Przed wyjściem musiałam zrobić dwie rzeczy. Pierwsza była sprawą zwykłej kurtuazji. Nie byłam pewna, jak tego dokonały, ale to wampiry uchroniły mnie przed istotami, których niekończący się strumień płynął przez Selden End. Czarownice i wampiry nie mają wielu okazji, żeby dziękować sobie za coś, ale Clairmont osłonił mnie dwa razy w ciągu dwóch dni. Postanowiłam nie okazywać niewdzięczności ani nie wzorować się na fanatycznej niechęci Sarah i jej przyjaciółek z sabatu w Madison.
– Profesorze Clairmont – zaczęłam.
Wampir spojrzał na mnie.
– Dziękuję panu – powiedziałam po prostu, spoglądając mu prosto w oczy i wytrzymując jego wzrok, dopóki nie spojrzał w inną stronę.
– Drobiazg – mruknął z odcieniem zaskoczenia w głosie.
Druga sprawa była bardziej skomplikowana. Jeśli Matthew Clairmont potrzebował mnie, to i ja go potrzebowałam. Chciałam, żeby mi powiedział, dlaczego Ashmole 782 przyciąga tak mocno jego uwagę.
– Być może powinien pan zwracać się do mnie Diano – wyrzuciłam z siebie, zanim opuściła mnie odwaga.
Matthew Clairmont się uśmiechnął.
Na ułamek sekundy serce zamarło w mojej piersi. Nie był to drobny grzeczny uśmieszek, który był mi już znany. Kąciki jego ust uniosły się aż do oczu, a cała twarz rozpromieniła. Jaki on piękny, pomyślałam znowu, lekko oszołomiona.
– Świetnie – odparł łagodnie – ale w takim razie ty też musisz mi mówić po imieniu.
Skinęłam głową na zgodę, czując, że moje serce wyprawia jakieś oszalałe skoki. Coś przepłynęło przeze mnie, usuwając resztki niepokoju, jaki pozostał po nieoczekiwanym spotkaniu z Agathą Wilson.
Nozdrza Matthew rozwarły się nieco. Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Byłam pewna, że jego nos doskonale wyczuwa to, co wyprawia moje ciało. A co więcej, zdawał się wiedzieć dokładnie, co to jest.
Zaczerwieniłam się.
– Miłego wieczoru, Diano. – Wymawiając moje imię, przeciągnął środkową samogłoskę, dzięki czemu zabrzmiało ono egzotycznie i dziwnie.
– Dobranoc, Matthew – odparłam, wycofując się pospiesznie.
Tego wieczoru, wiosłując na spokojnej rzece w porze, w której zachód słońca przechodził w zmierzch, dostrzegałam od czasu do czasu mglistą smugę na brzegu, która stale trochę mnie wyprzedzała niczym mroczna gwiazda wskazująca mi drogę do domu.
ROZDZIAŁ 7
Kwadrans po drugiej wyrwało mnie ze snu okropne wrażenie, że tonę. Z trudem wygrzebywałam się spod kołdry, która mocą snu zamieniła się w ciężkie, mokre wodorosty, i ruszyłam w kierunku bardziej przejrzystej wody nade mną. I właśnie w chwili, gdy już miałam wypłynąć, coś chwyciło mnie za kostkę u nogi i pociągnęło w głąb.
Jak to zwykle bywa ze snami, zbudziłam się, zanim zdążyłam stwierdzić, kto mnie chwycił. Przez kilka minut leżałam zdezorientowana i zlana potem, wsłuchując się w staccato mojego serca, które odbijało się echem od żeber. Ostrożnie uniosłam się do pozycji siedzącej.
Z okna wpatrywało się we mnie białe oblicze z ciemnymi pustymi oczodołami.
Za późno zdałam sobie sprawę, że to moje odbicie w szybie. Ledwie zdążyłam do łazienki, żeby zwymiotować. Następnych trzydzieści minut spędziłam zwinięta w kłębek na chłodnych kafelkach posadzki, obwiniając o moje złe samopoczucie Clairmonta i tłum innych stworzeń. W końcu wpełzłam znowu do łóżka i spałam przez kilka godzin. O świcie wciągnęłam na siebie strój wioślarski.
Kiedy zeszłam na dół, portier obrzucił mnie zdumionym spojrzeniem.
– Doktor Bishop, chyba nie zamierza pani wychodzić o tej godzinie? W taką mgłę?! Wygląda na to, że szafuje pani swoim zdrowiem, jeśli nie pogniewa się pani za te słowa. Nie lepiej poleżeć sobie jeszcze w łóżku? Rzeka nie ucieknie, będzie tam również jutro.
Zastanowiłam się nad tym, co powiedział, i pokręciłam głową.
– Nie jest tak źle – stwierdziłam, ale nie rozwiało to wątpliwości portiera. – No, a w najbliższy weekend wracają studenci.
Chodnik był śliski od wilgoci, biegłam więc wolniej niż zwykle, biorąc poprawkę zarówno na pogodę, jak i na zmęczenie. Pokonując swoją stałą trasę, minęłam Oriel College i dotarłam do wysokiej i czarnej żelaznej bramy między Merton a Corpus Christi. Była zamknięta od zmroku do świtu, żeby utrzymać ludzi z dala od łąk przylegających do rzeki, ale pierwszą rzeczą, jakiej uczyli się oksfordzcy wioślarze, było to, jak ją pokonać. Wdrapałam się na nią z łatwością i zeskoczyłam po drugiej stronie.
Zwykły rytuał spuszczania łódki na wodę zrobił swoje. Gdy odbiła od przystani i zanurzyła się we mgłę, czułam się już niemal normalnie.
Gdy wiosłuje się w czasie mgły, jeszcze bardziej przypomina to szybowanie. Powietrze tłumi głosy ptaków i samochodów, wzmacniając miękkie pluskanie wioseł w wodzie i postękiwanie siedzenia łódki. Nie widząc brzegu i znajomych znaków na lądzie, które ułatwiają orientację, steruje się wyłącznie instynktownie.
Wpadłam w swobodny, kołyszący rytm skifa. Miałam oczy i uszy wyczulone na najdrobniejsze zmiany odgłosów wydawanych przez wiosła, które mogłyby mnie ostrzec, że zbliżam się zbytnio do brzegu, i na cienie wskazujące zbliżanie się innej łodzi. Mgła była tak gęsta, że zastanawiałam się przez chwilę, czy nie zawrócić, ale perspektywa długiego prostego odcinka rzeki była zbyt kusząca.
Obawiałam się, że podpłynę zbyt blisko pubu, więc ostrożnie zmieniłam kurs. W dół rzeki płynęło dwóch wioślarzy, zatopionych w ożywionej rozmowie o strategii prowadzącej do zwycięstwa, która polegała na specyficznym skrzyżowaniu chwytów stosowanych przez wioślarzy z Oksfordu i Cambridge, które były znane jako „rąbnięcie dziobem w rufę przeciwnika”.
– Chcecie mnie wyprzedzić? – zawołałam.
– Jasne! – zabrzmiała natychmiastowa odpowiedź. Para przemknęła obok mnie, nie przerywając równego pociągania wiosłami. Plusk ich wioseł ucichł. Postanowiłam popłynąć z powrotem do przystani i poprzestać na tym. Dzisiejsza wyprawa trwała krótko, ale złagodziła sztywność wywołaną brakiem snu. To była moja trzecia zarwana noc z rzędu.
Złożyłam na miejsce ekwipunek, zamknęłam hangar i wolnym krokiem ruszyłam ścieżką w kierunku miasta. Spokój mglistego poranka był tak wielki, że straciłam poczucie czasu i przestrzeni. Zamknęłam oczy, wyobrażając sobie, że przebywam w bezimiennym miejscu – nie w Oksfordzie ani w żadnym innym zakątku mającym nazwę.
Kiedy je otworzyłam, naprzeciwko mnie wyrósł jakiś kształt. Zaparło mi dech ze strachu. Widząc, że błyskawicznie się zbliża, instynktownie uniosłam ręce, żeby się obronić.
– Przepraszam, Diano. Myślałem, że mnie widziałaś. – Był to Matthew Clairmont. Na jego twarzy malowało się zakłopotanie.
– Szłam z zamkniętymi oczami. – Chwyciłam kołnierz mojego swetra, a on cofnął się trochę. Oparłam się o drzewo, czekając, aż mój oddech się uspokoi.
– Możesz mi coś powiedzieć? – spytał Clairmont, gdy moje serce przestało bić jak szalone.
– Raczej nie, jeśli zamierzasz zapytać, co robiłam na rzece we mgle, kiedy chodzą za mną wampiry, demony i czarodzieje. – Nie miałam ochoty na wygłaszanie wykładu, nie tego ranka.
– Nie – odparł nieco kwaśnym tonem – chociaż pytanie byłoby doskonałe. Chciałem się dowiedzieć, dlaczego chodzisz z zamkniętymi oczami.
Roześmiałam się.
– Jak to? A ty tego nie robisz?
Matthew pokręcił głową.
– Wampiry mają tylko pięć zmysłów. Uważamy, że najlepiej jest posługiwać się wszystkimi naraz – odrzekł drwiąco.