Выбрать главу

– Nie ma w tym żadnej magii, Matthew. To taka zabawa, w jaką bawię się od dziecka. Doprowadzało to do szaleństwa moją ciocię. Wracałam do domu z poobijanymi nogami i z zadrapaniami od wpadania w zarośla i na drzewa.

Wampir się zamyślił. Włożył ręce do kieszeni ciemnoszarych spodni i zatopił wzrok we mgle. Miał dziś na sobie szaroniebieski sweter, na którego tle jego włosy wydawały się ciemniejsze. Nie włożył płaszcza. Był to uderzający szczegół, biorąc pod uwagę pogodę. Poczułam się nagle nieswojo, życząc sobie, żeby w moich spodniach do wiosłowania nie było na udzie dziury od ocierania się o wyposażenie łódki.

– Jak ci poszło dziś na rzece? – spytał w końcu Clairmont, tak jakby już tego nie wiedział. Nie wyszedł przecież na poranny spacer.

– Dobrze – odparłam krótko.

– O tak wczesnej porze nie ma tu wielkiego tłoku.

– Nie, ale lubię pływać, kiedy rzeka nie jest zatłoczona.

– Czy to nie ryzykowne wiosłować przy takiej pogodzie, kiedy w pobliżu jest tak mało ludzi? – Mówił łagodnym tonem i, gdyby nie był wampirem śledzącym każdy mój ruch, mogłabym wziąć to przepytywanie za niezgrabny sposób na nawiązanie rozmowy.

– Pod jakim względem?

– Gdyby coś się stało, nikt by tego nie zauważył.

Do tej pory bałam się wypływać na rzekę, ale trafił w sedno. Mimo to zbyłam sprawę wzruszeniem ramion.

– W poniedziałek zjawią się tu studenci. Korzystam z ostatnich chwil spokoju.

– Semestr rzeczywiście zaczyna się w następnym tygodniu? – Clairmont zdawał się być szczerze zaskoczony.

– Jesteś przecież wykładowcą, nie?

– Formalnie tak, ale nie widuję się ze studentami. Mam raczej pracę badawczą. – Zacisnął usta. Nie lubił, żeby się z niego śmiano.

– To musi być przyjemne. – Przyszły mi na myśl moje wprowadzające wykłady w sali na trzysta miejsc i wszystkie te niepewne twarze świeżo upieczonych studentów.

– Przynajmniej mam spokój. Wyposażenie mojego laboratorium nie protestuje przeciwko pracy po godzinach. Mam też asystentów, doktor Shephard i doktora Whitmore'a, więc nie jestem zupełnie samotny.

W powietrzu czuło się wilgoć i zrobiło mi się zimno. Poza tym było coś nienaturalnego w tej wymianie grzeczności z wampirem we mgle gęstej jak grochówka.

– Chyba powinnam już wrócić do domu.

– Podwieźć cię?

Cztery dni temu nie przyjęłabym takiej propozycji od wampira, ale tego ranka pomysł wydał mi się świetny. Poza tym dało mi to sposobność do zapytania, co ciekawego może znaleźć dzisiejszy biochemik w XVII-wiecznych manuskryptach alchemików.

– Oczywiście – odparłam.

Nieśmiałe, ale pełne zadowolenia spojrzenie Clairmonta było w najwyższym stopniu rozbrajające.

– Zaparkowałem samochód tu, niedaleko – powiedział, wskazując w kierunku Christ Church College. Przez kilka minut szliśmy w milczeniu, owiani szarą mgłą i zakłopotani dziwacznością tego sam na sam czarownicy i wampira. Matthew celowo skrócił swój krok, żeby dopasować go do mojego, i wydawał się bardziej swobodny na dworze niż w bibliotece.

– To jest twój college?

– Nie, nigdy tam nie pracowałem. – Sposób, w jaki to powiedział, kazał mi się zastanowić, na ilu innych uczelniach mógł pracować. Potem zaczęłam rozmyślać nad tym, ile może mieć lat. Czasami wydawał się dorównywać wiekiem samemu Oksfordowi.

– Diano? – Clairmont się zatrzymał.

– Hm? – Ruszyłam już w kierunku parkingu dla studentów college'u.

– Tam – powiedział, wskazując w odwrotną stronę. Poprowadził mnie do maleńkiej ogrodzonej enklawy.

Stał tam niski czarny jaguar pod jaskrawą żółtą tablicą z napisem, który głosił: „Parkowanie kategorycznie zabronione”. Z wstecznego lusterka auta zwisało zezwolenie wystawione przez klinikę Johna Radcliffe'a.

– Rozumiem – rzuciłam, opierając ręce na biodrach. – Parkujesz tam, gdzie masz ochotę.

– Jeśli chodzi o parkowanie, to normalnie jestem porządnym obywatelem, ale tego ranka pogoda dopuszczała wyjątek – odparł usprawiedliwiająco Matthew. Sięgnął za mnie, żeby otworzyć drzwi. Był to stary model jaguara, bez najnowszych urządzeń do zdalnego otwierania i nawigacji satelitarnej, ale wyglądał, jakby wyjechał z salonu sprzedaży. Drzwi się otworzyły i wsiadłam do środka, wpasowując się w karmelowe skórzane obicie siedzenia.

Nigdy nie siedziałam w tak luksusowym aucie. Najgorsze uprzedzenia Sarah wobec wampirów znalazłyby potwierdzenie, gdyby wiedziała, że jeżdżą jaguarami, podczas gdy ona tłucze się ciemnoczerwoną odrapaną hondą civic, tak zardzewiałą, że jej jasnofioletowy lakier przyjął zabarwienie pieczonego bakłażana.

Clairmont ruszył do bramy college'u, gdzie zaczekał na możliwość włączenia się do porannego ruchu, zdominowanego przez dostawcze ciężarówki, autobusy i rowery.

– Zjadłabyś śniadanie? – zapytał obojętnym tonem, ujmując lśniącą kierownicę. – Musisz być głodna po całym tym wysiłku.

Był to drugi posiłek, na który zaprosił mnie Clairmont, choć nie zamierzał go ze mną dzielić. Czy tak wygląda styl bycia wampirów? Lubią się przyglądać, jak inni jedzą?

Rozmyślania o wampirach i jedzeniu zwróciły moją uwagę na ich zwyczaje dietetyczne. Wszyscy ludzie na Ziemi wiedzą, że wampiry żywią się ludzką krwią. Ale czy tylko? Nie mając już pewności, że wsiadanie z wampirem do samochodu jest rzeczywiście dobrym pomysłem, zaciągnęłam suwak mojego swetra pod szyję i przesunęłam się bliżej drzwi.

– A więc, Diano? – zapytał.

– Mogłabym coś zjeść – przyznałam z wahaniem. – I napiłabym się herbaty.

Skinął głową, odwracając wzrok w stronę ulicznego ruchu.

– Znam jedno sympatyczne miejsce.

Auto pokonało wzniesienie i skręciło w High Street. Minęliśmy pomnik żony Jerzego II, stojący pod kopułą Queen's College, i zbliżyliśmy się do oksfordzkiego ogrodu botanicznego. Wyciszone wnętrze auta sprawiało, że Oksford wydawał się jeszcze bardziej nieziemski niż zazwyczaj; jego strzeliste iglice i wieżyczki wyłaniały się z ciszy i mgły jak duchy.

Nie rozmawialiśmy i to milczenie pozwoliło mi zrozumieć, jak jestem poruszona i niespokojna. Ustawicznie mrugałam, łapałam powietrze i wierciłam się na siedzeniu. Nie dotyczyło to Clairmonta. Nie mrużył oczu i rzadko oddychał, obracając kierownicę i naciskając pedały niemal w sposób niedostrzegalny i skrajnie efektywny, tak jakby długie życie zmuszało go do oszczędzania energii. Znowu zaczęłam się zastanawiać, ile też lat może mieć Matthew Clairmont.

Wampir skręcił w boczną uliczkę i zatrzymał przed maleńką kawiarenką, która była zatłoczona okolicznymi mieszkańcami połykającymi kopiaste porcje jedzenia. Niektórzy czytali gazety, inni rozmawiali ze znajomymi zajmującymi sąsiednie stoliki. Zauważyłam z przyjemnością, że wszyscy mają przed sobą wielkie kubki herbaty.

– Nie znałam tego lokalu – stwierdziłam.

– Trzymam to miejsce w ścisłej tajemnicy – odparł figlarnym tonem. – Właściciele nie chcą, żeby profesorowie uniwersytetu psuli im tu atmosferę.

Machinalnie odwróciłam się do drzwi auta, żeby je otworzyć, ale zanim zdążyłam dotknąć klamki, Clairmont już tam był i otwierał je przede mną.

– Jak zdążyłeś się tu znaleźć? – mruknęłam.

– Magia – odparł, wydymając wargi. Najwyraźniej nie dopuszczał myśli, aby kobiety same otwierały sobie drzwi jego samochodu, a być może także tego, że mogłyby się z nim sprzeczać.

– Sama potrafię otworzyć sobie drzwi – powiedziałam, wysiadając z auta.

– Dlaczego współczesne kobiety uważają za tak ważną sprawę, żeby samodzielnie otwierać sobie drzwi? – spytał ostro. – Czyżbyście chciały okazywać w ten sposób waszą fizyczną siłę?