce galionu, o tyleż większe od ludzkich drżały, gdy młody marynarz usiłował nauczyć je koniecznych węzłów.

“Czy nikt cię przedtem nie dotykał?”, zapytał wówczas pijany Brashen z oburzeniem, kiedy “Paragon” zamachał rękoma.

“Nie, nikt. Przynajmniej nie w taki sposób. Kiedy byłem młody, przynoszono na mnie hamaki, nikt wszakże nigdy nie pokazał mi, jak się je wykonuje”, odparł.

Teraz przypomniał sobie, że wiele razy od ostatniej wizyty Brashena wyobrażał sobie, jak tka hamak. Machał pustymi rękoma w powietrzu i był to jego jedyny sposób walki z szaleństwem.

Wiedział, że marynarz zzuł buty w kapitańskiej kajucie. Z powodu pochyłej podłogi natychmiast zsunęły się w ten sam róg, w który ześlizgiwały się wszystkie postawione tu przedmioty. Na szczęście hamak chroniły wbite przez Brashena haki, toteż wisiał w pozycji poziomej. “Paragon” czuł, jak hamak ugina się pod ciężarem mężczyzny, haki jednakże wytrzymały. Brashen miał rację, zgnilizna rzeczywiście nie bardzo się rozprzestrzeniła. Marynarz najwyraźniej wyczuł, że statek niezwykle pragnie towarzystwa, zawołał bowiem:

– Jestem naprawdę zmęczony, “Paragonie”. Pozwól mi się przespać kilka godzin, a potem opowiem ci wszystkie moje przygody od naszego ostatniego spotkania. Również moje nieszczęścia.

– Mogę poczekać. Prześpij się – odparł uprzejmie. Nie był pewny, czy Brashen w ogóle go usłyszał. Fakt ten nie miał właściwie znaczenia.

Statek poczuł, jak człowiek mości się w hamaku. Wreszcie chyba ułożył się wygodnie, ponieważ zapadła niemal zupełna cisza; do uszu “Paragona” docierały tylko dźwięki ludzkiego oddechu. Te odgłosy nie wystarczały mu za towarzystwo, ale od bardzo wielu miesięcy był zupełnie sam, toteż skrzyżował ramiona na gołej piersi i całym sobą słuchał wdechów i wydechów Brashena.