Nic nie było dla niego przeznaczone.
Pamiętał o tym, toteż nie zdenerwował się, kiedy po krótkim milczeniu Althea powiedziała:
– Nie mam się gdzie zatrzymać dziś wieczorem. Mogę spać na twoim pokładzie?
– Prawdopodobnie jest tam okropny bałagan – ostrzegł ją. – Kadłub mam wprawdzie wystarczająco mocny, lecz niewiele mogę poradzić na wody burzowe, wszędobylski piasek, a i plażowe wszy wcisną się wszędzie.
– “Paragonie”, proszę, pozwól mi, nie dbam o wygody. Jestem przekonana, że znajdę sobie suchy kąt, gdzie się zwinę w kłębek.
– No więc dobrze – zgodził się. Następnie dodał z uśmiechem:
– O ile nie masz nic przeciwko podzieleniu się powierzchnią z Brashenem. Wraca tutaj co noc.
– Naprawdę? – spytała wstrząśnięta i skonsternowana.
– Przychodzi tu i zostaje na noc podczas niemal każdej bytności w porcie. Zawsze zaczyna się tak samo. Pierwszej nocy przyszedł późno, był pijany, nie miał ochoty płacić komuś za kilka godzin snu. Tutaj czuje się bezpiecznie. Zawsze opowiada mi o swoich planach. Mówi, że od następnego dnia zacznie oszczędzać i zmieni tryb życia.
– “Paragon” przerwał, delektując się milczeniem zaszokowanej dziewczyny. – Oczywiście, nie dotrzymuje obietnicy. Co noc wraca tu chwiejnym krokiem, z coraz lżejszą sakiewką, aż wreszcie wyda wszystko. A kiedy nie ma już pieniędzy na alkohol, zostaje ze mną. Mieszka tu do swego następnego rejsu.
– “Paragonie” – powiedziała łagodnie Althea. – Brashen pracował na “Vivacii” przez wiele lat. Wydaje mi się, że kiedy cumowaliśmy w Mieście Wolnego Handlu, zawsze spał na jej pokładzie.
– No cóż, może i tak, ale przedtem… Przedtem i teraz. – Mimo woli wypowiedział swoją następną myśl głośno: – Dla ślepej i samotnej istoty czas biegnie inaczej.
– Zapewne masz rację. – Dziewczyna odchyliła głowę i głęboko westchnęła. – No cóż, wejdę zatem i zanim zrobi się zupełnie ciemno, poszukam sobie miejsca do spania.
– Zanim zrobi się zupełnie ciemno – powtórzył powoli “Paragon”. – Aha, więc nie jest jeszcze ciemno?
– Nie. Wiesz przecież, jak długo zapada latem zmierzch. Wewnątrz zapewne jest mroczno jak w worku, więc nie denerwuj się, jeśli usłyszysz, że na coś wpadłam. – Skrępowana przerwała, potem podeszła, stanęła przed nim i z łatwością dosięgnęła ręki pochylonego galionu. Poklepała jego dłoń, później ją uścisnęła. – Dobranoc, “Paragonie”. I dziękuję.
– Dobranoc – odparł. – Och. Brashen śpi w kwaterze kapitańskiej.
– Rozumiem. Dziękuję.
Niezgrabnie wspięła się na burtę statku. “Paragon” usłyszał szelest jej spódnicy. Najwyraźniej strój utrudniał Althei drogę po ukośnym pokładzie, w końcu jednak dotarła do ładowni. Pamiętał, że jako dziewczynka była zwinniejsza. Prawie codziennie go odwiedzała. Jej dom znajdował się gdzieś na stoku ponad plażą; mówiła, że idąc do niego, musi przejść przez las za budynkiem, potem zejść po klifie. Tamtego lata poznała go dobrze, w kajutach i wokół statku bawiła się we wszystkie możliwe gry, udawała, że “Paragon” jest jej żaglowcem, a ona jego kapitanem. Trwało to przez jakiś czas, aż o wszystkim dowiedział się ojciec. Przyszedł tu za nią któregoś dnia, a kiedy zobaczył, jak córka rozmawia z przeklętym statkiem, solidnie skrzyczał oboje, po czym (z rózgą w ręku) zapędził Altheę do domu. Później nie przychodziła przez długi czas. Kiedy wreszcie zaczęła go odwiedzać, były to krótkie wizyty o wczesnym świcie albo wieczorem. Jednak w ciągu tamtego lata świetnie go poznała.
Najwidoczniej nadal pamiętała rozkład jego pomieszczeń, ponieważ czuł, że bez trudu posuwa się po korytarzach, najwyraźniej zmierzając do części rufowej, gdzie kiedyś załoga zawieszała swoje hamaki. “Paragon” zdziwił się, że dziewczyna swoim przybyciem przywołała tak wiele wspomnień… Crenshaw miał rude włosy i zawsze narzekał na jedzenie. Umarł. Topór, który zakończył jego życie, pozostawił też głęboką skazę w deskach “Paragona”. Krew chłopaka poplamiła drewno…
Althea zwinęła się w kłębek przy grodzi. Statek uświadomił sobie, że dziewczyna zmarznie dzisiejszej nocy. Kadłub był wprawdzie mocny, ale wilgoć wciskała się wszędzie. “Paragon” wyczuwał ciało Althei, nieruchome i maleńkie w stosunku do jego… Nie spała, oczy miała prawdopodobnie otwarte i zapewne wpatrywała się w mrok.
Minęło trochę czasu. Może minuta, może spora część nocy. Trudno powiedzieć. Po plaży szedł Brashen. “Paragon” znał odgłos jego kroków i pijackie szemranie. Dziś głos przyjaciela był ponury ze zmartwienia i statek osądził, że młodzieńcowi kończą się pieniądze. Jutro zacznie się skarżyć na swoją lekkomyślność, a później odejdzie i wyda resztę. Potem znowu wypłynie w morze.
“Paragon” tęsknił za Brashenem. Posiadanie towarzystwa było interesujące i ekscytujące, choć także kłopotliwe i niepokojące. Obecność chłopaka i dziewczyny skłaniała statek do myślenia o rzeczach, których nie powinien rozpamiętywać.
– “Paragonie” – pozdrowił go Brashen z bliskiej odległości. – Proszę o pozwolenie wejścia na pokład.
– Zezwalam. Althea Vestrit jest tutaj.
Zapadło milczenie. “Paragon” niemal widział, jak Brashen wytrzeszcza na niego oczy.
– Szukała mnie? – spytał wreszcie niskim głosem.
– Nie ciebie. Mnie. – Odpowiedź sprawiła “Paragonowi” przyjemność. – Rodzina ją wyrzuciła i nie miała się gdzie podziać, więc przyszła tutaj.
– Ach tak. – Kolejna pauza. – Nie jestem zaskoczony. No cóż, im szybciej dziewczyna się podda i wróci do domu, tym mądrzejszą podejmie decyzję. Chociaż pewnie dojdzie do takiego wniosku dopiero po dłuższym zastanowieniu. – Brashen ziewnął potężnie. – Czy Althea wie, że mieszkam na pokładzie? – Ostrożne pytanie, niemal z błaganiem o negatywną odpowiedź.
– Oczywiście, że tak – odparł gładko “Paragon”. – Powiedziałem jej, że wybrałeś kajutę kapitańską i że musi sobie poszukać innego miejsca.
– Aha. No cóż, to miło z twojej strony. Naprawdę miło. Dobranoc, zatem. Ledwie się trzymam na nogach.
– Dobrej nocy, Brashenie. Śpij słodko.
W kilka chwil później młodzieniec znalazł się w kwaterach kapitańskich. W następnej minucie “Paragon” poczuł, że Althea się podnosi. Próbowała się zachowywać cicho, ale wrażliwe uszy statku odbierały nawet najdelikatniejsze odgłosy. Kiedy w końcu dotarła do drzwi kajuty, w której Brashen rozwiesił hamak, zatrzymała się, potem bardzo lekko zastukała.
– Brash? – spytała spokojnie.
– Co? – odparł ochoczo. Nie spał, nawet nie starał się zasnąć. Czyżby czekał na dziewczynę? Skąd mógł wiedzieć, że Althea do niego przyjdzie?
Dziewczyna głęboko zaczerpnęła oddechu.
– Mogę z tobą porozmawiać?
– A zdołam cię powstrzymać? – rzucił gderliwie. Najwyraźniej była to dla Althei swojska odpowiedź, ponieważ jej nie zaskoczyła. Dziewczyna położyła rękę na kulce, nie otworzyła wszakże drzwi.
– Masz latarnię lub świecę? – spytała.
– Nie. Czy o tym chciałaś rozmawiać? – Jego ton wydał się “Paragonowi” bardziej szorstki.
– Nie. Po prostu lubię widzieć, do kogo mówię.
– Po co? Wiesz, jak wyglądam.
– Kiedy jesteś pijany, bywasz niemożliwy.
– Tylko gdy jestem pijany. Ty natomiast jesteś niemożliwa przez cały czas.
Althea posmutniała.
– Nie wiem, po co w ogóle się do ciebie odzywam.
– No to jest nas już dwoje – mruknął Brashen, jak gdyby do siebie.
“Paragon” nagle się zastanowił, czy para zdaje sobie sprawę z tego, jak wyraźnie słyszał każde ich słowo i ruch. Czy wiedzieli, że statek stanowi ich niewidoczną widownię? A może sądzili, że są sami? Brashen chyba powinien przynajmniej coś podejrzewać.
Althea westchnęła ciężko, potem pochyliła głowę na obite boazerią drzwi.
– Nie ma nikogo innego, z kim mogłabym pomówić. A naprawdę potrzebuję rozmowy. No, mogę wejść? Nienawidzę gadać przez drzwi.