Выбрать главу
* * *

Kennit patrzył na Sorcora ponad białym lnianym obrusem kapitańskiego stołu. Mat miał na sobie nową jedwabną koszulę w czerwone i białe prążki, a z uszu zwisały mu krzykliwe kolczyki: syrenki o zielonych szklanych oczach i maleńkich perełkach w pępkach. Pokiereszowana część twarzy ponad brodą wyglądała jak wytarta skóra, a włosy mat przygładził w tył za pomocą olejku, który prawdopodobnie miał być aromatyczny, lecz pirackiemu kapitanowi przywodził na myśl ryby i piżmo. Starał się jednak niczego po sobie nie pokazać, zwłaszcza że Sorcor i tak czuł się nieswojo z powodu wspólnego posiłku. Etykieta zawsze deprymowała mata; stawał się zdenerwowany i spięty. A etykieta i kapitańska dezaprobata prawdopodobnie zupełnie sparaliżowałyby jego umysł.

“Marietta” zgrzytała lekko, dotykając doku. Młody pirat zamknął okienko kajuty, by odseparować się od smrodu Łupogrodu, nadal jednak słyszał hałaśliwe odgłosy nocnej zabawy. Na pokładzie nie było załogi z wyjątkiem chłopca pokładowego, który zajmował się stołem, oraz marynarza na wachcie.

– Dobra – Kennit powiedział chłopcu obcesowo. – Tylko uważaj, jak będziesz czyścił naczynia. Są cynowe, nie blaszane.

Chłopiec z tacą opuścił kabinę, zamykając drzwi mocno, lecz z szacunkiem. Przez kilka minut w przytulnej kajucie panowało milczenie. Kapitan jawnie przypatrywał się mężczyźnie, który był jego prawą ręką na pokładzie, a także informował go o nastrojach panujących wśród załogi.

Kennit odchylił się od stołu. Białe woskowe świece wypaliły się już prawie w jednej trzeciej. Między kapitanem i matem leżał sporych rozmiarów udziec barani. Większość mięsa zjadł Sorcor; nawet etykieta nie mogła osłabić jego apetytu wobec każdego jadła lepszego niż pomyje. Ciągle milczący Kennit sięgnął po butelkę z winem i uzupełnił oba kryształowe kielichy na wysokich nóżkach. Podejrzewał, że Sorcor nie doceni napitku, a on dziś po prostu miał ochotę pochwalić się ceną i jakością. Kiedy oba naczynia były wypełnione po brzegi, kapitan podniósł swoje i czekał na podobny gest ze strony mata, potem pochylił się do przodu i lekko stuknął swoim kieliszkiem o kieliszek Sorcora.

– Za lepsze czasy – powiedział cicho. Wolną ręką wskazał na ostatnie przeróbki w swojej kajucie.

Gdy mat wszedł tu po raz pierwszy, oniemiał. Jego kapitan zawsze miał upodobanie do pięknych przedmiotów, lecz w przeszłości kierował się pragmatyzmem. Wolał nosić maleńkie złote kolczyki z nieskazitelnymi klejnocikami niż krzykliwe mosiężne ozdoby ze szkła. O wysokiej jakości przedmiotu świadczył jego szlif i materiał, a nie ogromna ilość okazałych dodatków. Co innego teraz. Prostota kajuty ustąpiła blaskowi i przepychowi, na które Kennit wydał w Łupogrodzie ostatnią monetę ze swojej części łupu zdobytego podczas wyprawy. Niektóre rzeczy nie były najlepszej jakości, lecz miasto nie miało do zaoferowania niczego wspanialszego. Tak czy owak, na Sorcorze wywarły pożądany efekt. W oczach mata młody pirat dostrzegł respekt, a także skąpstwo. Tego mężczyznę trzeba było nauczyć znaczenia czasownika “pragnąć”.

– Za lepsze czasy – powtórzył Sorcor basowym głosem. Wypili.

– Nadejdą niedługo. Bardzo niedługo – dodał Kennit, odchylając się na miękkie oparcie skromnie rzeźbionego dębowego krzesła.

Mat odstawił kielich i z uwagą przyjrzał się swemu kapitanowi.

– Masz, panie, coś szczególnego na myśli – domyślił się.

– Tylko cele. Środki nadal trzeba rozważyć. Dlatego właśnie zaprosiłem cię na tę kolację. Chyba moglibyśmy omówić naszą następną podróż. Powiedzmy sobie, czego po niej oczekujemy.

Sorcor zacisnął usta i głęboko się zamyślił.

– Co do mnie, oczekuję tego, czego zawsze oczekiwałem po takich wyprawach. Bogatego łupu w dużej ilości. Czegóż jeszcze może pragnąć człowiek?

– Wielu rzeczy, drogi Sorcorze. Bardzo wielu. Istnieje jeszcze władza i sława. Zabezpieczenie własnego bogactwa. Pociecha. Domy i rodzina, której nie zagraża bat handlarza niewolników. – Ten ostatni punkt bynajmniej nie znajdował się na prywatnej liście pragnień Kennita, lecz kapitan świetnie wiedział, że wymienia fantazję sporej grupy piratów. Marzenie, które się nie spełniało. Fakt ten nie miał zresztą znaczenia. Ważne, żeby Sorcor uwierzył, że jego kapitan również przejmuje się tą sprawą. Kennit ofiarowałby swemu matowi ocukrzone wszy, gdyby takiej przynęty ów potrzebował.

Mat niezdarnie udawał obojętność.

– To prawda, że człowiek może pragnąć wielu rzeczy, jednak większość marzeń spełnia się tylko ludziom do nich urodzonym. Panom wielkich rodów, dziedzicom i takim tam… Nie mnie ani tobie, panie, wybacz mi moją szczerość.

– Ależ to nieprawda. Nie powinieneś tak myśleć. Mówisz o panach i dziedzicach, mówisz, że człowiek musi się do czegoś urodzić. Tak, lecz skąd wzięli się pierwsi lordowie? Kiedyś musieli być zwyczajnymi ludźmi, którzy wyciągali ręce i brali to, czego chcieli. Sorcor pociągnął kolejny łyk wina. Pił trunek jak piwo.

– Przypuszczam… – zaczął, po czym umilkł. – Przypuszczam, że rzeczywiście wszystko miało kiedyś swój początek. – Odstawił kielich na stół i wpatrzył się w swojego kapitana. – Ale w jaki sposób? – spytał w końcu takim tonem, jak gdyby obawiał się, że odpowiedź mu się nie spodoba.

Kennit nieznacznie wzruszył ramionami.

– Tak jak ci powiedziałem. Wyciągniemy ręce i weźmiemy to, co chcemy.

– Ale w jaki sposób? – powtórzył uparcie Sorcor.

– A w jaki sposób zdobyliśmy ten statek i tę załogę? Jak zdobyliśmy pierścień na moim palcu albo kolczyki w twoich uszach? Będziemy robić to samo, co zawsze, tyle że na większą skalę. Nasze cele będą większe.

Mat poruszył się nerwowo. Kiedy się odezwał, jego głęboki głos znacznie złagodniał.

– Co masz na myśli, panie? Kennit uśmiechnął się do niego.

– To bardzo proste. Musimy się tylko ośmielić na coś, na co nikt przed nami się nie odważył.

Sorcor zmarszczył brwi. Kapitan podejrzewał, że wino osłabiło jego zdolność logicznego myślenia.

– Tak mówią królowie, prawda? – Zanim Kennit zdołał odpowiedzieć, mat kręcąc głową dodał: – To się nie uda, panie. Piraci nie chcą mieć króla.

Kapitan starał się nadal uśmiechać. Potrząsnął głową w odpowiedzi na zarzut Sorcora. Panował nad sobą, wiedząc, że musi odwołać swoje wcześniejsze słowa.

– Wiem, mój drogi Sorcorze, wiem. Cóż, prawdopodobnie zbyt dosłownie zrozumiałeś moje wcześniejsze słowa. Przypuszczasz, że chciałbym siedzieć na tronie, ze złotą koroną pokrytą klejnotami na głowie i patrzeć, jak piraci z Łupogrodu klękają przede mną? To byłoby szaleństwo! Najczystsze szaleństwo! Nikt, kto zna Łupogród, nie mógłby sobie czegoś takiego wyobrazić. Nie. Jest tak, jak ci powiedziałem. Chodzi o to, by żyć jak lordowie, mieć piękny dom, otaczać się ładnymi przedmiotami i czuć się bezpiecznie, to znaczy wiedzieć, że żona może spać spokojnie u twojego boku, a dzieci w swoich łóżeczkach. – Wypił niewielki łyk wina, potem odstawił kielich na stół. – Takie królestwo wystarczy i mnie, i tobie, co, Sorcorze?

– Mnie? Dla mnie też?

No! Mata nareszcie coś poruszyło. Kennit zaproponował mu to samo, co sobie. Uśmiech kapitana rozszerzył się.

– Oczywiście. Jasne, że tak. A dlaczego niby nie? – Pozwolił sobie na pogardliwy uśmiech. – Sorcorze, chyba nie prosiłbym cię, żebyś się do mnie przyłączył, wraz ze mną walczył i ryzykował życie, gdyby chodziło mi tylko o własne bogactwo? Oczywiście, że nie! Nie jesteś przecież głupcem. Chcę, byśmy wspólnie zdobyli majątek. I to nie tylko dla nas samych. Cała nasza załoga powinna na tym skorzystać. A jeśli Łupogród i inne pirackie wysepki postanowią za nami podążyć, również odniosą korzyści. Nikogo nie będziemy zmuszać, aby się do nas przyłączył. Nie, nie. Myślę o dobrowolnym przymierzu wolnych ludzi. Tylko tyle. – Pochylił się do przodu i przez stół spytał: – Co powiesz?

Sorcor zamrugał oczyma. Unikał spojrzenia kapitana. Jednak, kiedy odwrócił od niego wzrok, jego oczy powędrowały po pięknie przygotowanej kajucie i wszędzie wokół dostrzegł kosztowne przedmioty, które Kennit rozmyślnie poustawiał tak, by były jak najlepiej widoczne. W pomieszczeniu nie było ani jednego pustego miejsca.