Chłodne oczy wampira podniosły się na mnie.
– I dowiedziałaś się?
– Tak i nie. – Zawahałam się. – Dostrzegałam logiczną spójność argumentów, jakimi posługiwali się eksperymentalni badacze, którzy uśmiercili tysiące różnych wątków i stopniowo rozprawili się z przekonaniem, że świat jest niewytłumaczalnie potężnym magicznym miejscem. Jednak koniec końców ponieśli klęskę. Tak naprawdę magia nigdy nie znikła na dobre. Czekała spokojnie, aż ludzie wrócą do niej, kiedy odkryją słabość nauki.
– I stąd alchemia – dodał Matthew.
– Nie – sprzeciwiłam się jego domysłom. – Alchemia jest jedną z najwcześniejszych postaci nauki opartej na doświadczeniu.
– Być może. Ale przecież nie uważasz, że alchemia jest zupełnie pozbawiona magii – powiedział pewnym siebie tonem Matthew. – Czytałem twoją pracę. Nawet ty nie możesz odsunąć jej całkowicie.
– W takim razie jest to nauka z domieszką magii. Albo na odwrót, jak wolisz.
– Która wersja bardziej ci odpowiada?
– Nie jestem tego pewna – odparłam wymijająco.
– Dziękuję. – Spojrzenie Clairmonta sugerowało, że wie, jak trudno jest mi o tym mówić.
– Proszę bardzo. Zastanawiam się… – Odgarnęłam włosy z oczu. Czułam się trochę roztrzęsiona. – Mogę cię zapytać o coś jeszcze? – Matthew rzucił mi ostrożne spojrzenie, ale skinął potakująco głową. – Dlaczego interesujesz się moimi badaniami… nad alchemią?
Nie odpowiedział od razu, gotów odsunąć pytanie na bok, ale potem zmienił zamiar. Powierzyłam mu swój sekret. Teraz przyszła kolej na niego.
– Alchemicy chcieli się dowiedzieć, dlaczego tu jesteśmy. Tak jak ja. – Clairmont mówił szczerze, widziałam to wyraźnie, ale jego słowa nie zbliżyły mnie do zrozumienia, dlaczego interesuje go Ashmole 782. Spojrzał na zegarek. – Jeśli skończyłaś jeść, odwiozę cię do college'u. Pewnie miałabyś ochotę włożyć na siebie coś ciepłego przed pójściem do biblioteki.
– Chciałabym wziąć prysznic. – Wstałam i się przeciągnęłam, kręcąc z wysiłkiem szyją, żeby uwolnić ją od chronicznego naprężenia. – Dziś wieczorem muszę iść na jogę. Spędzam za dużo czasu, siedząc przy stole.
Oczy wampira błysnęły.
– Uprawiasz jogę?
– Nie mogłabym bez tego żyć – odparłam. – Lubię się ruszać i medytować.
– Nie znajduję w tym nic dziwnego – powiedział. – Tak właśnie wiosłujesz… łącząc ruch i medytację.
Zaczerwieniłam się. Przypatrywał mi się na rzece równie uważnie jak w bibliotece.
Clairmont położył na stole dwudziestofuntowy banknot i kiwnął ręką Mary, która odpowiedziała mu takim samym gestem. Dotknął lekko mojego łokcia, popychając mnie między stolikami, przy których siedziało jeszcze kilku klientów.
– Pod czyim okiem ćwiczysz? – spytał. Otworzył przede mną drzwi auta.
– Chodzę do studia na High Street. Nie ma tam instruktora, który by mi odpowiadał, ale mam tam blisko, a biedacy nie mają wyboru. – W New Haven było kilka klubów jogi, ale pod tym względem Oksford pozostawał w tyle.
Wampir wsiadł do samochodu, przekręcił kluczyk i zgrabnie wjechał tyłem do pobliskiego zaułka, żeby zawrócić, a potem skierował się do miasta.
– Nie znajdziesz tu takiego klubu, jakiego potrzebujesz – oznajmił pewnym siebie tonem.
– Ty też uprawiasz jogę? – Przyszło mi do głowy, jak fascynujący mógłby być widok jego masywnego ciała wyginającego się podczas ćwiczeń.
– Trochę – odparł. – Gdybyś chciała pojechać ze mną jutro na jogę, mógłbym cię zabrać spod Hertford College o szóstej. Dziś wieczorem będziesz musiała jakoś znieść seans w mieście, ale jutro weźmiesz udział w dobrej lekcji.
– Gdzie znajduje się twoje studio? Zadzwonię i zapytam, czy prowadzą zajęcia dziś wieczorem.
Clairmont pokręcił głową.
– Dziś wieczorem jest nieczynne. Działa tylko w poniedziałek, środę, piątek i sobotę, zawsze wieczorami.
– Och – jęknęłam z uczuciem zawodu. – Jak wyglądają te ćwiczenia?
– Zobaczysz. Trudno je opisać – odparł, starając się nie uśmiechnąć.
Byłam zaskoczona, jak prędko dojechaliśmy pod mój college. Fred wyciągnął szyję, żeby zobaczyć, kto stanął pod bramą, ujrzał kartonik kliniki Radcliffe i podszedł, żeby sprawdzić, co się dzieje.
Clairmont pomógł mi wysiąść z auta. Pomachałam Fredowi i wyciągnęłam rękę do Matthew.
– Smakowało mi śniadanie. Dziękuję za herbatę i towarzystwo.
– Jestem zawsze do usług – odparł. – Zobaczymy się w bibliotece.
Fred gwizdnął przez zęby po odjeździe Clairmonta.
– Piękne auto, doktor Bishop. Przyjaciel? – Do jego obowiązków należało wiedzieć jak najwięcej o tym, co się dzieje w college'u, zarówno z uwagi na bezpieczeństwo, jak i dla zaspokojenia nieukrywanej ciekawości, która była wpisana w zawód portiera.
– Myślę, że tak – powiedziałam w zamyśleniu.
Znalazłam się u siebie, wyciągnęłam etui z paszportem i wyjęłam dziesięciodolarówkę z pliku amerykańskich banknotów. Kilka minut zajęło mi szukanie koperty. Wsunęłam do środka goły banknot, zakleiłam ją, wpisałam adres Chrisa, dodałam AIR MAIL i przylepiłam znaczek w górnym rogu.
Chris nigdy nie pozwoli mi zapomnieć, że przegrałam ten zakład. Przenigdy.
ROZDZIAŁ 8
Uczciwie mówiąc, to auto jest całkiem szablonowe. – Przylepiony do dłoni kosmyk włosów trzeszczał i trzaskał, kiedy próbowałam odrzucić go z mojej twarzy.
Świeży i rozluźniony Matthew Clairmont opierał się swobodnie o karoserię swojego jaguara. Nawet jego strój do jogi, zwracający uwagę kombinacją szarych i czarnych tonów, wyglądał jak spod igły, choć był znacznie mniej wyszukany pod względem kroju niż to, w czym przychodził do biblioteki.
Przyglądając się smukłemu autu i eleganckiemu wampirowi, czułam się niewytłumaczalnie wytrącona z równowagi. Miałam niedobry dzień. Pas transmisyjny w bibliotece zepsuł się i musiałam czekać bez końca na zamówione manuskrypty. Koncepcja mojego odczytu wymykała mi się ciągle i zaczynałam z przestrachem zerkać do kalendarza, wyobrażając sobie pełną salę kolegów, którzy zarzucali mnie trudnymi pytaniami. Zbliżał się początek października, a konferencja miała odbyć się w listopadzie.
– Myślisz, że lepszy byłby jakiś mały samochodzik? – zapytał, wyciągając rękę po moją matę do jogi.
– Nie sądzę, raczej nie. – Stojąc w jesiennym zmierzchu, Clairmont zdecydowanie wyglądał na wampira, ale gęstniejący strumień studentów i wykładowców płynął obok, nie zwracając na niego szczególnej uwagi. Jeśli oni nie wyczuwali, a raczej nie byli w stanie dostrzec, kim on jest naprawdę, to samochód zupełnie się nie liczył. Poczułam podskórny przypływ poirytowania.
– Czymś ci się naraziłem? – zapytał, rzucając mi szczere spojrzenie szeroko otwartych szarozielonych oczu. Otworzył drzwi samochodu, wciągając głęboko powietrze, kiedy prześlizgiwałam się obok niego.
Moje opanowanie prysło.
– Obwąchujesz mnie? – Od wczoraj podejrzewałam, że moje ciało udziela mu wszelkiego rodzaju informacji, jakie wolałabym zatrzymać przy sobie.
– Nie kuś mnie – mruknął, zamykając mnie w środku. Włosy na mojej szyi uniosły się trochę, kiedy pojęłam znaczenie jego słów. Otworzył pokrywę bagażnika i włożył do środka moją matę.
Nocne powietrze wypełniło wnętrze auta, gdy wampir wślizgiwał się do niego, nie wkładając w to żadnego widocznego wysiłku ani nie popełniając żadnej niezręczności. Na jego twarzy pojawiło się współczucie.
– Zły dzień?
Rzuciłam mu ostre spojrzenie. Clairmont dokładnie wiedział, jak zły miałam dzień. Wraz z Miriam pojawił się znowu w czytelni księcia Humfreya, żeby chronić mnie przed nagabywaniem przez inne istoty. Kiedy wyszliśmy przebrać się do jogi, Miriam została, żeby się upewnić, że nie rusza za nami sznur demonów lub czegoś gorszego.