W jakiejś cichej alejce odpięła sakiewkę i sprawdziła jej zawartość. Tak, jak podejrzewała, pieniędzy nie było wiele. Mogła zapłacić za pokój i jedzenie dziś wieczorem albo tylko jadać skromnie przez kilka dni. Pomyślała znowu, by po prostu wrócić do domu, lecz nie mogła się do tego zmusić. Uznała, że trzeba poczekać przynajmniej do odpłynięcia Kyle'a. Wtedy, jeśli nie znajdzie pracy i noclegu, może tam pójdzie, choćby po rzeczy osobiste i biżuterię. Taka decyzja z pewnością nie uwłaczała jej godności. Wiedziała jednak, że nie pojawi się w domu za bytności szwagra, co to to nie! Włożyła monety oraz banknoty do sakiewki i zacisnęła rzemyk. Żałowała, że tak dużo pieniędzy przepiła poprzedniego wieczoru. Tak czy owak, z pozostałą kwotą musiała się obchodzić ostrożnie. Przywiesiła sakiewkę do pasa pod spódnicą.
Wyszła z alejki na większą ulicę. Potrzebowała miejsca, gdzie mogłaby się zatrzymać na noc, ale nic jej nie przychodziło do głowy… poza jednym. Starała się zapomnieć, ile razy ojciec ostrzegał ją przed “Paragonem”, aż w końcu ostro jej zabronił do niego chodzić. Ostatni raz odwiedziła miejsce jego “zesłania” przed wieloma miesiącami, lecz w dzieciństwie, zanim zaczęła pływać z ojcem, wiele letnich popołudni spędzała z tym starym wrakiem. Inne miejskie dzieci nazywały go strasznym i wstrętnym, Althea zaś szybko przestała się go bać. Szczerze mówiąc, żałowała go. To prawda, że wydawał się przerażający, ale najgorsze było zło, które wyrządzili mu inni. Odkąd dziewczyna to zrozumiała, zaprzyjaźniła się z żywostatkiem.
Słońce powoli zachodziło, nadszedł długi letni wieczór. Althea opuściła miasto i ruszyła po kamienistej plaży do miejsca, gdzie na piasku leżał stary żaglowiec.
12. O WRAKACH I STATKACH PRZEWOŻĄCYCH NIEWOLNIKÓW
Pod wodą. To nie była chwila. Nie przykryła go jedna złośliwa fala, lecz wisiał pod wodą kilem do góry. Jego włosy unosiły się obok twarzy, płuca pompowały tylko solankę. Utopiłem się i umarłem – pomyślał. – Znowu nie żyję, tak jak kiedyś, wcześniej. Otaczał go połyskujący zielenią świat ryb i wody. Rozłożył ramiona. Fale poruszały nimi. Czekał, by uświadomić sobie, jakie to uczucie nie żyć.
Jednak nie była to prawda. Oszustwo. Pragnął tylko śmierci, a ona nie przychodziła. Nie była mu dana. Nawet tu, pod wodą, mimo iż z pokładu nie dochodziły odgłosy łomoczących stóp ani wykrzykiwanych rozkazów, a jego ładownie przepełniała morska woda i milczenie, nawet tu nie mógł zaznać spokoju. Nudy – owszem, ale nie spokoju. Unikały go srebrne ławice ryb. Podpływały do niego niczym stada morskich ptaków, lecz skręcały – nadal uformowane w szyk – natychmiast gdy wyczuły zapach bezbożnego czarodrzewu jego szkieletu. Samotnie przemierzał więc świat pozbawiony dźwięków i mglistych kolorów. Nie oddychał. Czuwał.
Potem nadpłynęły węże.
Przyciągał je, fascynował, a równocześnie napełniał odrazą. Szydziły z niego, gapiły się, ich zębate paszcze otwierały się i zamykały tak blisko jego twarzy i ramion. Próbował je przegonić, ale rzuciły się na niego. Zapamiętale walił w nie pięściami, ale chyba nie odczuwały jego ciosów bardziej niż plusku bezradnych ryb. Węże rozmawiały ze sobą na jego temat; niewiele pojmował z ich stłumionego ryku.
Nagle popatrzyły mu głęboko w oczy, potem owinęły się wokół jego kadłuba i trzymały w mocnych objęciach. Przerażały go, a równocześnie przypominały… o czymś. Nie pamiętał o czym. Wspomnienia czaiły się gdzieś w najdalszych zakamarkach jego pamięci, prawdopodobnie były zbyt straszne, by chciał je przywołać. Węże nie puszczały, ciągnąc go w dół, coraz głębiej, tak że resztki towarów, które ciągle tkwiły w jego ładowni, wzniosły się szaleńczo do góry, by się uwolnić. Przez cały ten czas węże obrzucały go oskarżeniami i wściekle o coś pytały; niestety ów gniew nie ułatwiał mu zrozumienia ich mowy.
– “Paragonie"?
Obudził się ze snu przestraszony i wydawało mu się, że znalazł się w wiekuistym piekle ciemności. Spróbował otworzyć oczy. Mimo tak wielu lat ślepoty, nadal za każdym razem starał się je otwierać, by zobaczyć, kto się do niego odzywa. Zakłopotany, opuścił podniesione ramionami, skrzyżował je obronnym gestem na pokrytej bliznami piersi, jak gdyby chciał ukryć tkwiący w niej wstyd. Jakby znał ten głos…
– Tak? – spytał ostrożnie. – To ja, Althea.
– Twój ojciec będzie się bardzo gniewał, jeśli cię tu znajdzie. Będzie na ciebie krzyczał.
– To było bardzo dawno temu, “Paragonie”. Byłam wtedy małą dziewczynką. Od tamtego czasu wiele razy cię odwiedzałam. Nie pamiętasz?
– Chyba tak. Ostatnio nie przychodzisz często. Najlepiej pamiętam, jak krzyczał na ciebie twój ojciec, gdy cię tutaj zastał. Nazwał mnie “nikczemnym wrakiem” i “najbardziej pechową istotą ze wszystkich, jakie zna”.
– Tak – odparła nieco zawstydzona dziewczyna. – Ja również świetnie to pamiętam.
– Prawdopodobnie nie tak wyraźnie jak ja. Ale pewnie ty masz w głowie więcej różnych wspomnień. – Dodał rozdrażniony: – Nie gromadzi ich wszakże ktoś, kto leży na plaży.
– Jestem pewna, że w swoim czasie przeżyłeś mnóstwo wspaniałych przygód – stwierdziła Althea.
– Może i tak. Byłoby miło pamiętać chociaż niektóre z nich. Usłyszał, że dziewczyna podchodzi bliżej. Jej głos dobiegał teraz ze skał na plaży.
– Rozmawialiśmy kiedyś o twoich przygodach. Gdy byłam małą dziewczynką i przychodziłam tutaj, opowiedziałeś mi wszystko, co zapamiętałeś.
– Większość z nich to pewnie kłamstwa, zresztą nie pamiętam. Może kiedyś pamiętałem, teraz już nie. Czuję się coraz gorzej. Brashen sądzi, że powodem może być zaginięcie mojego dziennika pokładowego. Twierdzi, że ostatnio potrafię sobie coraz mniej przypomnieć.
– Brashen? – spytała bardzo zaskoczona dziewczyna.
– Inny przyjaciel – odparł niedbale “Paragon”. Jej reakcja rozśmieszyła go. Czasami ludzie są tacy irytujący. Każdy z nich oczekuje, że na jego widok będzie się strasznie cieszył, jak gdyby nie znał nikogo poza nim. Wprawdzie rzeczywiście miał tylko dwoje przyjaciół, uważał jednak, że nie powinni być tak w sobie zadufani i brać pod uwagę, że nawet taki wrak jak “Paragon” może mieć innych przyjaciół.
– Och! – mruknęła Althea, a po chwili dodała: – Znam go dobrze. Służył na statku mojego ojca.
– Ach, tak. Hm… “Vivacia”. Co u niej? Czy została już ożywiona?
– Tak. Dokładnie przed dwoma dniami.
– Naprawdę? Co tu w takim razie robisz? Powinnaś być chyba raczej ze swoim statkiem. – Wiedział już wszystko od Brashena, lecz namawiając dziewczynę na rozmowę odczuwał dziwną przyjemność.
– Gdybym mogła, pewnie rzeczywiście bym tam była – przyznała niechętnie. – Bardzo za nią tęsknię. Jest mi teraz szczególnie potrzebna.
Jej szczerość zaskoczyła “Paragona”, dotąd bowiem sądził, że ludzie to istoty, które tylko sprawiają ból. Mogli też swobodnie się poruszać i zakończyć swoje życie, kiedy tylko chcieli. Trudno mu było uwierzyć, że człowiek potrafi odczuwać tak wielkie cierpienie, jak sugerował głos Althei. Na chwilę z labiryntu jego pamięci wyłonił się obraz tęskniącego za domem chłopca, który szlochał na koi. Galion szybko odrzucił to wspomnienie.
– Opowiedz mi o tym – zaproponował Althei. Właściwie nie miał ochoty słuchać o czyichś smutkach, ale w ten sposób przynajmniej nie myślał o swoich.
Zdziwił się, kiedy spełniła jego prośbę. Mówiła długo i o wszystkim. Zaczęła od tego, jak Kyle Haven zdradził zaufanie jej rodziny, skończyła opowiadając o własnym, niedoskonałym żalu za ojcem. Gdy mu się zwierzała, “Paragon” czuł, jak słabnie ciepło popołudnia i nadchodzi chłód nocy.
W pewnym momencie dziewczyna zeszła ze skały, podeszła do statku i oparła się o srebrne drewno jego kadłuba. “Paragon” sądził, że nie zrobiła tego z zimna, lecz z pragnienia bliskości. Najwyraźniej chciała dzielić z nim słowa i uczucia; odniósł wrażenie, że są rodziną. Czy wiedziała, że traktuje go jak własny żywostatek? Po chwili namysłu uznał, że prawdopodobnie nie zdawała sobie z tego sprawy. Pewnie po prostu przypomniał jej o “Vivacii”, więc przelała przeznaczone dla niej uczucia na niego. I tyle. To nie on miał zostać obdarzony czułością.