Выбрать главу

Clairmont uruchomił silnik i ruszył Woodstock Road, nie próbując nawiązać pogawędki. Nie było tu nic prócz zwykłych budynków.

– Dokąd jedziemy? – zapytałam podejrzliwie.

– Na jogę – odparł spokojnie. – Biorąc pod uwagę twój nastrój, powiedziałbym, że tego potrzebujesz.

– Ale gdzie jest ten klub? – zapytałam. Kierowaliśmy się za miasto, w stronę Blenheim.

– Zmieniłaś zamiar? – zapytał lekko poirytowanym tonem. – Mam cię zawieźć z powrotem do studia na High Street?

– Nie. – Wzdrygnęłam się na wspomnienie wczorajszych nieciekawych zajęć.

– W takim razie odpręż się. Nie zamierzam cię porwać. Czasami przyjemnie jest zdać się na kogoś innego. Poza tym to niespodzianka.

– Hm… – mruknęłam.

Matthew włączył radio i z głośników popłynęła muzyka klasyczna.

– Przestań myśleć i słuchaj – rzucił rozkazującym tonem. – Nie wolno się spinać przy dźwiękach Mozarta.

Nie poznając niemal samej siebie, zagłębiłam się z westchnieniem w siedzeniu i zamknęłam oczy. Jaguar płynął tak gładko, a dochodzące z zewnątrz odgłosy były tak stłumione, że czułam się zawieszona nad ziemią, niesiona na niewidocznych, muzycznych rękach.

Auto zwolniło i podjechaliśmy pod wysoką żelazną bramę, której nawet ja, przy całej mojej wprawie, nie mogłabym przeskoczyć. Po obu jej stronach ciągnęło się ceglane ogrodzenie w ciepłym czerwonym odcieniu, z wmurowanymi nieregularnymi wzorami i zawiłymi arabeskami. Uniosłam się trochę.

– Stąd tego nie zobaczysz – powiedział Clairmont, śmiejąc się. Opuścił boczną szybę po swojej stronie i wystukał kilka cyfr na lśniącej płycie elektronicznie sterowanego zamka. Ozwał się dźwięk i brama zaczęła się otwierać.

Pod kołami zachrzęścił żwir, gdy znaleźliśmy się po drugiej stronie następnej bramy, jeszcze starszej niż tamta. Nie było tu ozdobnej ślusarki, a tylko zwykłe sklepienie łączące ceglane mury, które były dużo niższe niż ogrodzenie zewnętrzne. Nad łukowatym sklepieniem widać było maleńkie przypominające zwieńczenie latarni morskiej, którego okna wychodziły na wszystkie strony. Na lewo od bramy wznosiła się imponująca ceglana kordegarda opatrzona kręconymi kominami i witrażowymi oknami. Na małej mosiężnej plakietce z wytartymi krawędziami widniał napis: „Old Lodge”.

– Pięknie tu – westchnęłam.

– Wiedziałem, że ci się spodoba. – Wampir wydawał się zadowolony.

W pogłębiającym się mroku zagłębiliśmy się w parku. Szum samochodu spłoszył małe stado danieli, które schroniły się w cieniu, uciekając przed światłami jaguara. Łagodnym stokiem wjechaliśmy na nieduże wzniesienie i skręciliśmy w stronę podjazdu. Dotarliśmy do szczytu wzgórza, auto zwolniło i światła zgasły.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział Clairmont, wskazując lewą ręką.

Przed nami wznosiła się jednopiętrowa wiejska rezydencja w stylu Tudorów, otaczająca centralny dziedziniec. Jej cegły lśniły w blasku potężnych reflektorów, które przeświecały przez gałęzie sękatych dębów, oświetlając fasadę budynku.

Byłam tak oszołomiona, że rzuciłam przekleństwo. Clairmont spojrzał na mnie ze zgorszeniem, a potem się roześmiał.

Wjechał autem na okrągły podjazd przed budynkiem i zaparkował tuż za najnowszym modelem sportowego audi. Stało tu już przeszło dziesięć innych samochodów, a w dole wzgórza widać było reflektory następnych.

– Jesteś pewien, że się nie zbłaźnię? – Ćwiczyłam jogę od przeszło dziesięciu lat, ale nie oznaczało to, że byłam w tym dobra. Nie przyszło mi do głowy, żeby zapytać, czy nie jest to kurs, którego uczestnicy balansują na przedramieniu, mając stopy uniesione nad ziemię.

– To mieszana grupa – odparł, żeby podnieść mnie na duchu.

– W porządku. – Mimo swobodnego tonu jego odpowiedzi zaniepokoiłam się jeszcze bardziej.

Clairmont wyjął z bagażnika nasze maty. Gdy do szerokiego wejścia kierowali się ostatni już kursanci, podszedł w końcu niespiesznie do drzwi auta po mojej stronie i wyciągnął rękę. To coś nowego, pomyślałam, podając mu swoją dłoń. Dotykając go, czułam się wciąż nie całkiem swobodnie. Różnica temperatury naszych ciał była tak uderzająca, że bezwiednie się cofnęłam.

Wampir ujął lekko moją dłoń i pociągnął, żeby pomóc mi wysiąść z auta. Trzymając ciągle moją rękę, uścisnął ją łagodnie, jakby dla dodania mi odwagi, i dopiero wtedy puścił ją swobodnie. Zaskoczona spojrzałam na niego i przyłapałam go na tym samym. Oboje spojrzeliśmy z zakłopotaniem w bok.

Weszliśmy do domu przez następną sklepioną bramę i środkowy dziedziniec. Rezydencja znajdowała się w zadziwiająco dobrym stanie. Żaden z późniejszych architektów nie otrzymał zezwolenia na przebicie w ścianach symetrycznych georgiańskich okien i dobudowanie wymyślnych wiktoriańskich cieplarni. Wstępując tu, można było cofnąć się w przeszłość.

– Niewiarygodne – szepnęłam.

Clairmont uśmiechnął się szeroko i poprowadził mnie przez wielkie drewniane drzwi, otwarte i umocowane żelazną podpórką. To, co zobaczyłam, zwyczajnie mnie zatkało. Jeśli zewnętrzny wygląd budynku był godny uwagi, to jego wnętrze było zdumiewające. We wszystkich kierunkach ciągnęły się kilometry pełnych blasku, ozdobnych tapiserii wyściełających ściany. Ktoś rozpalił ogień w ogromnym kominku. Równie wiekowy wygląd miał stół na krzyżujących się nogach i kilka ław. Jedynym świadectwem, że jesteśmy w XX wieku, było elektryczne oświetlenie.

Przed ławami stały rzędy butów, a na ich ciemnych dębowych pokryciach piętrzyły się stosy swetrów i kurtek. Clairmont położył na stole kluczyki i zsunął buty. Także i ja zrzuciłam pantofle i ruszyłam za nim.

– Pamiętasz? Mówiłem ci, że jest to grupa mieszana – zwrócił się do mnie wampir, gdy doszliśmy do drzwi w pokrytej boazerią ścianie. Spojrzałam na niego i kiwnęłam głową. – Rzeczywiście jest mieszana. Ale jest tylko jeden sposób, żeby się dostać do tej sali: musisz być jedną z nas.

Otworzył pchnięciem drzwi i natychmiast poczułam na sobie szturchnięcia, mrowienia i lodowate ukłucia spojrzeń dziesiątków oczu, które skierowały się w moją stronę. Sala była wypełniona demonami, czarodziejami, czarownicami i wampirami. Wszyscy siedzieli na kolorowych matach – niektórzy ze skrzyżowanymi nogami, inni klęczeli – i czekali na rozpoczęcie zajęć. Niektóre demony miały na uszach słuchawki. Słychać było stały pomruk gawędzących czarownic. Wampiry siedziały spokojnie, nie emocjonując się zbytnio.

Zmartwiałam.

– Przepraszam cię – rzekł Clairmont. – Bałem się, że nie przyjedziesz, jeśli ci powiem… ale to jest naprawdę najlepszy kurs w Oksfordzie.

W naszą stronę ruszyła wysoka czarownica o krótkich kruczoczarnych włosach i cerze koloru kawy ze śmietanką. Reszta sali odwróciła się, wracając do cichej medytacji. Wchodząc do środka, Clairmont był trochę spięty, ale teraz wyraźnie się odprężył, kiedy czarownica podeszła do nas.

– Witam cię, Matthew. – Jej dźwięczny głos miał lekki hinduski akcent.

– Cześć, Amiro. – Matthew ukłonił się na powitanie. – To jest moja znajoma, o której ci mówiłem, Diana Bishop.

Czarownica przyjrzała mi się, jej oczy nie ominęły żadnego szczegółu mojej twarzy. Uśmiechnęła się.

– Witaj, Diano. Miło mi cię poznać. Czy joga to dla ciebie coś nowego?

– Nie. – Serce zabiło mi w przypływie nowej fali zaniepokojenia. – Ale jestem tu po raz pierwszy.