Dwa stare Kamienie kopalnia ta kryła, Stąd dla starożytnych Ziemią Świętą była; Wiedzieli, skąd wartość i moc ich pochodzą, jak ich Natury ze sobą się godzą, Bo gdy z czystym Srebrem złączysz je lub Złotem, Odkryją przed tobą skarbów swych istotę.
Jęknęłam. Moje badania skomplikowałyby się jeszcze bardziej, gdybym miała połączyć z nauką nie tylko sztuki wizualne, ale także poezję.
– Pewnie niełatwo ci jest skupić się na badaniach, gdy obserwują cię wampiry.
Koło mnie stała Gillian Chamberlain, a jej piwne oczy lśniły ukrywaną wrogością.
– Czego sobie życzysz, Gillian?
– Przychodzę jak przyjaciel, Diano. Pamiętasz chyba, że jesteśmy siostrami? – Błyszczące czarne włosy Gillian sięgały kołnierza jej bluzki. Ich gładkie proste pasma sugerowały, że nie niepokoją jej przypływy elektrycznych ładunków. Musiała regularnie uwalniać swoją moc. Wzdrygnęłam się.
– Nie mam żadnych sióstr, Gillian. Jestem jedynaczką.
– To też ma swoją wartość. Twoja rodzina spowodowała za dużo kłopotów. Pomyśl choćby o tym, co wydarzyło się w Salem. Wszystkiemu była winna Bridget Bishop – stwierdziła zjadliwym tonem Gillian.
Znowu do tego wracamy, pomyślałam, zamykając tom leżący przede mną. Wciąż jeszcze Bishopowie byli niewyczerpanym tematem rozmów.
– O czym ty mówisz, Gillian? – spytałam ostro. – Bridget Bishop została uznana za winną czarnoksięstwa i stracona. Nie wywołała polowania na czarownice, ale podobnie jak inne padła jego ofiarą. Wiesz o tym równie dobrze, jak wszystkie czarownice w tej bibliotece.
– Bridget Bishop ściągnęła na siebie uwagę ludzi, najpierw tymi swoimi lalkami, a potem wyzywającymi strojami i niemoralnym prowadzeniem się. Gdyby nie ona, histeryczne podniecenie ludzi prędko by minęło.
– Uwolniono ją od zarzutu praktykowania czarów – odparłam, jeżąc się.
– Tak, w roku 1680, ale nikt w to nie uwierzył. Nie było to możliwe, jak znaleźli w ścianie jej piwnicy lalki, które były poprzekłuwane szpilkami i miały pourywane główki. Bridget nie zrobiła potem nic, żeby uchronić od podejrzeń swoje przyjaciółki czarownice. Była taka niezależna i samolubna. – Gillian ściszyła głos. – To była także fatalna wada twojej matki.
– Dość tego, Gillian. – Powietrze wokół nas wydawało się niezwyczajnie zimne i przejrzyste.
– Twoja matka i ojciec woleli po swoim ślubie trzymać się na uboczu, całkiem tak jak ty, myśląc, że nie potrzebują wsparcia sabatu z Cambridge. Ale dostali nauczkę, nieprawda?
Zamknęłam oczy, ale nie mogłam oddalić widoku, o którym starałam się zapomnieć przez większą część mojego życia – poszarpanych, okrwawionych ciał mojej matki i ojca, leżących gdzieś w Nigerii w środku narysowanego kredą koła. Moja ciotka nie chciała wówczas podać mi szczegółów ich śmierci, więc wymknęłam się do publicznej biblioteki, żeby na nich popatrzeć. Tam po raz pierwszy zobaczyłam w gazecie ich zdjęcie i tragiczny nagłówek, który mu towarzyszył. Potem latami prześladowały mnie senne majaki.
– Sabat z Cambridge nie był w stanie zrobić nic, co by mogło zapobiec zamordowaniu moich rodziców. Zabili ich przerażeni ludzie z innego kontynentu. – Chwyciłam oparcia fotela, mając nadzieję, że nie zobaczy moich pobielałych kłykci.
Gillian zaśmiała się niemiło.
– To nie byli ludzie, Diano. Gdyby tak było, mordercy zostaliby schwytani i należycie potraktowani. – Pochyliła się, zbliżając twarz do mojej twarzy. – Rebecca Bishop i Stephen Proctor ukrywali przed innymi czarodziejami jakieś sekrety. Chcieliśmy je poznać. Ich śmierć była godnym pożałowania, ale koniecznym wydarzeniem. Twój ojciec miał w sobie moc, o jakiej my mogliśmy tylko marzyć.
– Przestań mówić o mojej rodzinie i moich rodzicach tak, jakbyś miała do nich jakieś prawa – upomniałam ją. – Zostali zabici przez ludzi. – Huczało mi w uszach, a chłód, który nas spowijał, zaczął się pogłębiać.
– Jesteś tego pewna? – spytała szeptem Gillian, przyprawiając mnie o kolejny dreszcz. – Jesteś czarownicą, więc powinnaś wiedzieć, czy ja cię okłamuję.
Starałam się zachować obojętny wyraz twarzy i nie okazać zmieszania. To, co Gillian powiedziała o moich rodzicach, nie mogło być prawdą, ale jej słowa nie wywołały żadnych delikatnych objawów, które zazwyczaj towarzyszyły okłamywaniu się przez czarownice, takich jak iskierki poirytowania czy obezwładniające uczucie pogardy.
– Następnym razem, zanim odrzucisz zaproszenie na zgromadzenie sabatu, pomyśl o tym, co przydarzyło się Bridget Bishop i twoim rodzicom – mruknęła Gillian, trzymając usta tak blisko moich uszu, że owionął mnie jej oddech. – Czarownica nie powinna mieć tajemnic przed innymi czarownicami. A jeśli ma, może się jej przydarzyć coś złego.
Gillian wyprostowała się i przez kilka chwil wpatrywała się we mnie. Jej wzrok przyprawił mnie o mrowienie, które stawało się coraz bardziej nieznośne. Skupiłam uwagę na zamkniętym manuskrypcie, który leżał przede mną, i nie spojrzałam w jej oczy.
Po jej odejściu powietrze wróciło do normalnej temperatury. Gdy moje serce przestało walić jak szalone i ucichł huk w moich uszach, trzęsącymi się rękami spakowałam dobytek, pragnąc jak najprędzej wrócić do mieszkania. Poczułam w całym ciele przypływ adrenaliny. Nie wiedziałam, jak długo to potrwa, zanim pozbędę się uczucia paniki.
Zdołałam bez kłopotu opuścić bibliotekę, unikając ostrego spojrzenia Miriam. Jeśli Gillian miała słuszność, powinnam obawiać się nie strachu ludzi, ale zazdrości innych czarownic. A wzmianka o mocach, jakie kryły się w moim ojcu, sprawiła, że w zakamarkach świadomości mignęło mi coś na pół zapomnianego, czego jednak nie zdołałam pochwycić wystarczająco długo, aby zobaczyć to wyraźnie.
Fred powitał mnie ze swej budki w New College garścią listów. Na wierzchu leżała gruba kremowa koperta z czerpanego papieru, wyróżniająca się wyraźnym siateczkowym wzorem.
Było to zawiadomienie od dyrektora wzywające mnie na drinka przed kolacją.
Znalazłszy się w mieszkaniu, zaczęłam się zastanawiać, czy nie zadzwonić do jego sekretarza i nie wymówić się chorobą, żeby wykręcić się od zaproszenia. Byłam skołowana i przypuszczałam, że w tym stanie nie przełknę nawet kropelki sherry.
Ale college potraktował mnie uprzejmie, gdy poprosiłam o lokum, w którym mogłabym zamieszkać. Powinnam zdobyć się przynajmniej na to, żeby osobiście podziękować za tę uprzejmość. Moje poczucie zawodowego obowiązku zaczęło przeważać nad niepokojem obudzonym przez Gillian. Chwytając się powinności naukowca niczym liny ratowniczej, postanowiłam wyrazić dyrektorowi moją wdzięczność.
Przebrałam się i znalazłszy się przed drzwiami jego mieszkania, nacisnęłam dzwonek. Otworzył je pracownik biura uczelni i zaprosił mnie do środka, a potem zaprowadził do salonu.
– Witam panią, doktor Bishop. – W kącikach niebieskich oczu Nicholasa Marsha widać było zmarszczki, a jego śnieżnobiałe włosy i okrągłe czerwone policzki upodabniały go do Świętego Mikołaja. Uspokojona jego ciepłem i uzbrojona w poczucie zawodowego obowiązku uśmiechnęłam się.
– Panie profesorze Marsh – powiedziałam, ściskając jego wyciągniętą rękę – dziękuję za zaproszenie.
– Obawiam się, że ono jest spóźnione. Ale wie pani, byłem we Włoszech.
– Tak, wiem, mówił mi o tym pan kwestor.
– Spodziewam się zatem, że wybaczyła mi pani zaniedbywanie przez tak długi okres pani osoby – powiedział. – Mam nadzieję wynagrodzić to pani, poznając panią z moim starym przyjacielem, który od kilku dni przebywa w Oksfordzie. Jest znanym autorem, pisuje o rzeczach, które mogłyby panią zainteresować.