Выбрать главу

– W takim razie ja przyjmuję postawę Roberta Hooke'a – odparłam. – Nie potrzebuję tworzyć legendy, jak Newton. – Jak moja matka, dodałam w myślach.

– Obawy Hooke'a zrobiły z niego człowieka zgorzkniałego i zawistnego – powiedział ostrzegawczo Matthew. – Spędził życie na oglądaniu się za siebie i obmyślaniu doświadczeń dla innych ludzi. To nie jest sposób.

– Nie zamierzam używać magii w mojej pracy – powtórzyłam z uporem.

– Nie jesteś Hookiem, Diano – rzekł szorstko Matthew. – On był tylko człowiekiem i zrujnował sobie życie, próbując się oprzeć urokom magii. A ty jesteś czarownicą. Jeśli postąpisz tak samo, zniszczy cię to.

Do moich myśli zaczynał zakradać się strach, który odciągał mnie od Matthew Clairmonta. Miał wiele uroku i stwarzał wrażenie, że można być istotą o nadnaturalnych zdolnościach bez obaw czy negatywnych skutków. Ale był też wampirem i nie można było mu ufać. A przy tym mylił się w swych sądach na temat magii. Musiał się mylić. Bo jeśli nie, to całe moje życie było skazanym na klęskę zmaganiem z wyimaginowanym wrogiem.

Obawiałam się, jest to wyłącznie moja wina. Wbrew moim zasadom pozwoliłam magii zakraść się do mojego życia, a wraz z nią wpuściłam do niego wampira. A za nim dziesiątki innych stworzeń. Przypomniałam sobie, w jaki sposób magia przyczyniła się do śmierci moich rodziców, i zaczęłam dostrzegać u siebie płytki oddech i gęsią skórkę, pierwsze objawy paniki.

– Życie bez magii jest jedynym sposobem na przeżycie, jaki znam. – Oddychałam powoli, starając się, żeby te uczucia nie zakorzeniły się we mnie, ale było to trudne, gdy w pokoju zjawiły się wywołane przeze mnie duchy mojej matki i ojca.

– Żyjesz jak kłamca… w dodatku nieprzekonywający. Wydaje ci się, że możesz uchodzić za zwykłego człowieka. – Matthew mówił rzeczowym, niemal obojętnym tonem. – Nie oszukasz nikogo oprócz samej siebie. Przyglądałem się, jak patrzą na ciebie. Wiedzą, że jesteś inna.

– To nonsens.

– Za każdym razem, gdy spoglądasz na Seana, on zapomina języka w gębie.

– Zalecał się do mnie, kiedy byłam studentką – powiedziałam wymijająco.

– Sean ciągle ma na ciebie ochotę, ale nie o to chodzi. Czy pan Johnson też jest jednym z twoich wielbicieli? Bo zachowuje się prawie tak samo jak Sean, trzęsie się przy każdej zmianie twojego humoru i martwi tym, że musi posadzić cię na innym miejscu. Ale dotyczy to nie tylko ludzi. Przestraszyłaś prawie na śmierć Dom Berna, kiedy odwróciłaś się i wlepiłaś w niego oczy.

– Tego mnicha z biblioteki? – W moim głosie pobrzmiewało niedowierzanie. – To ty go przestraszyłeś, nie ja!

– Znam się z Dom Bernem od 1718 roku – wyjaśnił rzeczowo Matthew. – Za dobrze mnie zna, żeby się mnie obawiać. Poznaliśmy się na domowym przyjęciu u księcia Chandosa, gdy śpiewał partię Damona w operze Äcis i Galatea Haendla. Zapewniam cię, że to twoja, a nie moja moc go przestraszyła.

– To jest świat ludzi, Matthew, nie opowieść ze świata baśni. Ludzi jest znacznie więcej i się nas boją. A nic nie jest potężniejsze od ludzkiego strachu… ani magia, ani potęga wampirów. Nic.

– Strach i niezgoda to rzeczy, które ludziom wychodzą najlepiej, Diano, ale to nie jest droga, którą mogłaby obrać czarownica.

– Ja się nie boję.

– Tak, boisz się – powiedział cicho, wstając. – Myślę, że czas odwieźć cię do domu.

– Posłuchaj – rzuciłam rozpaczliwie, czując, że potrzeba dowiedzenia się jak najwięcej o manuskrypcie każe mi odsunąć na bok wszystkie inne myśli – oboje interesujemy się Asmole'em 782. Wampir i czarownica nie mogą zostać przyjaciółmi, ale powinniśmy chyba umieć nawiązać jakąś współpracę?

– Nie jestem tego taki pewien – odparł obojętnym tonem Matthew.

Powrót do Oksfordu odbył się bez żadnych zakłóceń. Przyszło mi na myśl, że ludzie mają błędne wyobrażenia na temat wampirów. Aby uczynić z nich groźne istoty, wyobrazili sobie, że wampiry są krwiożercze. Ale tym, co przerażało mnie u Clairmonta, było jego duchowe oddalenie połączone z wybuchami gniewu i nagłymi zmianami nastroju.

Podjechaliśmy pod New College i Matthew wyjął z bagażnika moją matę.

– Miłego weekendu – powiedział chłodnym tonem.

– Dobranoc, Matthew. Dzięki za zawiezienie na seans jogi. – Mój głos był równie beznamiętny jak jego. Odeszłam, nie oglądając się za siebie, chociaż odprowadziło mnie spojrzenie jego chłodnych oczu.

ROZDZIAŁ 9

Matthew Clairmont minął rzekę Avon, przejeżdżając nad wysokimi, łukowato sklepionymi przęsłami mostu. Znalazł się wśród znajomego krajobrazu skalistych wzgórz Lanarkshire. Ta część Szkocji była niemal całkowicie pozbawiona łagodnych, pociągających akcentów i jej dzikie piękno odpowiadało jego dzisiejszemu nastrojowi. Skręcił w lipową aleję, która niegdyś prowadziła do pałacu, a teraz była już tylko dziwną pozostałością po bujnym życiu, którego nikt nie chciał pędzić. Podjechawszy pod tylne wejście do starego myśliwskiego pałacyku, gdzie chropowate brązowe kamienie ostro kontrastowały z kremową sztukaterią fasady, wysiadł z jaguara i wyjął torby z bagażnika.

Drzwi pałacyku otworzyły się zapraszająco.

– Świetnie wyglądasz, niech cię diabli.

Żylasty czarnowłosy demon o błyszczących brązowych oczach i haczykowatym nosie stanął z ręką na klamce i zlustrował przyjaciela od stóp do głów.

Hamish Osborne poznał Clairmonta prawie dwadzieścia lat wcześniej w Oksfordzie. Jak większość stworzeń o magicznych mocach, obaj byli nauczeni, żeby bać się jeden drugiego, toteż nie bardzo wiedzieli, jak się zachować. Stali się nieodłącznymi przyjaciółmi dopiero wtedy, gdy uświadomili sobie, że mają podobne poczucie humoru i te same filozoficzne pasje.

Przez twarz Matthew przemknęły złość i rezygnacja.

– Miło mi cię widzieć – powitał go burkliwym tonem, kładąc swoje rzeczy przy drzwiach. Wciągnął do płuc chłodny wyrazisty zapach domu, w którym mieszały się wonie starej wapiennej zaprawy i równie starego drewna, a także niepowtarzalna woń Hamisha – lawendy i mięty. Wampir chciał koniecznie oczyścić nos z zapachu czarownicy.

Zjawiła się zwykła ludzka istota, zarządca Hamisha, Jordan, który przyniósł ze sobą zapach cytrynowego środka do czyszczenia mebli i krochmalu. Nie usunął on całkowicie z nozdrzy wampira pozostawionego przez Dianę zapachu kapryfolium i szanty, ale przyniósł ulgę.

– To miło, sir, że nas pan odwiedził – rzekł Jordan, a potem ruszył w stronę schodów z bagażami Clairmonta. Jordan był zarządcą o starych dobrych zasadach. Nawet gdyby nie był dobrze opłacany, żeby trzymać za zębami sekrety swego pracodawcy, nigdy nie podzieliłby się z nikim wieścią, że Osborne jest demonem lub że czasami zadaje się z wampirami. Byłoby to tak samo nie do pomyślenia, jak wyznanie, że pan domu prosi go czasem, żeby podał na śniadanie masło orzechowe i kanapki z bananem.

– Dziękuję, Jordanie. – Matthew rozejrzał się po sieni na parterze, żeby uniknąć oczu Hamisha.

– Widzę, że zdobyłeś nowego Hamiltona – powiedział, a potem zaczął się z zachwytem przyglądać nieznanemu sobie pejzażowi na przeciwległej ścianie.

– Zazwyczaj nie zauważasz moich nowych nabytków. – Podobnie jak Matthew, także Hamish mówił z mieszanym akcentem Oksfordu i Cambridge, z dodatkiem czegoś jeszcze. W tym przypadku była to gwara z ulic Glasgow.