– Mówi, że sięga po magię tylko od czasu do czasu i wyłącznie w drobnych sprawach. – Matthew zawahał się, przeczesał palcami włosy, tak że połowa z nich stanęła dęba, i pociągnął łyk wina. – Ale przyjrzałem się jej i stwierdziłem, że używa jej częściej, niż o tym zapewnia. Czuję to nosem – powiedział, zdobywając się po raz pierwszy od przyjazdu na śmiały i otwarty ton. – Wydziela coś, co przypomina zapach, jaki unosi się podczas burzy z elektrycznymi wyładowaniami albo gdy latem uderzy piorun. Czasami wręcz to widzę. Diana emituje jakieś blaski, gdy jest zła albo zatopiona w pracy. – A także we śnie, pomyślał, marszcząc brwi. – Chryste Panie, mógłbym nawet powiedzieć, że czasami czuję to na języku.
– Emituje blaski?
– To nie jest coś, co można zobaczyć, chociaż można wyczuć tę energię w inny sposób. To ich chatoiement, migotanie czy promieniowanie, jakie emanują wiedźmy, jest bardzo słabe. Gdy byłem jeszcze młodym wampirem, tylko najpotężniejsze czarownice wydzielały te słabe świetlne impulsy. W tych czasach można się z tym spotkać tylko z rzadka. Diana nie uświadamia sobie, że to robi. I nie zdaje sobie sprawy ze znaczenia tego zjawiska. – Matthew wzdrygnął się i zacisnął pięść.
Demon spojrzał na zegarek. Było jeszcze wcześnie, ale wiedział już, z jakiego powodu jego przyjaciel przyjechał do Szkocji.
Matthew Clairmont był o krok od zakochania się. Wszedł Jordan punktualny jak zwykle.
– Chłopak podjechał dżipem, sir. Powiedziałem mu, że dziś nie będzie pan potrzebował jego pomocy. – Zarządca wiedział, że jeśli w domu jest wampir, to nie trzeba pomocnika ani przewodnika, żeby wytropić jelenia.
– Doskonale. – Hamish wstał i osuszył swój kieliszek. Bardzo chętnie wypiłby więcej whiskey, ale lepiej było zachować trzeźwą głowę.
Matthew spojrzał na niego.
– Wiesz co, Hamish, pojadę sam. Zapoluję samotnie. – Wampir nie lubił polować w towarzystwie ciepłokrwistych, kategorii, do której należeli zwykli ludzie, demony i czarodzieje. Zwykle robił wyjątek dla Hamisha, ale dziś, gdy próbował zapanować nad pożądaniem, wolał być sam.
– Och, nie jedziemy na polowanie – rzekł Hamish z przekorną iskierką w oku. – Jedziemy robić podchody. – Demon miał pewien plan. Zakładał on zajęcie umysłu przyjaciela czym innym, dopóki nie przestanie się pilnować i z własnej woli nie wyjawi tego, co działo się w Oksfordzie, nie czekając, aż Hamish to z niego wyciągnie. – Jedź, dzień jest taki piękny. Dobrze sie zabawisz.
Wyszedłszy na dwór, Matthew wsiadł z ponurą miną do poobijanego dżipa Hamisha. Obaj lubili myszkować w nim po okolicy, gdy Matthew odwiedzał go w Cadzow, choć land rover był też ulubionym pojazdem członków wielkich szkockich klubów łowieckich. Wampirowi nie przeszkadzało, że podczas jazdy było w nim lodowato, a Hamish brał tę jego supermęskość za coś zabawnego.
Pnąc się w górę w kierunku terenów, na których żerowały jelenie, Hamish wrzucał często niższe biegi i wampir kulił się przy każdym zgrzycie przekładni. W pewnej chwili Matthew zauważył parę jeleni na pobliskiej skale i polecił Hamishowi, żeby się zatrzymał. Spokojnie wysiadł z samochodu i jak zahipnotyzowany przykucnął przy przednim kole.
Hamish uśmiechnął się i przykucnął obok niego.
Obaj tropili jelenie już wcześniej, toteż demon wiedział, czego Matthew potrzebuje. Wampir nie zawsze wysysał z nich krew, chociaż dziś Hamish był pewien, że pozostawiony samemu sobie Matthew wróci po zmroku nasycony, a na jego posiadłości ubędą dwa jelonki. Jego przyjaciel był zarazem stworzeniem drapieżnym i mięsożernym. Tym, co wyróżniało wampiry, było zresztą samo polowanie, a nie to, czy i czym się żywiły. Czasami, gdy wampira naszła chandra, po prostu szedł w pole i tropił wszystko, co się nawinęło, ale nie zabijał.
Podczas gdy Matthew obserwował jelenia, demon przyglądał się mu. Wyczuwał, że przyjaciel ma kłopoty w Oksfordzie.
Matthew czekał cierpliwie kilka następnych godzin, zastanawiając się, czy warto ścigać jelenie. Dzięki nadzwyczajnym zmysłom powonienia, wzroku i słuchu śledził ich ruchy, znał ich przyzwyczajenia i przewidywał każdą ich reakcję na trzask łamanej gałązki czy lecącego ptaka. Obserwował je chciwym okiem, ale nigdy nie okazywał zniecierpliwienia. Decydujący moment nadchodził wtedy, gdy jego ofiara uznawała, że została zwyciężona i się poddawała.
Światło dnia zaczynało już przygasać, gdy podniósł się w końcu i kiwnął głową Hamishowi. Wystarczyło na pierwszy dzień i, chociaż nie potrzebował światła, żeby dostrzec jelenia, wiedział, że Hamish go potrzebuje, żeby zjechać po zboczu góry.
Było już całkiem ciemno, gdy wrócili do myśliwskiego pałacyku. Jordan pozapalał wszystkie światła; teraz budynek wyglądał jeszcze bardziej śmiesznie, stojąc na zboczu pośrodku zupełnej pustki.
– Ten dom zawsze był bez sensu – powiedział Matthew obojętnym tonem, w którym mimo to kryła się uszczypliwość. – Robert Adam był szaleńcem, żeby przyjąć zlecenie na budowę.
– Już wiele razy wyrażałeś zdanie na temat tej mojej małej ekstrawagancji – odparł pogodnie Hamish – i nie przejmuję się tym, że lepiej ode mnie rozumiesz zasady projektowania architektonicznego, ani tym, że twoim zdaniem Adam popadł w obłąkanie, wznosząc to „pomylone szaleństwo”, jak je nazywasz, pośrodku dziczy Lanarkshire. Lubię ten dom i żadna twoja opinia tego nie zmieni. – Regularnie odbywali tę rozmowę w różnych wersjach, od czasu gdy Hamish doniósł wampirowi, że kupił ten domek, razem z meblami, pomocnikiem łowieckim i Jordanem, od arystokraty, który nie wiedział, jak z niego korzystać, i nie miał pieniędzy na jego naprawy. Matthew był przerażony. Ale Hamish traktował Cadzow jako znak, że wzniósł się na tyle wysoko ponad swoje korzenie w Glasgow, że może wydawać pieniądze na coś niepraktycznego, co może lubić zupełnie bezinteresownie.
– Hm… – mruknął Matthew, rzucając chmurne spojrzenie.
Gderliwe usposobienie jest lepsze od podniecenia, pomyślał Hamish. Przeszedł do następnego punktu swojego planu.
– Kolacja o ósmej – zapowiedział – w jadalni.
Matthew nie cierpiał jadalni, dużego wysokiego pomieszczenia, w którym hulały przeciągi. Co ważniejsze, denerwowało ono wampira, ponieważ było zbytkowne i kobiece. Ale był to ulubiony pokój Hamisha.
– Nie jestem głodny – jęknął Matthew.
– Jesteś wygłodzony – rzucił ostro Hamish, przyglądając się zabarwieniu skóry i cerze przyjaciela. – Kiedy miałeś ostatni porządny posiłek?
– Kilka tygodni temu. – Matthew wzruszył ramionami, okazując jak zwykle lekceważący stosunek do mijającego czasu. – Nie pamiętam.
– Dziś wieczorem posilisz się winem i zupą. Co będziesz jadł jutro, zależy od ciebie. Chcesz pobyć trochę sam przed kolacją czy zaryzykujesz ze mną partyjkę bilardu? – Hamish był świetnym bilardzistą, a jeszcze lepiej grał w snookera, którego nauczył się jako nastolatek. Swoje pierwsze pieniądze zarobił w salach bilardowych Glasgow i wygrywał prawie z każdym. Matthew postanowił nie grać z nim więcej w snookera, twierdząc, że nie znajduje nic zabawnego w przegrywaniu za każdym razem, nawet z przyjacielem. Wampir próbował nauczyć go za to karambol, dawnej francuskiej gry, w której używało się bili i kijów, ale w tej grze wygrywał zawsze Matthew. Rozsądnym kompromisem był bilard.
Nie mogąc oprzeć się pokusie walki jakiegokolwiek rodzaju, Matthew się zgodził.
– Przebiorę się i zaraz przyjdę.