– No dobrze. Jak tylko oprzytomnieje, zabiorę go na statek. Niech tam uczy się manier. Tak będzie prawdopodobnie najlepiej. Jeśli pozna statek w porcie, podczas rejsu przeżyje mniejszy szok. A ja nie będę musiał wysłuchiwać, jak kobiety kwestionują każdy rozkaz, który mu wydam.
– Ani w moim domu, ani na pokładzie mojego statku… – zaczęła Ronica, lecz Kyle jej przerwał. Słysząc jego słowa, Althea zapłonęła gniewem.
– Statek należy do Keffrii. I do mnie, ponieważ jestem jej mężem. To, co się dzieje na pokładzie “Vivacii”, nie powinno cię już obchodzić. Zresztą, zdaje mi się, że zgodnie z majątkowym prawem Miasta Wolnego Handlu, ten dom również należy teraz do mojej żony. Będziemy go prowadzić w taki sposób, jaki uznamy za stosowny.
Zapadła straszliwa cisza. Kiedy Kyle ponownie się odezwał, w jego głosie zabrzmiał cień przeprosin za wypowiedziane słowa.
– Tak przynajmniej moglibyśmy postąpić, zresztą zapewne ze szkodą dla nas wszystkich. Nie proponuję, żebyśmy zaczęli żyć osobno, Roniko, jestem pewien, że największe korzyści rodzina odniesie, jeśli będzie współpracować i razem dążyć do wspólnego celu. Nie mogę wszakże niczego zrobić, skoro mam związane ręce. Na pewno to rozumiesz. Jak na kobietę, świetnie sobie radziłaś przez te wszystkie lata. Tyle że czasy się zmieniają. Uważam, że Ephron nie powinien był zostawiać cię samą z wszystkimi problemami. Szanowałem mojego teścia, lecz… Być może właśnie dlatego, że go szanowałem, staram się wyciągać naukę z jego błędów. Nie zamierzam po prostu odpłynąć ku zachodzącemu słońcu i aż do mojego powrotu obarczyć Keffrię opieką nad gospodarstwem i domem. Muszę po prostu jak najszybciej zarobić odpowiednio dużą sumę pieniędzy, żebym potem mógł przebywać w domu i doglądać wszystkiego. Nie mogę też pozwolić, by Wintrow zachowywał się na pokładzie “Vivacii” jak udzielny książę. Widziałaś, co wyrosło z Althei: jest uparta i nie myśli o innych. Nie dba o dobre imię rodziny ani o własną reputację. Powiem ci wprost… Nie wiem, czy we dwie zdołacie sobie z nią poradzić. Może najprościej byłoby ją wydać za mąż, najlepiej za mężczyznę spoza naszego miasta…
W tym momencie dziewczyna wparowała do pokoju niczym statek pod pełnym żaglem.
– Może rzuciłbyś mi w twarz swoje obelgi, co, Kyle'u? Jej widok wcale go nie zaskoczył.
– Zdawało mi się, że widzę twój cień. Jak długo podsłuchiwałaś, mała siostrzyczko?
– Na tyle długo, by odkryć twoje perfidne zamiary wobec mojej rodziny i naszego statku. – Althea starała się zachować spokój w obliczu jego opanowania. – Jak śmiesz mówić w ten sposób do mojej matki i siostry? Jak możesz tak spokojnie opowiadać im, że zamierzasz “powrócić” i “doglądać wszystkiego"?
– Zdaje się, że jestem teraz głową tej rodziny – obwieścił Kyle bez osłonek.
Althea uśmiechnęła się chłodno.
– Możesz nazywać siebie, jak chcesz. Ale jeśli sądzisz, że zdołasz zatrzymać mój statek, jesteś w błędzie.
Mężczyzna westchnął dramatycznie.
– Sądziłem, że tylko waszym krewniakom z Deszczowych Ostępów spełniają się życzenia – zauważył z sarkazmem. – Mała siostrzyczko, ależ jesteś niemądra. Statek należy do twojej siostry nie tylko zgodnie ze zwyczajowym prawem Miasta Wolnego Handlu… Mamy również w tej sprawie pismo Ephrona Vestrita, przez niego podpisane. Przeciwstawisz się nawet własnemu zmarłemu ojcu?
Jego słowa niemal ją ogłuszyły i Althea poczuła, jak gdyby ktoś odebrał jej wszystko, co kiedykolwiek dawało jej wewnętrzną siłę. Już prawie zdołała przekonać samą siebie, że wczorajsze zdarzenia to przypadek, że jej ojciec nigdy świadomie nie odebrałby jej statku. Sądziła, że cierpiący i umierający człowiek nie wiedział, co czyni. A teraz usłyszała, że spisał swą ostatnią wolę, w której ją pominął… Nie, nie, nie. Spojrzała na matkę, a potem ponownie na szwagra.
– Nie dbam o papiery, które podstępem podsunęliście do podpisania leżącemu na łożu śmierci starcowi – oświadczyła cichym, lecz kipiącym wściekłością głosem. – Wiem, że “Vivacia” jest moja i to w sposób, w jaki nigdy nie będzie należała do ciebie, Kyle'u. Mówię ci, że nie spocznę, póki nie znajdzie się pod moją komendą…
– Twoją komendą! – Kyle o mało nie udławił się ze śmiechu. – Masz przesadne mniemanie o swoich umiejętnościach. Wiedz, że sama siebie oszukujesz. Nie jesteś żeglarzem! O ile wiem, twój ojciec trzymał cię na pokładzie tylko dlatego, żebyś nie popadła w jakieś kłopoty na lądzie. Nie jesteś nawet dobrym marynarzem.
Althea otworzyła usta, aby coś powiedzieć, w tym momencie jednak leżący na podłodze Wintrow jęknął i wszystkie oczy zwróciły się ku niemu. Keffria zrobiła krok do przodu, ale Kyle powstrzymał ją gestem. Ronica jednakże zignorowała jego spojrzenie i podniesioną dłoń. Podeszła do chłopca, który – wyraźnie oszołomiony – usiadł z rękoma przy skroniach. Z wysiłkiem wpatrywał się w babcię.
– Czy ja żyję? – spytał półprzytomnie.
– Mam nadzieję, że tak – odparła poważnie, po czym lekko westchnęła. – Altheo, przyniesiesz mi zimną, mokrą ściereczkę?
– Temu chłopakowi nic nie będzie – wtrącił Kyle zrzędliwie. Althea go zlekceważyła. Pobiegła po ręcznik, przez cały czas pytając siebie, dlaczego spełnia matczyną prośbę. Podejrzewała, że to właśnie Ronica podstępem skłoniła ojca do podpisania dokumentu, którego dobrowolnie nigdy by nie podpisał. Dlaczego więc tak potulnie jej posłuchała? Nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Może nieświadomie szukała pretekstu, by opuścić pokój, ponieważ w przeciwnym razie jeszcze chwila i pewnie rzuciłaby się na Kyle'a z pięściami.
Kiedy biegła korytarzem do kuchni, zadała sobie pytanie, co się stało z jej światem. Nigdy przedtem w jej domu nie dochodziło do takich scysji. Ludzie nawet nie podnosili na siebie głosu, a teraz Kyle jednym ciosem powalił własnego syna na posadzkę. Ciągle nie mogła uwierzyć w to, co się działo. Ten nowy świat był dla niej obcy i tak bardzo ją szokował, że nie wiedziała, co powinna robić i czuć. Uruchomiła pompę, zanurzyła ściereczkę pod strumień zimnej wody, potem dobrze wyżęła materiał. Nagle do pomieszczenia zajrzała bardzo zdenerwowana służąca.
– Potrzebujesz mojej pomocy? – wyszeptała.
– Nie. Nie, panujemy nad wszystkim. Po prostu kapitan Haven za bardzo się zdenerwował. – Althea usłyszała własne ciche kłamstwo. “Panujemy”, pomyślała z ironią. Miała wrażenie, że przypatruje się wszystkim zmianom z daleka, że jest pałką żonglera, która leci w powietrzu i nie wie, czyja ręka ją chwyci i rzuci dalej. Może niczyja. “Może polecę gdzieś w dal i nigdy już nie wrócę do swojej rodziny”. Uśmiechnęła się z goryczą na ten zabawny wizerunek, potem włożyła mokrą ściereczkę do glinianej miski, podniosła ją i ruszyła korytarzem z powrotem do jadalni.
Wintrow i Ronica siedzieli w rogu niskiego stołu. Chłopiec był blady i drżał, a jej matka wyglądała na bardzo zdecydowaną. Trzymała obie dłonie wnuka w swoich i żarliwie do niego przemawiała.
Kyle stał odwrócony do okna z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Dziewczyna wyczuła, że jest oburzony. Obok niego stała patrząca błagalnie Keffria, mężczyzna wszakże zdawał się nieświadom obecności żony.
– …Wszystko w rękach Sa – Ronica przemawiała do chłopca z wielką powagą. – Wierzę, że to On przysłał cię z powrotem do nas i nie bez powodu stworzył więź między tobą i statkiem. Tak się musiało stać, Wintrowie. Czy potrafisz zaakceptować ten fakt, tak jak niegdyś zgodziłeś się zostać kapłanem?
Więź między Wintrowem i jej statkiem! To niemożliwe! Dziewczynie zmartwiało serce. Chłopiec skupił teraz całą uwagę na twarzy babci. Po prostu wbił w nią wzrok. Jego twarz przybrała typowy dla Havenów, zacięty wyraz – znieruchomiał mu podbródek, w oczach pojawił się gniew. Althea postawiła obok niego miskę ze ściereczką, a wówczas dostrzegła, że Wintrow powoli wychodzi z szoku. Kilkakrotnie głęboko odetchnął, rysy mu złagodniały i na krótką chwilę dziewczyna zobaczyła w twarzy chłopca ogromne podobieństwo do Vestritów – zarówno do swojego nieżyjącego ojca, jak i do niej samej. Fakt ten nią wstrząsnął.