Выбрать главу

Amira uśmiechnęła się szerzej.

– Witaj w Old Lodge.

Zastanawiałam się, czy ktoś tutaj wie coś o manuskrypcie Ashmole 782, ale nie zobaczyłam ani jednej znajomej twarzy, a atmosfera w sali była otwarta i swobodna, całkowicie wolna od napięć istniejących zwykle między istotami o nadnaturalnych mocach.

Ciepła mocna dłoń zacisnęła się na moim nadgarstku i moje serce natychmiast wróciło do zwykłego rytmu. Spojrzałam z podziwem na Amirę. Jak ona to zrobiła?

Puściła mój nadgarstek i puls pozostał na tym samym poziomie.

– Mam nadzieję, że oboje poczujecie się tu jak najswobodniej – zwróciła się do Clairmonta. – Usiądźcie, zraz zaczynamy.

Rozwinęliśmy nasze maty w tylnej części sali, blisko drzwi. Nie miałam nikogo po prawej stronie, ale za kawałkiem wolnej podłogi siedziały w pozycji lotosu dwa demony z zamkniętymi oczami. Poczułam mrowienie na ramieniu. Wzdrygnęłam się, zastanawiając się, kto na mnie patrzy. Ale wrażenie szybko minęło.

Przepraszam, odezwał się gdzieś w środku mojej głowy wyraźnie słyszalny, skruszony głos. Dobiegał z przedniej części sali, z tego samego kierunku, co mrowienie. Amira zmarszczyła się lekko na kogoś w pierwszym rzędzie, a potem poprosiła wszystkich o uwagę.

Gdy tylko zaczęła mówić, moje ciało siłą przyzwyczajenia ułożyło się posłusznie w pozycji ze skrzyżowanymi nogami, a po chwili Clairmont poszedł w moje ślady.

– Czas zamknąć oczy. – Amira wzięła do ręki maleńkiego pilota i ze ścian i sufitu popłynęły łagodne motywy medytacyjnego śpiewu. Miały średniowieczny charakter. Jeden z wampirów westchnął z zadowoleniem.

Wzrok błądził w rozkojarzeniu po ozdobnych sztukateriach pomieszczenia, które musiało być kiedyś głównym salonem rezydencji.

– Zamknijcie oczy – przypomniała łagodnie Amira. – Być może trudno wam pozbyć się kłopotów, zmartwień, myślenia o sobie. Dlatego jesteśmy tu dziś wieczorem.

Jej słowa były znajome – słyszałam je już przedtem w różnych wariantach, na innych kursach jogi – ale w tej sali nabrały nowego znaczenia.

– Jesteśmy tu dzisiaj, żeby się nauczyć gospodarować naszą energią. Spędzamy czas, wysilając się i spinając, żeby stać się kimś, kim nie jesteśmy. Oddalcie od siebie te pragnienia. Uszanujcie to, kim jesteście.

Amira poprowadziła nas przez kilka łagodnych wyprostów kończyn i poleciła usiąść na kolanach, żeby ogrzać kręgosłupy, zanim przyjmiemy pozycję warującego psa. Trwaliśmy w niej przez kilka oddechów, po czym sięgnęliśmy dłońmi do stóp i podnieśliśmy się na nogi.

– Wsuńcie stopy w ziemię – nakazała – i przyjmijcie pozycję góry.

Skupiłam się na moich stopach i poczułam nieoczekiwany wstrząs idący od podłogi. Otworzyłam szerzej oczy.

Zaczęliśmy naśladować ruchy Amiry, gdy przeszła do ćwiczeń zwanych vinyasas. Wyciągaliśmy ramiona do sufitu, a zaraz potem dotykaliśmy dłońmi stóp. Unosiliśmy się do połowy wysokości, utrzymując kręgosłup równolegle do podłogi, potem zwijaliśmy się w kłębek i wysuwaliśmy nogi do tyłu w pozycji podpartej. Dziesiątki demonów, wampirów i czarownic opuszczały swoje ciała i kręciły nimi półkola, zakreślając pełne gracji, skierowane ku górze krzywizny. I znowu zwijaliśmy się i unosiliśmy, wyciągając nad głowę ramiona, żeby delikatnie zetknąć je dłońmi.

Następnie Amira pozwoliła każdemu z nas ćwiczyć w jego własnym rytmie. Nacisnęła guzik pilota i salę wypełnił głos Eltona Johna i jego powolny melodyjny Rocket Man.

Muzyka dziwnie harmonizowała z nastrojem sali, toteż powtarzałam w jej rytm znajome ruchy, rozluźniałam napięte mięśnie i w miarę upływającego czasu opróżniałam moją głowę z wszelkich myśli. Gdy po raz trzeci wróciliśmy do przyjmowania różnych póz, nagromadzona w sali energia zaczęła się uzewnętrzniać zupełnie inaczej.

Troje czarodziejów szybowało około trzydziestu centymetrów nad drewnianą podłogą.

– Opuśćcie się – poleciła obojętnym tonem Amira. Dwoje łagodnie opadło na podłogę. Trzeci musiał znurkować jak łabędź, żeby znaleźć się na dole, ale nawet wtedy jego dłonie dotknęły podłogi wcześniej niż stopy.

Zarówno demony, jak i wampiry miały kłopoty z rytmem. Niektóre demony poruszały się tak powoli, że zaczęłam się zastanawiać, czy się nie poprzyklejały. Wampiry miały odwrotny problem, ich potężne mięśnie kurczyły się i rozkurczały z gwałtowną siłą.

– Łagodniej – mruknęła Amira. – Żadnego naciskania ani napinania się.

Stopniowo do wypełniającej salę energii wrócił spokój. Amira poprowadziła nas przez szereg pozycji stojących. Tutaj wampiry były wyraźnie najlepsze, potrafiły wytrzymywać je bez wysiłku całymi minutami. Prędko przestałam przejmować się tym, kto znajduje się ze mną w sali, i martwić, czy dorównam grupie. Żyłam tylko chwilą i ruchem.

Gdy wróciliśmy na podłogę, żeby wykonywać skłony do tyłu i inwersje, wszyscy ociekali potem, z wyjątkiem wampirów, które nie zdążyły się nawet rozgrzać. Niektórzy z ćwiczących wykonywali urągające śmierci balansowanie i stójki na rękach i dłoniach, ale ja nie przyłączyłam się do nich. Natomiast Clairmont tak. W pewnym momencie zdawał się dotykać podłogi wyłącznie jednym uchem, opierając na nim całe, idealnie wyprostowane ciało.

Najtrudniejszą częścią lekcji okazała się dla mnie końcowa pozycja savasana, czyli udawanie zwłok. Stwierdziłam, że niemal nie jestem w stanie leżeć płasko na plecach i zupełnie się nie ruszać. W jeszcze większe zaniepokojenie wprawiło mnie to, że wszyscy pozostali zdawali się znajdować w tej pozycji okazję do odprężenia się. Leżałam najspokojniej, jak tylko mogłam, starając się nie kręcić. W pewnej chwili między mną a Clairmontem zaszeleściły czyjeś stopy.

– Diano – szepnęła Amira – to nie jest poza dla ciebie. Odwróć się na bok.

Otworzyłam oczy. Wlepiłam spojrzenie w wielkie, czarne oczy czarownicy śmiertelnie przerażona tym, że ona w jakiś sposób odkryła mój sekret.

– Zwiń się w kulkę. – Oszołomiona i zakłopotana spełniłam jej polecenie. Moje ciało odprężyło się natychmiast. Amira poklepała mnie lekko po ramieniu. – I nie zamykaj przy tym oczu.

Odwróciłam się w stronę Clairmonta. Amira przyciemniła światła, ale lśnienie jego błyszczącej skóry pozwoliło mi wyraźnie dojrzeć rysy jego twarzy.

Oglądany z profilu wyglądał jak średniowieczny rycerz z płyty grobowca w opactwie westminsterskim: te same długie nogi, długi tułów, długie ramiona i zwracające uwagę, wyraziste mocne oblicze. W jego sylwetce było coś antycznego, nawet jeśli zdawał się być tylko kilka lat starszy ode mnie. Wyobraziłam sobie, że przesuwam palec po jego czole od miejsca, w którym wyrastały z niego wzdłuż falistej linii jego włosy, lekko pod górę do wystającej kości brwiowej z gęstymi czarnymi brwiami. Mój palec powędrował do czubka jego nosa i dalej, po łukowatych krzywiznach jego warg.

Zaczęłam odliczać, czekając, aż zaczerpnie powietrza. Uniósł pierś, gdy dojechałam do końca drugiej setki. A potem przez długą chwilę czekałam na jego wydech.

W końcu Amira oświadczyła, że czas wrócić do zewnętrznego świata. Matthew odwrócił się do mnie i otworzył oczy. Jego twarz złagodniała, moja także. Dokoła nas zapanował ruch, ale nie pociągała mnie wymiana towarzyskich grzeczności. Zostałam na miejscu, wpatrując się w oczy wampira. Absolutnie spokojny Matthew obserwował bez ruchu, jak mu się przyglądam. Gdy wreszcie usiadłam i krew zaczęła nagle krążyć w moim ciele, cała sala zawirowała.

W końcu oszołamiający pęd wszystkiego wokół mnie ustał. Amira zamknęła lekcję śpiewem i zadzwoniła srebrnymi dzwoneczkami, które miała umocowane do palców. Seans dobiegł końca.