Выбрать главу

Długi czas panowało milczenie, wreszcie Altheę opuścił gniew.

– Co więc mam zrobić? – spytała nieszczęśliwa. Paragonowi wydawało się, że wcale nie pyta Brashena, ten wszakże jej odpowiedział.

– Znajdź sposób, by się ponownie narodzić jako chłopak. Najlepiej niech się nie nazywa Vestrit. – Poruszył się w hamaku i zrobił długi wdech. Odgłos przeszedł w zgrzytliwe chrapanie.

Siedząca w kącie dziewczyna westchnęła. Oparła głowę o twarde drewno grodzi. Przez jakiś czas tak trwała, nieruchoma i milcząca.

* * *

Żaglowiec przewożący niewolników stanowił ciemniejszą sylwetkę na tle nocnego nieba. Jeśli ktoś z załogi podejrzewał pościg, nie zareagował w żaden widoczny z daleka sposób. Statek płynął pod pełnym żaglem, lecz bystrooki Kennit nie dostrzegł na pokładzie ani nagłego ożywienia, ani prób zwiększenia prędkości. Noc była idealna do żeglugi, wiał łagodny, jednostajny wietrzyk, fale pchały żaglowce naprzód.

– Przed świtem znajdziemy się na jego pokładzie – powiedział cicho do Sorcora.

– Tak, tak – wydyszał mat. Jego głos zdradzał daleko większe podniecenie niż odczuwał Kennit. Ponad ramieniem kapitana Sorcor rzucił do sternika: – Trzymaj “Mariettę” blisko brzegu. Pieść ją jak swoją babcię. Jeśli ich majtek z bocianiego gniazda przypadkiem spojrzy w naszą stronę, nie chcę, by nas zobaczył na otwartej wodzie. – Do chłopca pokładowego syknął: – Pod pokład. Przekaż wszystkim. Niech się nie ruszają bez rozkazu i milczą. Pogasić jak najwięcej świateł. Idź od razu, byle cicho.

– Obok jego rufy widzę parę węży – zauważył Kennit.

– Przyciągają je wyrzucane za burtę ciała – wyjaśnił cierpko mat. – Trupy i niewolnicy za bardzo chorzy, by warto marnować dla nich jedzenie. Węże podpływają także do burt.

– A jeśli odwrócą się i zaatakują nas podczas bitwy? – spytał kapitan. – Co wtedy?

– Nie zrobią tego – zapewnił go Sorcor. – Te stwory uczą się szybko. Pozwolą nam się pozabijać, bowiem dobrze wiedzą, że dostanie im się niezła ilość trupów.

– A potem? Mat uśmiechnął się dziko.

– Jeśli zwyciężymy, tak się najedzą ciałami marynarzy ze statku niewolniczego, że nie będą w stanie za nami nadążyć. Jeżeli natomiast przegramy… – Wzruszył ramionami. -…Wówczas węże nie będą nas obchodziły.

Kennit oparł się o reling, zasmucony i milczący. Kilka godzin wcześniej gonili “Złotego Cielca” – ładny i bogaty, lecz dość stary i z pozoru powolny żywostatek, niemal równie głęboki jak wysoki. Piracki kapitan zamierzał zaatakować go z zaskoczenia. Jego załoga uwijała się przy takielunku i żaglach, a jednak żywostatek był szybszy, jak gdyby pchał go jakiś tajemniczy wiatr. Sorcor stał nie odzywając się u boku Kennita, który na początku milczał i nie dowierzał, potem wybuchnął gniewem. Kiedy “Złoty Cielec” opłynął Wyspę Bezsilnych, złapał pomyślny prąd i błyskawicznie zniknął im z widoku, Sorcor ośmielił się zauważyć:

“W rywalizacji z czarodrzewem martwe drewno nie ma szans. Przed tamtym nawet fale się rozstępują”.

“A niech cię szlag trafi!”, krzyknął zawzięcie kapitan.

“Jest to całkiem prawdopodobnie, panie”, mruknął niezmieszany Sorcor i pewnie już się rozglądał i węszył za statkiem przewożącym niewolników.

Mat Kennita miał piekielne szczęście, ponieważ niemal natychmiast dostrzegł typowy chalcedzki statek niewolniczy. “Fortuna” była szeroka i głęboka, dzięki czemu jej ładownie mieściły ogromną liczbę więźniów. Piracki kapitan nigdy nie widział, by Sorcor z taką pożądliwością dyrygował pościgiem, a później tak starannie podchodził przeciwnika. Nawet wiatr pomagał “Marietcie” i tuż przed świtem mat rozkazał abordaż. Na początek piraci przygotowali balistę, załadowali ją kulą łańcuchowo-hakową i wycelowali w osprzęt “Fortuny”, by ją nieco uszkodzić, a równocześnie sczepić ze sobą dwa statki. Ten sposób walki wymyślił ostatnio Sorcor i Kennit traktował go z pewnym sceptycyzmem.

– Wprowadzisz załogę na pokład, panie? – spytał mat, gdy ze zdobytego statku rozległy się odgłosy alarmu na widok “Marietty”.

– Och, chyba tobie pozostawię ten zaszczyt – oświadczył cierpko Kennit, po czym pochylił się leniwie nad relingiem, oddając tym samym zarówno pogoń, jak i samą bitwę całkowicie w ręce Sorcora. Jeśli mata skonsternował brak entuzjazmu kapitana, niczego nie dał po sobie poznać. Skoczył na równe nogi i zaczął wykrzykiwać rozkazy do zgromadzonych na pokładzie piratów, którzy najwyraźniej podzielali jego bitewny zapał, ponieważ z ochotą go słuchali. Na maszty wciągnięto dodatkowe żagle i nocny wiatr popchnął “Mariettę” naprzód. Kennit cieszył się z pomyślnego wiatru, dzięki niemu bowiem nie czuł smrodu niewolniczego statku.

Odczuwał niemal obojętność, gdy podpłynęli do ściganej “Fortuny”. W rozpaczliwej próbie ucieczki na statku postawiono żagle, zaroiło się od marynarzy, którzy kręcili się jak zaniepokojone mrówki. Uradowany Sorcor rzucił siarczyste przekleństwo i polecił odpalić balistę. Kennit uważał, że jego mat działa zbyt szybko, jednak po chwili poszybowały w powietrze dwie ciężkie kule połączone grubym łańcuchem wyposażonym na całej długości w haki i ostrza. Przez chwilę wznosiły się, po czym uderzyły w żagle i olinowanie “Fortuny”, rozdzierając płótno i plącząc liny, wreszcie upadły z łoskotem na pokład. Kule przygniotły kilku marynarzy, innych odrzut wyrzucił za burtę. Rozległy się krzyki, które nagle ucichły, gdy Sorcor po raz kolejny rozkazał wystrzelić z balisty. Tym razem pociski narobiły znacznie niniejszych szkód, lecz znękana załoga niewolniczego handlowca była teraz zbyt zajęta wypatrywaniem kolejnych pocisków, by skutecznie poprawiać ocalałe żagle i takielunek; uszkodzone płótno i zerwane olinowanie przeszkadzały w pracy pozostałych żagli. Widząc, że na pokładzie przeciwnika zapanował kompletny chaos, mat Kennita postanowił sprawdzić siłę zaczepionych o deski haków. Piraci zaczęli ciągnąć liny.

Kapitan nadal pozostawał bezstronnym obserwatorem. Patrzył, jak nieszczęsny przeciwnik się zbliża. Kiedy wschodni horyzont zaróżowił świt, Sorcor i jego ludzie przeskoczyli na pokład “Fortuny”, krzycząc i wyjąc z żądzy mordu. Kennit podniósł nadgarstek do nosa i oddychał w mankiet, aby nie czuć fetoru dochodzącego z niewolniczego statku. Pozostał na pokładzie “Marietty” z kilkoma piratami. Ci, którzy mu towarzyszyli, palili się do walki, ale ktoś musiał być na ich statku choćby dlatego, by odeprzeć ewentualny abordaż.

Kennit przypatrywał się rzezi na załodze “Fortuny”. Z pewnością marynarze statku niewolniczego nie spodziewali się ataku. Do tej pory piratów nie interesowali niewolnicy. Większość kapitanów, tak jak Kennit, wolała kosztowne, niepsujące się szybko towary, w dodatku nadające się do przewozu. Jedyny ładunek “Fortuny” stanowili skuci łańcuchami niewolnicy. Nawet gdyby piraci mieli ochotę przedsięwziąć nudną wyprawę na targ do Chalced, transport takiego ładunku wymagał bacznego oka i (ze względu na smród) mocnego żołądka. Żywy inwentarz trzeba pilnować, karmić, poić i zapewnić mu podstawową higienę. Sam statek mógł mieć pewną wartość, choć Kennit podejrzewał, że niezbyt wielką z powodu wszechobecnego fetoru, który przewracał mu żołądek.

Załoga niewolniczego statku dysponowała jedynie bronią niezbędną do utrzymania spokoju wśród więźniów i niczym więcej. Młody kapitan stwierdził, że członkowie załogi prawdopodobnie w ogóle nie mieli pojęcia o sposobach walki z silnymi i uzbrojonymi ludźmi, przypuszczał, że tak się przyzwyczaili do bicia i kopania skutych łańcuchami niewolników, że zapomnieli o istnieniu innego typu przeciwnika.

Kennit próbował początkowo przekonać Sorcora, że załoga i statek – nawet pozbawiony ładunku – mogły stanowić dla nich pewną wartość (myślał o okupie), mat wszakże twardo mu się sprzeciwił.

– Zabijemy załogę – oświadczył wyniośle – uwolnimy więźniów i sprzedamy statek. Niech nasz czyn będzie nauczką dla innych handlarzy niewolników.

Kapitan zaczynał żałować, że dał Sorcorowi do zrozumienia, iż uważa go za człowieka równego sobie, mat stawał się bowiem coraz bardziej wymagający i najwyraźniej nie pojmował, jak odpychające wydaje się jemu takie zachowanie. Kennit zmrużył oczy, ponieważ uświadomił sobie, że jego piraci są zafascynowani słowami Sorcora, chociaż wątpił, czy podzielali jego wzniosły cel, to znaczy zniesienie niewolnictwa; raczej przyjemność sprawiała im sama rzeź. Pokiwał głową, patrząc, jak dwaj z jego najbardziej zasłużonych ludzi podnoszą żywego jeszcze marynarza i rzucają go za burtę, w otwartą paszczę czekającego węża. Tak, tak, właśnie za tym bestialskim rozlewem krwi tęsknili. Może trzymał ich ostatnio zbyt ostro, nie pozwalając zabijać jeńców, jeśli tylko byli skłonni zapłacić okup. Uprzytomnił sobie, że później będzie musiał dokładnie rozważyć tę kwestię. Należy się uczyć od wszystkich, nawet od Sorcora. Cóż, każdego psa trzeba co jakiś czas spuścić ze smyczy. Członkowie załogi nie powinni wszakże sądzić, że tylko Sorcor potrafi im dostarczyć takiej “rozrywki”.