Pomieszczenie wypełnione było po brzegi różnymi stworzeniami. Podzieliły się. Przy jednym z długich stołów siedziały tylko demony, ale co ciekawe, przed żadnym z nich nie leżała nawet jedna, otwarta lub zamknięta książka. Wampiry zajmowały inny stół. Siedziały bez ruchu, nie mrugnąwszy nawet okiem. Czarownice robiły wrażenie, jakby coś studiowały, ale ich zmarszczone brwi wskazywały nie na skupienie, ale raczej na poirytowanie tym, że demony i wampiry zajęły stoły najbliższe klatki schodowej.
– Trudno się dziwić, że nie mieszamy się między sobą. Żadna ludzka istota nie mogłaby tego nie zauważyć – orzekła Miriam.
– Czy ja znowu coś zmalowałam? Co? – zapytałam szeptem.
– Nic. Matthew jest dziś nieobecny – odparła rzeczowo Miriam.
– Dlaczego oni tak się go boją?
– Musisz zapytać o to jego samego. Wampiry nie zajmują się plotkami. Ale nie martw się – dodała, obnażając ostre białe zęby – wszystko działa doskonale, więc nie masz się czego obawiać.
Włożyłam ręce do kieszeni i pomknęłam w dół po schodach, a potem przecisnęłam się przez tłum turystów na dziedzińcu. U Blackwella przełknęłam kanapkę i wypiłam butelkę wody. Miriam uchwyciła moje spojrzenie, gdy przechodziłam koło niej do wyjścia. Przerwała lekturę artykułu o jakimś tajemniczym morderstwie i ruszyła za mną.
– Diano – powiedziała spokojnie, kiedy wchodziłyśmy w bramę biblioteki – co ty knujesz?
– Nie twój interes – odcięłam się. Miriam westchnęła.
Wróciłam do czytelni księcia Humfreya i zauważyłam czarodzieja w tweedowej marynarce. Miriam przyglądała nam się uważnie ze środkowego przejścia, nieruchoma jak posąg.
– Ma pan do mnie jakiś interes?
Pochylił na bok głowę, potwierdzając moje domysły.
– Nazywam się Diana Bishop – powiedziałam, wyciągając rękę.
– Peter Knox. Wiem doskonale, kim pani jest, córką Rebecki i Stephena. – Dotknął lekko koniuszków moich palców. Leżała przed nim XIX-wieczna księga uroków, a obok niej piętrzył się stos książek na ten temat.
Jego nazwisko było mi znane, choć nie kojarzyłam go z niczym. Poczułam niepokój, słysząc w ustach czarodzieja imiona moich rodziców.
– Proszę poprosić swoich przyjaciół, żeby… opuścili bibliotekę. Dziś zjawiają się nowi studenci. Nie chce pan chyba, żeby się wystraszyli.
– Jestem pewien, doktor Bishop, że gdybyśmy zamienili spokojnie kilka słów, doszlibyśmy do jakiegoś porozumienia – odparł, popychając okulary na grzbiet nosa. Im bliżej Knoxa się znajdowałam, tym większe czułam zagrożenie. Poczułam złowróżbne ukłucia pod paznokciami.
– Nie ma się pani czego obawiać z mojej strony – powiedział smutnym tonem. – Ale z drugiej strony ten wampir…
– Jest pan przekonany, że natrafiłam na coś, co jest własnością czarodziejów – przerwałam mu. – Nie mam już tego. Jeśli chce pan wziąć do ręki manuskrypt Ashmole 782, na stole przed panem znajdują się rewersy.
– Nie rozumie pani złożoności całej sytuacji.
– Nie, i nie chcę nic o tym wiedzieć. Proszę zostawić mnie w spokoju.
– Pod względem fizycznym jest pani bardzo podobna do swojej matki. – Wzrok Knoxa przesunął się po mojej twarzy. – Ale widzę, że ma pani też w sobie coś z uporu Stephena.
Poczułam zawiść i poirytowanie, jakie towarzyszyły mi zawsze, gdy jakaś czarownica albo czarodziej wspominali moich rodziców lub dzieje mojej rodziny, tak jakby mieli wobec nich takie sama prawa jak ja.
– Spróbuję to zrobić – ciągnął – ale nie mam władzy nad tymi zwierzętami. – Mówiąc to, wskazał ręką część czytelni po drugiej stronie przejścia, gdzie siedziała jedna ze Straszliwych Sióstr, przyglądając się nam z ciekawością. Zawahałam się, a potem podeszłam do niej.
– Jestem pewna, że słyszała pani naszą rozmowę, a z pewnością wie pani także, że jestem już pod bezpośrednim nadzorem dwojga wampirów – zagaiłam. – Może pani pozostać, jeśli nie ufa pani Clairmontowi i Miriam. Ale proszę wyprosić pozostałych z górnej czytelni.
– Wampiry prawie nigdy nie poświęcają czarownicom nawet jednej chwili, ale pani, Diano Bishop, ma dziś w zapasie pełno niespodzianek. Niech no tylko opowiem mojej siostrze Clarissie, co jej umknęło. – Słowa wampirzycy popłynęły soczystym niespiesznym strumieniem, zdradzającym nienaganne pochodzenie i dobre wychowanie. Uśmiechnęła się, jej zęby zalśniły w przyćmionym świetle średniowiecznego skrzydła. – Taka dziecina jak pani rzuca wyzwanie Knoxowi? Co za historię będę miała do opowiedzenia.
Odwróciłam oczy od jej nienagannych rysów i ruszyłam na poszukiwanie znajomej demonicznej twarzy.
Rozmiłowany w kawie z mlekiem demon krążył koło gniazdek komputera, mając na głowie słuchawki i mrucząc cichutko do taktu z muzyką, której nie mógł słyszeć, gdyż koniec kabla zwisał swobodnie w okolicy jego krocza. Gdy tylko zdjął z uszu białe plastikowe krążki, próbowałam dać mu do zrozumienia powagę sytuacji.
– Proszę posłuchać, może pan tutaj surfować sobie po sieci. Ale mamy problem na dole. Nie ma potrzeby, żeby pilnowały mnie dwa tuziny demonów.
Demon chrząknął wyrozumiale.
– Niebawem pozna pani powody.
– Czy one nie mogłyby mnie pilnować z większej odległości? Z teatru Sheldonian? Albo z Białego Konia? – zaproponowałam. – Bo jeśli nie, to zwyczajni czytelnicy zaczną zadawać pytania.
– My nie jesteśmy tacy jak wy – powiedział w zamyśleniu.
– Czy to oznacza, że nie możecie, czy nie chcecie tego zrobić? – Starałam się nie okazać niecierpliwości.
– Na jedno wychodzi. My też chcemy się dowiedzieć. To było nie do zniesienia.
– Gdybyście mogli zwolnić choć trochę krzeseł, byłoby to mile widziane.
Miriam ciągle mnie obserwowała. Nie zwracając na nią uwagi, wróciłam na moje miejsce.
Pod koniec kompletnie bezproduktywnego dnia uszczypnęłam się w czubek nosa, rzuciłam ciche przekleństwo i się spakowałam.
Następnego ranka Biblioteka Bodlejańska była znacznie mniej zatłoczona. Miriam pisała coś z zapałem i nie podniosła oczu, gdy przechodziłam obok niej. Clairmont się nie pokazał. Mimo to wszyscy przestrzegali zasad, jakie wyraźnie, choć po cichu ustanowił, i trzymali się z dala od Selden End. Gillian siedziała w skrzydle średniowiecznym pochylona nad swoimi papirusami, podobnie jak obie Straszliwe Siostry i kilka demonów. Gdyby nie liczyć Gillian, która rzeczywiście zajmowała się pracą, cała reszta tylko udawała doskonale, że coś robi. A kiedy w południe, po wypiciu kubka gorącej herbaty zajrzałam przez wahadłowe drzwi do górnej czytelni, spojrzało na mnie tylko kilka istot. Był wśród nich muzykalny demon, który lubił kawę. Uniósł palce i mrugnął do mnie porozumiewawczo.
Wykonałam znaczną ilość pracy, choć nie tyle, żeby nadrobić zaległości z wczorajszego dnia. Zaczęłam od czytania niezwykle zawiłych, alchemicznych poematów, które przypisywano Miriam, siostrze Mojżesza. Jeśli nie poskąpisz im pełnych trzech godzin, głosił jeden z ustępów poematu, potrójny łańcuch skutków z nich się narodzi. Znaczenie tych linijek pozostało dla mnie tajemnicą, chociaż najprawdopodobniej mówiły one o chemicznym połączeniu srebra, złota i rtęci. Czy na podstawie tego poematu Chris mógłby wykonać doświadczenie? Zastanawiałam się nad tym, notując procesy chemiczne, jakie mogły tu wchodzić w grę.
Przeszedłszy do innego, anonimowego wiersza zatytułowanego Poemat o Potrójnym Ogniu Mądrości, stwierdziłam podobieństwa między jego fantazyjną treścią i iluminacją przedstawiającą alchemiczną górę, którą oglądałam wczoraj. W zagadkowych słowach mówił o kopalniach i kopaczach ryjących ziemię w poszukiwaniu cennych metali i kamieni: