Выбрать главу

Mimo wyraźnego podenerwowania Diana Bishop trzymała się prosto, nie pochylając mocnych ramion. Być może nie da się zastraszyć tak łatwo, jak się tego spodziewał. Wskazywało na to również jej zachowanie w bibliotece. Patrzyła mu prosto w oczy bez cienia strachu, jaki Matthew dostrzegał zawsze u osób, które nie były wampirami, a nawet u wielu wampirów. A przecież na strachu opierał swoje nadzieje.

Gdy skręciła na rogu, Matthew zaczął się skradać wzdłuż krzywizny mostka, aż dotarł do ściany New College. Cicho ześliznął się na dół. Znał układ uczelni i domyślał się, gdzie może mieszkać. Gdy ruszyła w górę po schodach, krył się już w wejściu położonym naprzeciwko jej klatki schodowej.

Wodził za nią spojrzeniem, gdy kręciła się po apartamencie, zapalając światła. Podeszła do okna w kuchni, otworzyła je szeroko i znikła. To oszczędzi mi wyłamywania okna czy majstrowania przy zamku w drzwiach, pomyślał.

Przekradł się przez otwartą przestrzeń i zaczął się wspinać po ścianie budynku. Jego stopy i dłonie znajdowały pewne oparcia i chwyty w szparach starej zaprawy murarskiej. Wykorzystał też miedzianą rynnę i mocne gałęzie winorośli. Z miejsca, do którego dotarł, odróżniał już charakterystyczny zapach czarownicy i słyszał szelest przewracanych kartek. Wyciągnął szyję, żeby zajrzeć do środka.

Diana Bishop czytała. Przyszło mu na myśl, że jej twarz wygląda inaczej, gdy kobieta jest odprężona. Robiła wrażenie, jakby skóra mocno opinała kości. Powoli pochyliła głowę i oparła ją na poduszkach, wzdychając cicho z wyczerpania. Niebawem jej regularny oddech powiedział mu, że śpi.

Prześliznął się wzdłuż ściany i przesunął stopy przez kuchenne okno czarownicy. Już od bardzo dawna nie zakradał się do mieszkania kobiety. Ale i w tamtych czasach robił to rzadko i zazwyczaj tylko wtedy, gdy znalazł się w szponach oczarowania. Tym razem powód był odmienny. Jednak gdyby ktoś go przyłapał, miałby dużo kłopotu z wyjaśnieniem, co go do tego popchnęło.

Chciał się upewnić, czy Ashmole 782 znajduje się nadal w posiadaniu doktor Bishop. Nie mógł dokładnie przeszukać jej stołu w bibliotece, ale krótkie spojrzenie powiedziało mu, że nie ma go wśród manuskryptów, jakie dzisiaj przeglądała. Mimo wszystko trudno było przyjąć, że czarownica z rodu Bishopów pozwoli, aby ta księga wyśliznęła się z jej rąk. Stąpając bezgłośnie, obszedł małe mieszkanie. Manuskryptu nie było w łazience ani w sypialni. Skradając się, przeszedł cicho obok sofy, na której spała.

Powieki czarownicy drżały, tak jakby oglądała film dostępny tylko jej oczom. Zacisnęła w pięść dłoń i co pewien czas wykonywała dziwne taneczne ruchy nogami. Ale na jej twarzy malowała się pogoda, niezakłócona tym, czemu oddawała się reszta jej ciała.

Coś się tu nie zgadzało. Wyczuł to już w pierwszej chwili, gdy zobaczył tę Bishop w bibliotece. Wampir skrzyżował ręce i zaczął się jej przyglądać, wciąż jednak nie mógł dojść, co to mogło być. Ta czarownica nie pachniała jak inne – lulkiem czarnym, siarką i szałwią. Ona coś ukrywa, pomyślał. Coś więcej niż tylko zaginiony manuskrypt.

Odwrócił się i rozejrzał za stołem, który służył czarownicy za biurko. Łatwo go było odróżnić – był zawalony książkami i papierami. Było to miejsce, na którym najprawdopodobniej mogła położyć wyniesiony ukradkiem manuskrypt. Zrobił krok w jego stronę i stanął jak wryty, wyczuwając elektryczność.

Z ciała Diany, z zakamarków i porów jej skóry sączyło się światło. Było niebieskawe, ale o tak bladym odcieniu, że przechodziło niemal w biel. Utworzyło najpierw obłoczek podobny do całunu, który na kilka chwil okrył ją całą. Przez moment wydawało się, że jej ciało lśni. Matthew pokręcił z niedowierzaniem głową. Już od stuleci nie oglądał czarownicy, która emanowałaby tego rodzaju promieniowaniem.

Ale wampir miał na głowie inne, pilniejsze sprawy, toteż wrócił do poszukiwania manuskryptu, przerzucając pospiesznie przedmioty na stole. Zawiedziony przeczesał palcami włosy. Wszędzie unosił się zapach czarownicy, rozpraszając jego uwagę. Jego oczy skupiły się znowu na sofie. Spoczywająca na niej kobieta kręciła się, unosząc kolana do piersi. Jej ciało zaczęło znowu migotać, emanując światło, które po chwili znikło.

Matthew zmarszczył brwi zdziwiony niezgodnością między tym, co podsłuchał wczoraj wieczorem, a widokiem, jaki miał przed oczami. Dwie czarownice rozmawiały o manuskrypcie Ashmole 782 i czarownicy, która go zamówiła. Jedna z nich sugerowała, że amerykańska badaczka nie sięgnęła po swoje magiczne talenty. Ale Matthew zauważył te talenty w bibliotece, a teraz przyglądał się, jak emanują z niej z najbardziej oczywistą intensywnością. Podejrzewał, że wykorzystuje magię także w swojej pracy naukowej. Wielu ludzi, o których pisała, było jego przyjaciółmi – Cornelius Drebbel, Andreas Libavius, Isaac Newton. Doskonale uchwyciła ich niecodzienne rysy charakteru i obsesje. Bo i jak współczesna kobieta mogła zrozumieć ludzi, którzy żyli tak dawno temu, jeśli nie używali magii? Przemknęło mu przez głowę, czy ta pani doktor zdołałaby z taką samą niezrównaną dokładnością przeniknąć i zrozumieć także jego.

Zegar wybił trzecią, przyprawiając go o wzdrygnięcie. Poczuł suchość w gardle. Zdał sobie sprawę, że od kilku godzin stoi bez ruchu, przyglądając się śpiącej czarownicy, którą przenikały przypływy i odpływy zaklętych w niej mocy. Przez chwilę zastanawiał się, czyby nie zaspokoić jej krwią dręczącego go łaknienia. Jej smak mógł mu wyjawić miejsce ukrycia zaginionego woluminu i odkryć przed nim sekrety tej wiedźmy. Ale powstrzymał się od tego. Chciał położyć rękę na manuskrypcie Ashmole 782 i jedynie z tego powodu przeciągnął swoją wizytę u zagadkowej Diany Bishop.

Jeśli manuskryptu nie było w jej mieszkaniu, to musiał znajdować się nadal w bibliotece.

Wymknął się do kuchni, wyśliznął przez okno i rozpłynął w nocnym mroku.

ROZDZIAŁ 4

Obudziłam się cztery godziny później, leżąc na kołdrze i ściskając w dłoni komórkę. W jakimś momencie musiałam zrzucić prawy pantofel, kiedy moja stopa przesuwała się po krawędzi łóżka. Spojrzałam na zegarek i jęknęłam. Nie było czasu na codzienną wyprawę nad rzekę ani nawet na trucht.

Skracając poranne rytuały do minimum, wzięłam tylko prysznic i wypiłam filiżankę parzącej herbaty, susząc sobie włosy. Miały słomiany odcień blond i mimo przeciągania po nich szczotką ciągle były potargane. Jak większość czarownic miałam problem z uczesaniem opadających na ramiona splotów. Sarah przypisywała to tłumieniu magicznych mocy i twierdziła, że jeśli będę ich regularnie używać, na moich włosach przestaną się gromadzić ładunki statycznej elektryczności i staną się bardziej posłuszne.

Wyszczotkowałam zęby i wciągnęłam dżinsy, świeżą białą bluzkę i czarny żakiet. Ubranie to składało się na mój zwykły strój, dziś jednak nie było mi w nim wygodnie. Wydawało mi się, że mnie ogranicza, i czułam się w nim skrępowana. Obciągnęłam żakiet, żeby zobaczyć, czy nie dopasuje się lepiej do mojej sylwetki, ale nie można było oczekiwać zbyt wiele od czegoś, co miało nie najlepszy krój.

Spojrzałam w lustro, ujrzałam w nim wpatrującą się we mnie moją matkę. Nie pamiętałam już, od kiedy zaczęłam tak mocno ją przypominać. Może to się stało w college'u?

Nikt nie zwrócił na to uwagi, do chwili gdy – będąc studentką pierwszego roku – przyjechałam do domu w czasie przerwy na Święto Dziękczynienia. Od tego czasu stwierdzenie, że przypominam matkę, było zawsze pierwszą uwagą, jaką dzielili się ze mną ludzie, którzy znali Rebeccę Bishop.

Dzisiejsza kontrola w lustrze pokazała też, że mam bladą cerę od niewyspania. Na jej tle jeszcze wyraźniej widać było piegi, które odziedziczyłam po ojcu, a z powodu sinych kółek pod oczami one same wydawały się jaśniejsze niż zwykle. Zmęczenie wydłużyło mi też nos i wysunęło podbródek. Przyszedł mi na myśl nieskazitelny wygląd profesora Clairmonta i zadałam sobie pytanie, jak też on może wyglądać z samego rana. Doszłam do wniosku, że prawdopodobnie tak samo nienagannie, jak wczoraj wieczorem – po prostu nieludzko. Skrzywiłam się z niesmakiem.