W głębi duszy mat był człowiekiem ostrożniejszym, niż jego kapitan sądził. Teraz wpatrzył się ciemnymi oczyma w jasne oczy Kennita.
– Dobrze mówisz, panie. Nie przychodzi mi do głowy żaden powód, by ci odmówić, chociaż nie znaczy to, że takie powody nie istnieją… – Położył łokcie na stole i ciężko się na nich oparł. – Mów jasno, panie. Co musimy zrobić, aby się tak bardzo wzbogacić?
– Odważyć się – odparł Kennit krótko. Poczuł maleńki dreszcz triumfu, który nie pozwolił mu spokojnie usiedzieć. Wiedział, że zdobył już serce Sorcora, nawet jeśli mat sam jeszcze nie zdawał sobie z tego sprawy. Wstał i z kieliszkiem wina w ręku zaczął chodzić po małej kajucie. – Najpierw zdobędziemy wyobraźnię i podziw ludzi opowieścią o naszych przyszłych dokonaniach. Gromadzimy bogactwa, tak, ale robimy to w taki sposób, jak nikt przed nami. Pomyśl, Sorcorze. Nie muszę ci nawet pokazywać mapy. Wszystkie towary, zanim dotrą z Jamaillii i krain południowych do Miasta Wolnego Handlu, Chalced lub dalej, muszą przejść przez nasze ręce, zgadza się?
– Tak. – Mat zmarszczył czoło, usilnie starając się odgadnąć wnioski, które można było wysnuć z tego stwierdzenia. – Każdy statek, aby dotrzeć z Jamaillii do Miasta Wolnego Handlu, musi minąć Wyspy Pirackie. Chyba że kapitan jest głupcem i zdecyduje się płynąć przez Kanał Zewnętrzny i Morze Wzburzone.
Kennit skinął głową na potwierdzenie słów Sorcora.
– A zatem żaglowce i ich dowódcy mają do wyboru tylko dwa szlaki. Mogą popłynąć przez Kanał Zewnętrzny, gdzie docierają najdziksze sztormy znad Morza Wzburzonego, węże są najgrubsze i droga najdłuższa. Albo mogą ryzykować podróż przez Kanał Wewnętrzny z jego podstępnymi odnogami, niebezpiecznymi prądami i nami, piratami. Zgadza się?
– Tu również są węże – zauważył Sorcor. – Niemal tyle samo pływa po Kanale Wewnętrznym, co po Zewnętrznym.
– To prawda. Tak, węże też tu są – zgodził się Kennit. – No. Wyobraź sobie kapitana statku handlowego, który staje wobec tej alternatywy, gdy nagle przychodzi do niego pewien człowiek i mówi: “Panie, za niewielką opłatą mogę cię bezpiecznie przeprowadzić przez Kanał Wewnętrzny. Mam pilota, który zna odnogi i prądy jak własną kieszeń. Zapewniam też, że po drodze nie napadnie na was żaden piracki statek”. Co byś mu odpowiedział?
– A co z wężami? – zapytał Sorcor.
– “Węże nie są gorsze na osłoniętych wodach Kanału niż poza nimi, powiedziałby człowiek – lecz statek łatwiej tu sobie z nimi poradzi niż na Kanale Zewnętrznym, gdzie oprócz potworów czyhają jeszcze na niego burze. A może nawet znajdziemy dla was eskortę w postaci wykwalifikowanych łuczników i wyposażoną w Ogień Baleya. Eskorta przyjmie atak węży, a wy tymczasem uciekniecie”. Co byś na to odpowiedział jako kapitan statku handlowego?
Sorcor patrzył podejrzliwie, mrużąc oczy.
– Spytałbym, ile by mnie to kosztowało?
– No właśnie. Wymieniłbym słoną cenę, ale byłbyś skłonny ją zapłacić. Po prostu dodałbyś tę kwotę do ceny swoich towarów, a przy tym miałbyś pewność, że dowiedziesz je wszystkie bezpiecznie i sprzedasz. Największa zapłata za taką gwarancję jest znacznie korzystniejsza niż ryzyko, że podczas tańszej podróży stracisz cały ładunek.
– To się nie uda – oznajmił Sorcor.
– Dlaczego?
– Jako że jeśli zdradzisz nasze tajemnice związane z kanałami i prądami, inni piraci z zemsty cię zabiją. Albo pozwolą ci przyprowadzić bogatego handlowca niczym owieczkę do rzeźnika, a potem napadną na oba statki. Dlaczego mieliby siedzieć i patrzeć, jak przed nosem przepływają im pieniądze?
– Ponieważ dostaną swoją dolę, każdy z nich. Przepływające statki będą musiały wpłacić odpowiednią sumę do wspólnej pirackiej kasy. Skłonimy też wszystkich wokół do obietnicy, że przestaną napadać na nas i na nasze miasta. Nasze kobiety będą mogły spać spokojnie, wiedząc, że ich ojcowie i bracia bezpiecznie do nich powrócą i że znikąd nie przybędą ludzie Satrapy, by palić miasta, a ich mieszkańców zmieniać w niewolników. – Kennit przerwał na chwilę, po czym dodał. – Spójrz na nas. Marnujemy życie ścigając kupieckie statki. Kiedy jakiś dogonimy, dochodzi do rozlewu krwi, są ranni, a i tak czasami cała walka idzie na marne, ponieważ statek tonie wraz z ładunkiem. Innym razem walczymy kilka godzin i co otrzymujemy w zamian? Ładownię pełną taniej bawełny albo innych śmieci. Tymczasem w odwecie za nasze piractwo żołnierze Satrapy najeżdżają nasze wioski i miasta, organizują obławy na mieszkańców i każdy, kto nie zdoła uciec, staje się ich niewolnikiem. Teraz przyjrzyj się mojej propozycji. Zamiast ryzykować życie, atakować – często nadaremnie – co dziesiąty przepływający statek, otrzymywalibyśmy procent od każdego ładunku przewożonego na każdym żaglowcu, który wpłynie na nasze wody. Kontrolowalibyśmy cały handel, nie narażając bez potrzeby życia. Nasze domy i rodziny byłyby bezpieczne, a my zajmowalibyśmy się jedynie gromadzeniem bogactwa.
Widać było po Sorcorze, że przyszedł mu do głowy jakiś pomysł.
– Nie byłoby niewolników. Ukrócilibyśmy handel nimi raz na zawsze. Żaden statek wiozący niewolników nie miałby prawa wpłynąć do Kanału Wewnętrznego.
Kennit przez moment czuł konsternację.
– Ależ handel niewolnikami jest najbardziej opłacalny ze wszystkich. Właśnie te statki mogłyby nam płacić największy haracz, szczególnie że zależałoby im na szybkim i łatwym przepłynieciu kanału, póki ładunek jest jeszcze cały i zdrowy. Pomyśl, jak duży procent towaru zwykle tracą…
– To nie towar, to ludzie – przerwał mu ostro mat. – Kobiety i dzieci. Żywi ludzie. Gdybyś kiedykolwiek znalazł się pod pokładem takiego statku… nie na pokładzie, lecz w ładowni, przykuty łańcuchami… wówczas nie używałbyś, panie, słowa “towar”. Nie, nie, żadnych statków z niewolnikami. To właśnie z powodu niewolnictwa zostaliśmy piratami. Jeśli zamierzamy zmieniać świat, zacznijmy od tego. Zróbmy im to, co oni zrobili nam – to znaczy pozbawmy ich pracy. Niech się zajmą czymś innym, czymś dobrym. Poza tym, to właśnie smród niewolniczych statków sprowadza w nasze kanały węże. Gdy znikną niewolnicy, może węże również odpłyną. Psiakrew, kapitanie, te statki z rozmysłem wabią tu węże, karmiąc je ciałami martwych więźniów. Niewolnicy przynoszą też na nasze wody choroby, których dotąd nie znaliśmy, o których nigdy nawet nie słyszeliśmy… Szerzą się w ładowniach przepełnionych biednymi nieszczęśnikami. Ilekroć statek niewolniczy cumuje, by uzupełnić zapasy słodkiej wody, pozostawia w swoim kilwaterze chorobę. Nie, nie. Żadnych niewolników.
– Hm, w takim razie, dobrze – zgodził się łagodnie Kennit. – Żadnych niewolników. – Nigdy nie podejrzewał, że Sorcor potrafi tak logicznie myśleć, a cóż dopiero tak namiętnie rozprawiać na jakiś temat. Najwyraźniej go nie doceniał. Spojrzał ponownie na swojego mata. Trzeba go odprawić. Oczywiście nie od razu, może jeszcze nie przez jakiś czas, lecz kiedyś w przyszłości, gdy przestanie być użyteczny. Zdecydował, że musi o tym pamiętać i nie snuć żadnych długoterminowych planów związanych z talentami Sorcora. Uśmiechnął się do niego. – Masz oczywiście rację. Jestem pewien, że wielu naszych ludzi zgodzi się z tobą. Zdobędziemy ich tym pomysłem. – Skinął głową, jak gdyby jeszcze raz rozważał tę kwestię. – Tak, żadnych statków z niewolnikami… w ostatecznym rozrachunku… Gdybyśmy wszakże już teraz zaczęli głosić takie idee, nikt by nas nie posłuchał. Uznaliby nasze plany za szalone… niemożliwe do zrealizowania. Albo ludzie zaczęliby się ze sobą kłócić. Statek obróciłby się przeciw statkowi. Nie chcemy tego. Musimy zatem utrzymać pomysł w tajemnicy aż do czasu, gdy wszyscy piraci z wysp zechcą się do nas przyłączyć.
– Prawdopodobnie tak – Sorcor zgodził się po chwilowym zastanowieniu. – Jak więc ich skłonimy, by nas wysłuchali?
Nareszcie! Nareszcie padło pytanie, na które czekał Kennit. Szybko podszedł z powrotem do stołu i zmusił się do krótkiej pauzy, która miała dodać dramatyzmu jego wypowiedzi. Postawił swój kielich, odkorkował butelkę, napełnił kielich Sorcora i dopełnił swoje niemal puste naczynie.