– Ależ jestem statkiem, nie twoim dzieckiem – dokończyła “Vivacia” nie wypowiedzianą myśl Althei. – Nie porzucasz małego dziecka, które nie ma pojęcia o świecie. Wiem, że w wielu sprawach ciągle jestem naiwna, ale posiadam mnóstwo wspomnień i informacji, które mogę wykorzystać. Muszę tylko je jakoś sobie poukładać w głowie i przemyśleć ich związek ze mną. Znam cię, Altheo. Wiem, że mnie opuściłaś nie z własnego wyboru. Ale ty również znasz mnie i musisz zrozumieć, jak głęboko przeżywam fakt, że Wintrowa zmuszono do przebywania na moim pokładzie. Każą mu być moim towarzyszem i serdecznym przyjacielem, podczas gdy pragnie przebywać w zupełnie innym miejscu. Coś nas przyciąga do siebie, mnie i Wintrowa, lecz chłopiec odczuwa gniew z powodu tej sytuacji i dlatego buntuje się przeciwko naszej więzi. Wstydzę się, że tak bardzo mnie do niego ciągnie.
Althea uznała tę dwoistość uczuć statku za coś strasznego. “Vivacia” zwalczała w sobie potrzebę towarzystwa Wintrowa, narzucając sobie chłód i izolację. Dziewczyna niemal wyczuwała, jak okropna jest dla żywostatku samotność – kojarzyła się z siąpiącym deszczem, chłodem i nieskończoną bezbarwnością. Myśląc o tym, Althea przeraziła się. Podczas gdy szukała w sobie słów pociechy dla statku, usłyszała nagle męski głos, który głośno i władczo zahuczał ponad zwyczajnymi wrzaskami i innymi odgłosami ruchliwego doku.
– Hej, ty tam! Odsuń się od tego statku! Z rozkazu kapitana nie wolno ci wejść na pokład.
Odwróciła głowę i przysłoniła oczy przed ostrym światłem słonecznym. Spojrzała zdziwiona na Torga, jak gdyby nie rozpoznała jego głosu.
– Ależ dok jest miejscem publicznym – zauważyła spokojnie.
– No cóż, ten statek nim nie jest, więc się odsuń!
Jeszcze dwa miesiące temu Althea nakrzyczałaby na oficera. Jednak czas, który spędziła sama z “Vivacią”, oraz zdarzenia z ostatnich trzech dni zmieniły ją. Zauważyła, że nauczyła się lepiej nad sobą panować, a także stała się osobą znacznie bardziej cierpliwą. Miała wrażenie, że nauczyła się opanowywać gniew. Po co marnować słowa na byle marynarza? Nie był dla niej ważniejszy niż mały, szczekliwy pies, przy czym sama czuła się potężną tygrysicą. Nie warto nawet warczeć na takie nic nieznaczące stworzenie. Musi poczekać na odpowiedni moment; może kiedyś uda jej się jednym ciosem przetrącić mu grzbiet. Na pewno nic dobrego nie spotka tego mężczyzny, zwłaszcza że tak źle się obchodził z Wintrowem. Kiedyś odpokutuje za swoje grubiaństwo wobec Althei i jej siostrzeńca.
Dziewczyna uprzytomniła sobie w oszołomieniu, że w czasie gdy dotykała dłonią desek statek, jej myśli zmieszały się z myślami “Vivacii”. Po pewnym czasie zdjęła rękę i wydało jej się, że wyjmuje ją z wysokiego kotła pełnego zimnej melasy.
– Nie, “Vivacio” – powiedziała cicho. – Nie pozwól, żeby udzielił ci się mój gniew. Zostaw też zemstę mnie, nie plam się nią. Jesteś na to zbyt duża i zbyt piękna. Nie warto się denerwować.
– Zatem ten człowiek nie powinien przebywać na moim pokładzie – odparł niskim, gorzkim tonem galion. – Dlaczego muszę tolerować tu takich szkodników jak on, podczas gdy ty zostajesz na brzegu? Nie wierzę, że rodzina Vestritów w taki sposób traktuje krewnych.
– To prawda – zapewniła ją pospiesznie Althea.
– Kazałem ci się stąd wynosić – krzyknął na nią jeszcze raz Torg. Dziewczyna podniosła na niego oczy. Mężczyzna przechylał się ponad relingiem i wygrażał jej pięścią. – Ruszaj stąd albo cię przepędzę!
– Nic mi nie może zrobić – uspokoiła Althea statek. Mówiąc, usłyszała stłumiony krzyk, a później ciężki, głuchy odgłos. Dochodził z wnętrza ładowni “Vivacii”. Ktoś straszliwie przeklinał na pokładzie, po czym rozległy się krzyki. Młody marynarz wyraźnie przywoływał Torga.
– Panie, belka spadła z wyciągu! Przysiągłbym, że kiedy zaczynaliśmy pracę, trzymała się mocno!
Głowa Torga zniknęła i dziewczyna usłyszała odgłos jego kroków. Oficer biegł po pokładzie. Rozładunek “Vivacii” zatrzymał się powoli. Połowa załogi stanęła i gapiła się na roztrzaskaną paletę i przewrócone skrzynie, z których wysypały się słodkie orzeszki.
– To ich zajmie na jakiś czas – zauważyła słodko “Vivacia”.
– Naprawdę muszę już iść – oświadczyła pospiesznie Althea. Gdyby została, musiałaby zapytać statek, czy miał coś wspólnego z wypadkiem. Taka tajemnica za bardzo by jej ciążyła; uznała, że woli mieć wątpliwości niż pewność. – Uważaj na siebie – dodała. – Dbaj również o Wintrowa.
– Altheo! Wrócisz?
– Oczywiście, że tak. Muszę tylko zająć się kilkoma sprawami. Ale przyjdę się pożegnać, zanim wypłyniesz.
– Nie potrafię sobie wyobrazić pływania bez ciebie – oznajmiła niepocieszona “Vivacia”, potem podniosła oczy i zapatrzyła się w odległy horyzont, jakby już wypłynęła daleko za Miasto Wolnego Handlu. Wiatr poruszył jej ciężkimi lokami.
– A mnie będzie trudno stać tu, w doku i patrzeć, jak żeglujesz w dal. Na szczęście, popłynie z tobą Wintrow.
– Który nienawidzi przebywać ze mną – nagle głos statku znowu zabrzmiał bardzo dziecinnie. Wyczuwało się w nim smutek.
– “Vivacio”, rozumiesz, że nie mogę tu zostać. Ale wrócę. Wiesz, że staram się znaleźć jakiś sposób, dzięki któremu mogłabym ci towarzyszyć. Przedsięwzięcie zajmie trochę czasu, ale wrócę. Do tej pory zachowuj się przyzwoicie.
– Dobrze – westchnęła “Vivacia”.
– Świetnie. Do zobaczenia wkrótce.
Althea odwróciła się i pospiesznie odeszła. Z powodu własnej nieszczerości czuła się bardzo źle. Zastanawiała się, czy statek rzeczywiście dał się oszukać. Miała nadzieję, że tak, chociaż doskonale wiedziała, że niełatwo go zwieść. “Vivacia” zapewne odkryła, jak bardzo zazdrosna jest Althea o miejsce Wintrowa na pokładzie, musiała też wyczuwać jej ogromny gniew wobec takiego obrotu spraw. Jednakże dziewczyna starała się sobie wmówić, że statek nie miał nic wspólnego z upadkiem belki i modliła się żarliwie do Sa, by nie próbował brać spraw w swoje ręce.
Odchodząc, Althea uświadomiła sobie, że “Vivacia” okazała się taka, jakiej się spodziewała, a równocześnie zupełnie inna. Dziewczyna marzyła o żaglowcu, który posiadałby wszelkie zalety dumnej i pięknej kobiety. Teraz wszakże uświadomiła sobie, że statek odziedziczył nie tylko doświadczenie ojca, dziadka i prababci oraz samej Althei, lecz być może także ich wady. Zaczęła się obawiać, że jest równie uparty jak wszyscy Vestritowie, równie nieskory do wybaczania ludziom; może tak samo jak oni niechętnie reagować na krytykę i porady innych. Gdybym pływała na jej pokładzie, mogłabym nią pokierować, tak jak ojciec walczył z moimi okresami uporu, pomyślała. Wintrow nie będzie miał najmniejszego pojęcia, jak sobie radzić z “Vivacią”. Po chwili zupełnie nieświadomie Althea powiedziała sobie coś innego: Jeśli “Vivacia” zabije Kyle'a, będzie sam sobie winny.
Przeszył ją dreszcz. Sama nie rozumiała, skąd w niej tyle złośliwości. Kucnęła pospiesznie i przesądnie odpukała kłykciami w drewno doku. Nie, nie – pomyślała – “Vivacia” nie byłaby zdolna do czegoś tak strasznego. Kiedy się podnosiła, poczuła na sobie czyjś wzrok. Rozejrzała się i dostrzegła Amber, która stała blisko i przyglądała się jej. Postawna kobieta ubrana była w długą, prostą suknię w kolorze dojrzałego żołędzia, lśniące włosy zaplotła na plecach w pojedynczy warkocz. Suknia opadała jej z ramion i aż po stopy ukrywała krągłości jej ciała. Na rękach Amber miała rękawiczki, które zmieniały pokryte bliznami i zgrubieniami palce rzemieślniczki w dłonie damy. Stała zupełnie nieruchomo wśród biegających i krzątających się w doku robotników, całkowicie niezainteresowana otoczeniem ani tym, co działo się wokół, jak gdyby znajdowała się w szklanej bańce i nic do niej nie docierało. Przez chwilę jej piwne oczy wpatrywały się w oczy Althei. Dziewczynie aż zaschło w ustach, bowiem kobieta miała w sobie coś nieziemskiego. Wokół niej kręcili się zapracowani robotnicy, przechodzili ludzie skupieni na swoich sprawach, ją samą jednak otaczał osobliwy spokój i pełne skupienie. Nosiła naszyjnik z prostych drewnianych korali, połyskujących wszelkimi odcieniami brązu. Althea nie mogła oderwać od nich wzroku. Wątpiła, czy ktokolwiek może na nie patrzeć i ich nie pragnąć.