Выбрать главу

Na moment dziewczyna przeniosła wzrok na twarz kobiety. Po raz kolejny wymieniły spojrzenie. Amber nie uśmiechnęła się. Powoli odwróciła głowę, najpierw w jedną stronę, potem w drugą. Althea odniosła wrażenie, że kobieta zachęca ją, by podziwiała jej profile. Wzrok dziewczyny przyciągnęło jednak coś innego – niedopasowane kolczyki. Amber miała ich po kilka w każdym uchu. Althea najdłużej patrzyła na dwa z nich: na skręconego węża z połyskującego drewna w lewym uchu kobiety i na lśniącego smoka w prawym. Każdy z nich był długi jak kciuk mężczyzny i tak zręcznie wyrzeźbiony, że wyglądał niemal jak żywy.

Althea zorientowała się nagle, że co najmniej od minuty wpatruje się w błyskotki. Niechętnie popatrzyła w oczy Amber, która tym razem pytająco się do niej uśmiechnęła. Dziewczyna zachowała kamienną twarz, a wtedy uśmiech tamtej zbladł i teraz jej spojrzenie stało się niemal pogardliwe. Nie zmieniając wyrazu twarzy, kobieta przyłożyła dłoń o szczupłych palcach do płaskiego brzucha. Althei wydało się, że te okryte rękawiczką palce dotykają jej duszy i w całym ciele poczuła lodowaty strach. Ponownie popatrzyła rzemieślniczce w twarz i dostrzegła w niej determinację oraz zdecydowanie. Teraz Amber patrzyła na dziewczynę niczym łucznik skupiający wzrok na celu. Althei wydawało się, że wśród tych wszystkich śpieszących się, zapracowanych ludzi one dwie są zupełnie same; tłum dla nich nie istniał. Zdobyła się na niemal heroiczny wysiłek; odwróciła się i uciekła z doku; ruszyła ku targowiskom Miasta Wolnego Handlu.

Niezdarnie przebiegła przez zatłoczone letnie targowisko. Szturchnęła kilka osób, wpadła na przepełniony szarfami stragan, wreszcie odwróciła się przez ramię i spojrzała za siebie. Nie dostrzegła nigdzie Amber, najwyraźniej kobieta wcale jej nie śledziła. Ruszyła dalej spokojniejszym krokiem. Teraz świadomie szła promenadą. Serce nie biło jej już tak szaleńczo, choć uświadomiła sobie, że poci się w popołudniowym słońcu. Spotkania ze statkiem i z Amber pozostawiły w niej ślady. Miała wyschnięte usta i lekko drżała. Co za głupota! Śmiechu warte! Przecież ta kobieta tylko na nią patrzyła. Althei nic z jej strony nie groziło. Nigdy przedtem nie przydarzały jej się takie wybryki fantazji. Odpowiedzialność za swoje zachowanie złożyła na karb dwóch ostatnich nerwowych dni. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatnio jadła przyzwoity posiłek i doszła do wniosku, że – pomijając piwo – nie miała nic w ustach od przedwczoraj. Stąd pewnie jej rozdrażnienie i osłabienie.

Znalazła stolik na tyłach małej ulicznej herbaciarni i usiadła przy nim. Ucieszyła się, że siedzi z dala od popołudniowego słońca. Kiedy do stolika podszedł służący, zamówiła wino, wędzoną rybę i melona. Gdy się ukłonił i odszedł, poniewczasie zastanowiła się, czy ma przy sobie dość pieniędzy, by zapłacić za posiłek. Kiedy tak starannie ubierała się rano, nawet nie pomyślała o czymś takim jak gotówka. Jej pokój w domu był nieskazitelnie wysprzątany, jak zwykłe, gdy wracała do niego po morskich wyprawach, lecz pamiętała, że znalazła w rogu szuflady trochę monet i banknotów, które wepchnęła do sakiewki, zanim ją – prawdopodobnie z przyzwyczajenia – przywiesiła sobie do boku. Nawet jeśli wystarczy jej, by zapłacić za ten prosty obiad, z pewnością nie będzie mogła wynająć pokoju w gospodzie. Jeśli nie zamierza wrócić do domu i jak pies z podkulonym ogonem błagać, by rodzina ją przyjęła, musi intensywnie pomyśleć o przyszłości.

Nadal się zastanawiała, gdy służący postawił przed nią talerze z jedzeniem. Althea bezwiednie poprosiła o wosk, zanurzyła w nim sygnet i odcisnęła na rachunku pieczęć. Prawdopodobnie po raz ostatni wysyłała rachunek do domu swego ojca. Gdyby wcześniej na to wpadła, zamówiłaby sobie na konto Keffrii wykwintniejszy posiłek. Na szczęście melon był kruchy i słodki, wędzona ryba przyjemnie wilgotna, a wino, no cóż… nadawało się do wypicia. Dziewczyna pijała przedtem gorsze i nie raz jeszcze wypije. Trzeba wytrwać, a na pewno z czasem jej sytuacja się poprawi. Musi się poprawić.

Kiedy dopijała wino, przypomniała sobie nagle, że jej ojciec odszedł i już nigdy nie wróci. To zdarzenie było nieodwracalne. Do tej pory sądziła, że już się prawie przyzwyczaiła do swojego żalu. Teraz na nowo (inaczej, lecz równie boleśnie) odczuła ogromną stratę i nogi zatrzęsły jej się jak galareta. Niezależnie od tego, jak długo Althea zdoła przetrwać, Ephron Vestrit nie wróci do domu, by wszystko naprawić. Nikt niczego nie naprawi; wszystko w jej rękach. Wątpiła, czy jej siostra potrafi gospodarować rodzinnym majątkiem. Keffria i Ronica… Może poradziłyby sobie we dwie, gdyby Kyle przestał się wtrącać. W przeciwnym razie… Co się stanie z dobrami Vestritów?

Mogą wszystko stracić.

Nawet “Vivacię"!

Nigdy przedtem taka sytuacja nie miała miejsca w Mieście Wolnego Handlu, choć rodzina Devouchetów była o krok od bankructwa. Popadli w tak straszliwe długi, że Rada Kupców przyzwoliła, by główni wierzyciele Devouchetów, Kupcy Conry i Risch przejęli rodzinny żywostatek. Ustalono, że najstarszy syn pozostanie na pokładzie, gdzie miał służyć do czasu, aż jego rodzice spłacą długi, zanim jednak zawarto porozumienie, ów młody człowiek przybył do portu ze wspaniałym ładunkiem, który zadowolił wierzycieli rodziny. Całe miasto cieszyło się z jego triumfu i przez jakiś czas uważano go wręcz za bohatera. Althea nie wyobrażała sobie Kyle'a w tej roli. Nie, nie. Już prędzej odda statek i syna wierzycielom, po czym obarczy winą Wintrowa.

Dziewczyna westchnęła i z niechęcią skoncentrowała się na najbardziej ją niepokojących problemach. Co się działo z “Vivacią"? Statek został niedawno ożywiony. Podobno jego osobowość ukształtuje się w ciągu najbliższych kilku tygodni. Powszechnie było wiadomo, że nie sposób przewidzieć charakteru żywostatku. “Vivacia” będzie się zatem zachowywała podobnie jak jej właściciele lub zadziwiająco odmiennie. Althea dostrzegła w oku galionu bezwzględność, która ją zmroziła. Cecha ta może się znacząco pogłębić… Niewykluczone, że statek nagle zacznie postępować w sposób sprawiedliwy i uczciwy, typowy dla kapitana Vestrita. Nikt nie mógł tego wiedzieć.

Althea pomyślała o “Kendrym”, słynnym ze swego uporu żywostatku. “Kendry” nie tolerował w swej ładowni żadnego żywego towaru i nienawidził lodu. Dość chętnie wypływał na południe, do Jamaillii, lecz na północ, do Królestwa Sześciu Księstw posuwał się tak powoli, jak gdyby zbudowano go z ołowiu. Na południe, a w dodatku z pachnącym ładunkiem żeglował szybko niczym wiatr i niemal zupełnie bez ludzkiej pomocy. Silna wola żywostatku to ważna rzecz, choć nie najważniejsza.

Chyba że żywostatek oszaleje.

Althea jadła ostatni kawałek ryby. Mimo ciepłego letniego dnia, poczuła ukłucie chłodu. Nie, nie! “Vivacii” nigdy nie przydarzy się to, co “Paragonowi”. Nie może oszaleć! Została prawidłowo ożywiona, odbyła się odpowiednia ceremonia i powitalny rytuał, gdy na pokładzie umarł jej trzeci kapitan. Wszyscy wiedzieli, co zniszczyło “Paragona”. Chciwość właścicieli stworzyła szalony żywostatek, niosący całej rodzinie śmierć i zniszczenie.

“Paragonowi” umarł zaledwie jeden kapitan, kiedy dowódcą został Uto Ludluck. Mówiono, że ojciec Uta, Palwick, był uczciwym kupcem i wspaniałym kapitanem. Jego syn uchodził za sprytnego i przebiegłego. Często też oddawał się hazardowi. Ponieważ bardzo chciał spłacić żywostatek za swego życia, żaglowiec zawsze pływał przeładowany. Niewielu marynarzy odbywało na nim więcej niż jeden rejs, ponieważ Uto był surowym kapitanem – nie tylko dla podwładnych, ale także dla swego młodziutkiego syna Kerra, który służył na żaglowcu jako chłopiec pokładowy. Mawiano, że nieożywionym żywostatkiem trudniej się pływa, chociaż zapewne najwięcej kłopotów przyczyniała Utowi własna zachłanność, ponieważ w ładowniach “Paragona” znajdowało się zbyt wiele towaru.