Выбрать главу

– Nie są zamknięte – odparł niechętnie, nie ruszając się z hamaka.

W ciemnościach Althea pchnęła drzwi. Przez moment stała niepewnie w progu, potem weszła po omacku i podeszła do ściany. Starała się nie upaść na pochyłym pokładzie.

– Gdzie jesteś?

– Tu, w hamaku. Lepiej usiądź, zanim się przewrócisz.

Na tym stwierdzeniu skończyła się jego uprzejmość. Dziewczyna usiadła. Stopy wbiła w pochyłą podłogę, plecami oparła się o grodź. Wzięła głęboki wdech i zaczęła:

– Brashenie, w ostatnich dwóch dniach legło w gruzach całe moje dotychczasowe życie. Nie wiem, co zrobić.

– Idź do domu – rzucił bez sympatii. – Wiesz, że w końcu musisz tam wrócić. Im dłużej to odkładasz, tym trudniej ci będzie podjąć decyzję. Więc podejmij ją teraz.

– Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Zresztą, powinieneś mnie zrozumieć. Sam nie wróciłeś do domu.

Brashen parsknął krótkim, gorzkim śmiechem.

– Doprawdy? Wyobraź sobie, że spróbowałem i mnie nie przyjęli, ponieważ zbyt długo czekałem. Wiesz zatem, że dobrze ci radzę. Wróć do domu, póki jeszcze możesz, póki dla odzyskania domowego łóżka i wiktu wystarczy chwila pokory i przeprosiny. Jeśli będziesz za długo zwlekała, przyjdzie im do głowy słowo “hańba”, później przyzwyczają się do życia bez rodzinnej wichrzycielki i nie wpuszczą cię pod swój dach, niezależnie od tego, jak bardzo będziesz błagała i poniżała się.

Althea milczała przez długi czas.

– Naprawdę ci się to przydarzyło? – spytała w końcu.

– Nie. Wymyślam sobie na poczekaniu – odrzekł cierpko.

– Przykro mi – stwierdziła po dłuższej chwili, po czym śmielej kontynuowała: – Niestety, nie mogę wrócić. Przynajmniej póki Kyle nie wypłynie z portu. A potem, jeśli wrócę, to tylko po rzeczy.

Brashen poruszył się w hamaku.

– Mówisz o sukienkach i błyskotkach? O drogocennych pamiątkach z dzieciństwa? O swojej ulubionej poduszce?

– I o mojej biżuterii. Jeśli zajdzie potrzeba, będę ją mogła spieniężyć.

Znowu poruszył się niespokojnie.

– Po co ci to wszystko? Szybko odkryjesz, że i tak nie możesz ciągnąć za sobą całego majdanu. A co do biżuterii, wyobraź sobie, że już ją zabrałaś, z bólem sprzedałaś kawałek po kawałku, pieniądze wydałaś i teraz znowu musisz sobie poradzić sama. Oszczędzisz w ten sposób czas, a twoje dziedzictwo zostanie w rodzinnym domu. Chyba że Kyle już nim rozporządził…

Milczenie, które nastąpiło po gorzkim stwierdzeniu młodzieńca, było mroczniejsze niż bezgwiezdna ciemność, w którą wpatrywał się “Paragon”. Kiedy Althea ponownie się odezwała, w jej głosie dźwięczała twarda determinacja.

– Wiem, że masz rację. Muszę coś postanowić i to jak najszybciej. Znaleźć sobie pracę. Znam się jedynie na żeglarstwie. Zresztą tylko w ten sposób mogę wrócić na pokład “Vivacii”. Ale nikt mnie nie zatrudni w takim stroju…

Brashen prychnął z pogardą.

– Staw czoło prawdzie, Altheo. Nikt cię nie zatrudni, niezależnie od twojego stroju. Zbyt dużo świadczy przeciwko tobie. Jesteś kobietą, córką Ephrona Vestrita, a Kyle Haven wścieknie się na każdego, kto cię przyjmie.

– Dlaczego fakt, że jestem córką Ephrona Vestrita, miałby stanowić przeszkodę w zatrudnieniu mnie? – spytała dziewczyna piskliwie. – Mój ojciec był dobrym człowiekiem.

– Tak, to prawda, nawet bardzo dobrym. – Na chwilę ton Brashena złagodniał. – Musisz się jednak nauczyć, że nie jest łatwo przestać być kupiecką córką. Nawet synem… Z zewnątrz grupa Pierwszych Kupców z Miasta Wolnego Handlu wygląda na zgodne przymierze. Ale my, ty i ja pochodzimy z samego środka i fakt ten obraca się przeciwko nam. Widzisz, jesteś przedstawicielką Vestritów. Wiedz zatem, że niektóre rodziny prowadzą z wami handel, inne jednak z wami konkurują. Jak wszyscy, macie sojuszników i przeciwników, chociaż zapewne niewielu jawnych wrogów… Kiedy pójdziesz szukać pracy, przydarzy ci się to, co mnie. “Brashen Treli? Ach, syn Kelfa Trella? Hm, a dlaczego nie pracujesz dla swojej rodziny, chłopcze? Poróżniłeś się z nimi? Widzisz, jeśli cię zatrudnię, opowiem się przeciwko twemu ojcu, a nie chcę tego, sam rozumiesz”. Zresztą nie wszyscy mówili to szczerze, większość patrzyła na mnie i odsyłała mnie. “Wróć za cztery dni”, oświadczali, a gdy wracałem, już ich nie było w porcie. Przeciwnicy twojej rodziny również cię nie zatrudnią, ponieważ nie lubią nikogo, kto nosi twoje nazwisko.

Brashen stopniowo mówił coraz głębszym głosem, coraz ciszej i wolniej. “Paragon” sądził, że przyjacielowi zachciało się spać, jak zwykle o tej porze. Prawdopodobnie młodzieniec zapominał o obecności Althei. Statek znał na pamięć długą listę krzywd, wyrządzonych młodemu Trellowi i niesprawiedliwości, które przecierpiał. Wiele razy też słyszał, jak Brashen denerwował się, nazywając siebie bezwartościowym głupcem.

– Więc jak przeżyłeś? – spytała oburzona Althea.

– Udałem się tam, gdzie moje nazwisko nie miało żadnego znaczenia. Zaciągnąłem się na chalcedzki statek, którego kapitan nie dbał o to, kim jestem, póki pracowałem ciężko i zgadzałem się na kiepską wypłatę. To był najnędzniejszy zespół zgniłych drani, z jakimi kiedykolwiek pływałem. Żadnej litości dla dzieciaka. Nie, nie oni. Uciekłem z tego statku w pierwszym porcie, do którego wpłynęliśmy. Wypłynąłem jeszcze tego samego dnia na innym żaglowcu. Okazał się niewiele lepszy, a jednak. Potem nas… – Brashen urwał i przez jakiś czas “Paragon” sądził, że zasnął. Usłyszał, jak Althea wierci się, próbując znaleźć wygodną pozycję na pochyłym pokładzie. -…Gdy wróciłem do Miasta Wolnego Handlu, byłem już doświadczonym marynarzem. Tak, byłem zahartowany, ale znowu spotkało mnie to samo. Chłopak Trella? Syn Trella? Pomyślałem, że mam tego dość, poszedłem więc do ojca. Starałem się naprawić nasze stosunki. Sądziłem, że będzie poruszony moimi sukcesami, ale niestety nie zrobiły na nim wrażenia. Rany! Obszedłem wszystkie statki w porcie. Wszystkie. Nikt nie chciał zatrudnić syna Kelfa Trella. Wreszcie zobaczyłem “Vivacię”. Nasunąłem chustkę nisko na czoło, wbiłem wzrok w pokład i spytałem o uczciwą pracę dla uczciwego marynarza. Twój ojciec odparł, że mnie wypróbuje. Powiedział, że potrzebuje uczciwego człowieka… Byłem pewien, że mnie nie rozpoznał i że jeśli podam mu swoje imię, odrzuci mnie, mimo to przedstawiłem się. Po prostu podniosłem na niego oczy i powiedziałem: “Nazywam się Brashen Treli. Mój ojciec to Kelf Treli”. A Ephron Vestrit mruknął tylko: “To nawet o minutę nie skróci ani nie wydłuży twojej wachty, żeglarzu”. I wiesz? Rzeczywiście tak było.

– Chalcedczycy nie zatrudniają kobiet – odparła głucho Althea. “Paragon” zastanowił się, jak duża część opowieści Brashena w ogóle do niej dotarła.

– Nie jako marynarzy – zgodził się Brashen. – Uważają, że kobieta na pokładzie przyciąga węże. Ponieważ kobiety krwawią, sama wiesz. Tak mawia wielu żeglarzy.

– To głupie – zaprotestowała oburzona.

– Tak. Wielu żeglarzy to głupcy. Popatrz na nas. – Roześmiał się z własnego dowcipu. Dziewczyna zachowała powagę.

– W Mieście Wolnego Handlu istnieją żeglarki. Ktoś mnie zatrudni.

– Może, ale nie będzie tak, jak się tego spodziewasz – rzucił Brashen szorstko. – Rzeczywiście są tu żeglarki, lecz wiele widywanych w dokach dziewcząt i kobiet pracuje na rodzinnych statkach wraz z ojcami i braćmi, którzy w razie potrzeby ochronią je. Jeśli zdecydujesz się popłynąć sama, od razu wybierz towarzysza rejsu, z którym będziesz spędzać noce. Jeśli dobrze trafisz, wybrańcy okażą się zaborczy i nie dopuszczą do ciebie pozostałych członków załogi. Jeśli trafisz źle, zanim dotrzesz do następnego portu, z twoich usług skorzystają wszyscy. Większość oficerów i kapitan dla świętego spokoju przymkną oko na to, co się będzie działo na pokładzie. Może nawet sami zażądają twoich usług. – Przerwał, potem dodał zrzędliwie: – Zresztą wiesz o tym wszystkim. Musisz o tym wiedzieć, przecież dorastałaś wśród marynarzy. Po co w ogóle rozważasz tę możliwość?

Poczuła gniew. Miała ochotę krzyczeć, że w to nie wierzy albo pytać, dlaczego mężczyźni to takie świnie. Wiedziała jednak, że jej rozmówca mówi prawdę, a jego pytanie jest retoryczne.