Выбрать главу

– Muszą uwierzyć, że potrafimy robić rzeczy niemożliwe. W tym celu powinniśmy dokonać jakiegoś z pozoru niemożliwego czynu, na przykład pojmać żywostatek i używać go jak swój własny…

Sorcor rzucił swemu kapitanowi groźne spojrzenie.

– Panie… Kennicie, stary przyjacielu, toż to szaleństwo. Żaden zwyczajny drewniany żaglowiec nie dogoni żywostatku. Są zbyt szybkie. Słyszałem, jak mówiono, że potrafią wyczuwać drogę przez kanał i wydają rozkazy swoim sternikom. Umieją też same żeglować pod wiatr, a z jego podmuchów korzystają jak żadne inne żaglowce. Poza tym, nawet jeśli napadniemy na żywostatek i uda nam się wybić jego załogę, i tak nie skłonimy go do posłuszeństwa. Żywostatki żeglują tylko dla członków swoich rodzin. Nie poddadzą się woli obcego kapitana. Wpakuje się taki na mieliznę lub na skały albo przewróci wraz z nami na pokładzie. Słyszałeś, panie, o tym martwym żywostatku? Jakże mu było? Tym, który oszalał i pozabijał całą swoją rodzinę i załogę? Rozkołysał się i wszyscy pospadali. Nie raz, ale trzy razy… z tego, co wiem. A ostatnio, gdy go znaleziono, przewrócony do góry dnem unosił się u ujścia do portu Miasta Wolnego Handlu. Ludzie mawiają, że przyprowadziła go do domu jego widmowa załoga, inni, że wrócił, by pochwalić się przed Pierwszymi Kupcami swoim czynem. Został wyciągnięty na brzeg i od tego czasu tam leży. “Parias”, tak mu było na imię. “Parias”…

– Nie “Parias”, lecz “Paragon” – poprawił go Kennit z drwiącym rozbawieniem. – Żywostatek nazywał się “Paragon”, chociaż nawet jego własna rodzina nazywała go często “Pariasem”. Tak, Sorcorze, słyszałem wszystkie te stare mity i legendy o żywostatkach. Ale to jedynie mity i legendy. Wierzę, że można przejąć czarodrzewową łajbę i korzystać z niej. Trzeba tylko zdobyć jej serce, a wówczas… Pomyśl, mielibyśmy statek, z którym żaden inny nie mógłby się równać. Prawdą jest to, co mówisz o prądach, wiatrach i żywostatkach. Słyszałem również, że potrafią wyczuć węża na długo, zanim człowiek zdoła go dostrzec i krzyknąć łucznikom, by się przygotowali. Żywostatek byłby idealnym żaglowcem dla piratów. Umiałby odkryć nowe żeglowne kanały wśród Wysp Pirackich, walczyłby z wężami. Zresztą, nie twierdzę, że powinniśmy porzucić wszystkie inne plany i zapolować na żywostatek, mówię tylko, że jeśli napotkamy jakiś na naszej drodze, możemy spróbować go dogonić. Jeśli nam się uda, to świetnie, jeśli nie, no cóż, wiele innych łajb zdołało przed nami umknąć. Nic nie stracimy, a wiele możemy zyskać.

– Ale po co nam żywostatek? – spytał oszołomiony Sorcor. – Nie pojmuję tego.

– Chcę… mieć. Oto dlaczego.

– Dobrze więc. Powiem ci, panie, czego ja pragnę. – Z jakiegoś powodu Sorcor najwyraźniej sądził, że jego kapitan dobija z nim targu. – Zgodzę się na to – poddał się z niechęcią. – Jeśli zobaczymy na naszej drodze żywostatek, będziemy go ścigać. Nie widzę w tym wprawdzie zbytniego sensu, ale nie przyznam się do tego przed naszymi ludźmi. Wręcz przeciwnie, gorąco ich do takiej akcji zachęcę. W zamian za to obiecasz mi, panie, że odbijemy pierwszy statek niewolników, jaki dostrzeżemy. Dokonamy abordażu. Wejdziemy na pokład, załogę rzucimy wężom na pożarcie, a biednych skazańców odwieziemy bezpiecznie do miasta. Myślę, kapitanie, że po kilku takich akcjach zyskalibyśmy znacznie większy szacunek piratów niż przejmując żywostatek.

Kennit nie krył gniewnego spojrzenia.

– Chyba przeceniasz sprawiedliwość i moralność naszych towarzyszy z Łupogrodu. Sądzę, że po takiej akcji uznaliby nas za przygłupów, którzy tracą czas na ściganie statków i uwalnianie ich ładunków.

Może drogie wino uderzyło Sorcorowi wyjątkowo szybko do głowy. A może Kennit nieświadomie trafił w czuły punkt swojego mata. Tak czy owak, mężczyzna odpowiedział mu spokojnie, lecz ze śmiertelną powagą:

– Uważasz tak, panie, ponieważ jako bardzo młody chłopak nie siedziałeś w cuchnącej ładowni przykuty łańcuchami za ręce i nogi. Nigdy też nie wciskano ci głowy w imadło, aby cię uspokoić, gdy rzemieślnik tatuował ci na twarzy znak twojego nowego właściciela.

Oczy Sorcora błyskały, a on sam pogrążył się w myślach. Powoli zaczerpnął powietrza.

– A potem pchnęli mnie do pracy u garbarza, gdzie konserwowałem skóry i nie dbali, jak ta praca zniszczy moją cerę. Widziałem tam starszych robotników, którzy kaszleli i wypluwali z płuc krew. Nikogo nie obchodzili, a ja wiedziałem, że wkrótce będę się czuł tak samo jak oni. To była tylko kwestia czasu. Pewnej nocy zabiłem dwóch strażników i uciekłem. Ale gdzie miałem iść? Na północ, do zamieszkanej przez barbarzyńców krainy lodu i śniegu? A może powinienem wrócić na południe, gdzie mój tatuaż piętnowałby mnie jako zbiegłego niewolnika, a ja sam symbolizowałbym łatwe pieniądze dla każdego, kto zechciałby mnie ogłuszyć i oddać mojemu właścicielowi? A może trzeba było popłynąć na Przeklęte Brzegi i żyć jak zwierzę, póki jakiś demon nie wysączy mi z żył krwi? Nie, nie. Komuś takiemu jak ja pozostawała tylko jedna droga – korsarskie życie na Wyspach Pirackich. Gdybym mógł wybierać, nie zdecydowałbym się na taki los. Niewiele znanych mi osób by się nań zdecydowało. – Zamilkł. Jego oczy powędrowały w bok i Sorcor zapatrzył się w ciemny róg pokoju obok Kennita; przez jakiś czas niczego nie widział. Potem nagle spojrzał na swego kapitana. – Za każdy żywostatek, który będziemy ścigać, obiecaj mi, panie, jeden statek przewożący niewolników. Tylko o to cię proszę. Pomogę ci spełnić twoje marzenie, jeśli ty mnie pomożesz.

– Całkiem uczciwie – oświadczył obcesowo Kennit. Wiedział, że tak czy owak przekonał mata do swoich racji. – Całkiem uczciwie. Za każdy żywostatek jeden statek niewolniczy.

* * *

Wintrow poczuł chłód, który najpierw wypełnił jego brzuch, potem całe ciało. Chłopiec dosłownie trząsł się z zimna. Nienawidził chłodu, zwłaszcza że od niego drżał mu głos, jak gdyby był małym dzieckiem, które właśnie chce się rozpłakać. A przecież powinien się zachowywać rozsądnie i spokojnie, tak jak go nauczono. Tak jak go nauczono w ukochanym klasztorze… Bezwiednie przed oczyma stanął mu widok zimnych, kamiennych, tchnących spokojem sal. Próbował walczyć z natrętnym wspomnieniem, powtarzał sobie, że znajduje się nie tam, lecz tutaj, w jadalni rodzinnego domu.

Rozejrzał się. Dostrzegł niski stół ze złotego dębu, tak wypolerowanego, że aż lśnił, otaczające stolik wyściełane ławy i kanapy, wyłożone boazerią ściany oraz obrazy statków i przodków. Wszystkie te szczegóły przypomniały mu, że przebywa w Mieście Wolnego Handlu. Odchrząknął i spróbował zapanować nad głosem. Popatrzył na matkę, potem na ojca, wreszcie na babkę. Siedzieli przy stole, zebrani wokół jednego końca niczym komisja, która zamierza go poddać egzaminowi. Może zresztą rodzina rzeczywiście miała takie zamiary wobec Wintrowa.

Zaczerpnął oddechu i odezwał się:

– Wysłaliście mnie do klasztoru wbrew mojej woli. – Znowu popatrzył na twarze, doszukując się w nich zmęczenia poprzednim strasznym dniem. – Przebywaliśmy wtedy w tym samym pokoju. Przylgnąłem do ciebie, matko i obiecałem, że zawsze będę dobrym człowiekiem, jeśli tylko mnie stąd nie odeślesz. Ale powiedziałaś, że muszę jechać. Wyjaśniłaś, że jestem twoim pierworodnym synem, którego w chwili narodzin przyrzekłaś Sa. Powiedziałaś, że nie możesz złamać tej obietnicy i oddałaś mnie wędrownemu kapłanowi, który miał mnie zabrać do klasztoru w Kells. Nie pamiętasz tego? A ty, ojcze? Stałeś przy tamtym oknie, a dzień był tak jasny, że kiedy na ciebie patrzyłem, widziałem tylko czarny cień na tle słonecznego światła. Nie powiedziałeś wówczas ani słowa. Babciu, mówiłaś mi, żebym był odważny i dałaś mi na drogę małe zawiniątko z kilkoma ciastkami.

Znowu popatrzył od jednej twarzy do drugiej, szukając wyrzutów sumienia, śladu poczucia winy, że tak z nim postąpili, że tak go skrzywdzili. Jedynie Keffria wyglądała na zamyśloną, lecz szybko odwróciła od niego wzrok i spojrzała na męża. Twarz Kyle'a wydawała się wyrzeźbiona z kamienia.

– Zrobiłem to, co mi kazaliście – podjął spokojnie chłopiec. Jego głos zabrzmiał słabiutko i piskliwie. – Odszedłem stąd z nieznajomym kapłanem. Droga do klasztoru była trudna, a kiedy dotarłem na miejsce, otoczył mnie obcy świat. Jednakże zostałem i spróbowałem się przystosować. Po pewnym czasie klasztor stał się moim domem i uprzytomniłem sobie, że wasza decyzja była słuszna.