– Pani Wilson, nic mi nie wiadomo o tym manuskrypcie, nie wiem też, co mogły z nim zrobić jakieś czarownice. Nie mam go zresztą – oświadczyłam pospiesznie na wypadek, gdyby także ona posądzała mnie o to, że go ukradłam.
– Proszę mi mówić: Agatho – zaproponowała, a potem skupiła wzrok na wzorze wykładziny pokrywającej podłogę. – Wiem, w tej chwili ma go biblioteka. Kazali ci go oddać?
Ma na myśli czarodziejów? Wampiry? Obsługę biblioteki? Przyjęłam najbardziej prawdopodobną możliwość.
– Kto? Czarodzieje? – spytałam szeptem.
Agatha kiwnęła potakująco głową, błądząc wzrokiem po sali.
– Nie, nie kazali. Kiedy skończyłam badanie manuskryptu, po prostu go zwróciłam, żeby odłożyli go na półkę.
– Ach, na półkę – stwierdziła Agatha z miną kogoś dobrze poinformowanego. – Wszyscy myślą, że biblioteka to zwykły budynek, ale to nieprawda.
Przypomniałam sobie znowu dziwny skurcz, jaki poczułam, gdy Sean położył manuskrypt na taśmie transportera.
– Biblioteka jest tym, czym chcą ją widzieć czarodzieje i czarownice – ciągnęła Agatha. – Ale ta książka nie należy do was. Czarownice i czarodzieje nie mają prawa decydować o tym, gdzie ma być przechowywana i kto ma ją oglądać.
– Co jest aż tak szczególnego w tym manuskrypcie?
– Ta księga tłumaczy, skąd się wzięliśmy – odparła Agatha z odcieniem desperacji w głosie. – Opowiada nasze dzieje, początek, środek, nawet koniec. My, demony, chcemy zrozumieć nasze miejsce w świecie. Potrzebujemy tego bardziej niż czarodzieje czy wampiry. – W wyrazie jej twarzy nie było już nic mętnego. Przypominała rozregulowany aparat fotograficzny, w którym ktoś wyostrzył w końcu soczewkę obiektywu.
– Znasz swoje miejsce w świecie – zaczęłam. – Są cztery rodzaje istot: zwykli ludzie, demony, wampiry i czarodzieje.
– Ale skąd te demony się biorą? Jak one powstają? Po co tu jesteśmy? – Rzuciła mi nagłe spojrzenie brązowych oczu. – A ty sama wiesz, skąd bierze się twoja moc? Wiesz to?
– Nie – szepnęłam, kręcą głową.
– Nikt tego nie wie – skwitowała w zamyśleniu Agatha. – Zastanawiamy się nad tym codziennie. Ludzie myśleli kiedyś, że demony były początkowo aniołami stróżami. Potem zaczęli uważać nas za bóstwa, istoty związane z Ziemią, ofiary naszych własnych namiętności. Nienawidzili nas, ponieważ byliśmy inni, porzucali nawet swoje dzieci, jeśli okazało się, że są demonami. Oskarżali nas o to, że potrafimy opętać ich dusze i sprowadzić na nich szaleństwo. Demony są błyskotliwe, ale my, w odróżnieniu od wampirów, nie jesteśmy szkodliwi – powiedziała to wyraźnie rozzłoszczonym głosem, choć ani na chwilę nie wyszła poza szept. – Nigdy nie przyprawiliśmy nikogo o obłąkanie. Jesteśmy ofiarami ludzkiego strachu i zawiści, jeszcze bardziej niż czarownice.
– Także czarownice mają swoje miejsce w złośliwych legendach, z którymi muszą walczyć – przypomniałam, mając na myśli polowania na czarownice i palenie na stosach.
– Czarownice rodzą się z czarownic. Wampiry tworzą inne nowe wampiry. Macie rodzinne historie i wspomnienia, którymi możecie się pocieszać, kiedy jesteście samotne albo zakłopotane. A my nie mamy nic oprócz legend, które opowiadają nam ludzie. Nic dziwnego, że tak wiele demonów załamuje się duchowo. Naszą jedyną nadzieją jest to, że pewnego dnia otrzemy się o inne demony i dowiemy, że jesteśmy do nich podobne. Mój syn był szczęśliwym chłopcem. Matka Nathaniela jest demonem, kobietą, która widuje znaki, i mogła ułatwić mu zrozumienie różnych rzeczy. – Odwróciła na chwilę wzrok, starając się odzyskać panowanie nad sobą. Kiedy spojrzała znowu na mnie, w jej oczach był smutek. – Być może ludzie mają słuszność. Może jesteśmy obłąkani. Miewam wizje, Diano. Widzę rzeczy, jakich nie powinnam oglądać.
Rzeczywiście, demony mogą być wizjonerami. Ale nie wiadomo, czy ich wizje są wiarogodne, tak jak wizje czarownic.
– Widzę w nich krew i strach. Widzę ciebie – ciągnęła. Jej wzrok znowu utracił ostrość. – Czasami widzę tego wampira. Od dawna pragnie położyć rękę na tej księdze. A zamiast niej znalazł ciebie. Kuriozalna sprawa.
– Dlaczego Matthew Clairmont miałby pożądać tej księgi?
Agatha wzruszyła ramionami.
– Wampiry i czarodzieje nie zwierzają się nam ze swoich myśli. Także ten twój wampir nigdy nie podzieli się z nami swoją wiedzą, chociaż lubi demony bardziej niż większość mu podobnych. W tych czasach jest tyle tajemnic i tylu mądrych ludzi. Jeśli nie zachowamy ostrożności, wszystko odkryją. Ludzie uwielbiają władzę. I tajemnice.
– To nie jest mój wampir – powiedziałam, czerwieniąc się.
– Jesteś tego pewna? – zapytała, wpatrując się w chromowany ekspres do kawy, tak jakby było to magiczne lustro.
– Tak – odparłam stanowczo.
– Mała książeczka może kryć wielką tajemnicę… tajemnicę, która mogłaby zmienić świat. Jesteś czarownicą. Wiesz, że słowa mają moc. A jeśli twój wampir pozna sekret, nie będzie cię już potrzebował. – W brązowych oczach Agathy pojawiło się wzruszenie i ciepło.
– Matthew Clairmont sam może zamówić ten manuskrypt, jeśli tak bardzo go pożąda. – Myśl, że mógłby to uczynić, wydała mi się nagle niewytłumaczalnie mrożąca.
– Gdyby znowu trafił do twoich rąk – powiedziała prędko, chwytając mnie za ramię – przyrzeknij mi, że będziesz pamiętać, że nie jesteście jedynymi, którzy chcą poznać jego sekrety. Sprawa dotyczy też demonów. Przyrzeknij mi to.
Pod dotknięciem jej ręki ogarnęła mnie fala strachu i nagle zdałam sobie sprawę z gorąca panującego w sali i tłoczących się w niej ludzi. Instynktownie rozejrzałam się za najbliższym wyjściem, starając się oddychać spokojnie. Nie wiedziałam, czy mam z nią walczyć, czy zerwać się i uciec.
– Przyrzekam – mruknęłam niezdecydowanie, niepewna, na co właściwie się godzę.
– To dobrze – przyznała w roztargnieniu, puszczając moją rękę. Jej wzrok odpłynął w bok. – Miło mi, że zechciałaś ze mną porozmawiać – dodała, wpatrując się znowu w wykładzinę podłogi. – Zobaczymy się jeszcze. Pamiętaj, niektóre przyrzeczenia znaczą więcej niż inne.
Odstawiłam mój spodek i kubek do szarego plastikowego pojemnika i wrzuciłam do niego torebkę po kanapce. Obejrzałam się przez ramię i zobaczyłam, że Agatha przegląda dział sportowy londyńskiej gazety pozostawionej przez historyka.
Wychodząc od Blackwella, nie dojrzałam nigdzie Miriam, ale czułam na sobie jej wzrok.
W czasie mojej nieobecności Selden End wypełnił się ludźmi, którzy byli zajęci własną pracą, zupełnie nieświadomi obecności istot tłoczących się wokół nich. Zazdroszcząc im ich niewiedzy, sięgnęłam po manuskrypt, postanawiając skupić się na nim. Ale po chwili uświadomiłam sobie, że ciągle wracam do rozmowy w kawiarni Blackwella i do wydarzeń z kilku ostatnich dni. Na pierwszy rzut oka ilustracje z Ashmole'a 782 zdawały się nie mieć nic wspólnego z tym, o czym, zdaniem Agathy Wilson, miała mówić ta książka. A jeśli Matthew Clairmont i demony są tak bardzo zainteresowane tym manuskryptem, to dlaczego same go nie zamówią?
Zamknęłam oczy, przywołując szczegóły z mojego zetknięcia się z tą księgą i próbując uporządkować wypadki tych paru dni. Opróżniłam mój umysł i wyobraziłam sobie, że mam przed oczami układankę na białym stoliku, której należało nadać barwne kształty. Ale bez względu na to, gdzie umieszczałam poszczególne fragmenty, nie powstawał z nich jasny obraz. Sfrustrowana odepchnęłam krzesło od stołu i ruszyłam w stronę wyjścia.
– Jakieś zamówienia? – spytał Sean, odbierając manuskrypty z moich rąk. Wręczyłam mu plik świeżo wypełnionych rewersów. Uśmiechnął się, widząc jego grubość, ale nie powiedział ani słowa.