Выбрать главу

Marsh odsunął się na bok, odsłaniając mi widok na gęste, przyprószone siwizną kasztanowate włosy i rękawy brązowej marynarki z tweedu. Zamarłam ze zmieszania.

– Przedstawiam pani pana Petera Knoxa – rzekł, ujmując mnie delikatnie za łokieć. – Zna pani prace.

Czarodziej podniósł się z miejsca. W końcu zidentyfikowałam to, co mi umykało. Nazwisko Knoxa znajdowało się w gazetowym opisie morderstw dokonanych przez wampira. Był ekspertem wzywanym przez policję w przypadku śledztw dotyczących zabójstw, które mogły mieć jakiś związek z praktykami okultystycznymi.

– Miło mi, doktor Bishop – odezwał się Knox, wyciągając rękę. – Widziałem panią w Bibliotece Bodlejańskiej.

– Tak, wydaje mi się, że istotnie. – Wyciągnęłam rękę i stwierdziłam z ulgą, że moje palce nie strzelają iskrami. Dopilnowałam, żeby nasz uścisk dłoni trwał jak najkrócej.

Koniuszki palców jego prawej ręki lekko drgnęły, cofając się jakby i rozluźniając w niedostrzegalny sposób, którego nie zauważyłaby żadna ludzka istota. Przypomniało mi to lata dzieciństwa, gdy dłonie mojej matki wykonywały podobne drgnienia przy zagniataniu naleśników i składaniu bielizny. Zamknęłam oczy, oczekując w napięciu na cały strumień podobnych magicznych trików. Zadzwonił telefon.

– Obawiam się, że będę musiał odebrać – przeprosił Marsh. – Usiądźcie, proszę.

Zajęłam miejsce możliwie najdalej od Knoxa, przysiadając na drewnianym krześle z prostym oparciem, na którym siadali zwykle nieszczęśni młodsi pracownicy college'u, którzy popadli w niełaskę.

Siedzieliśmy w milczeniu, podczas gdy Marsh mruczał i bąkał coś do słuchawki. Wreszcie nacisnął guzik na konsolecie i podszedł do mnie z kieliszkiem sherry w dłoni.

– Dzwonił zastępca kanclerza. Dwóch nowych gdzieś się zapodziało – powiedział, sięgając po określenie z uniwersyteckiej gwary oznaczające studentów z pierwszego roku. – Porozmawiajcie sobie, a ja tymczasem załatwię tę sprawę w moim biurze. Proszę o wybaczenie.

Gdzieś daleko otworzyły się i zamknęły drzwi, po czym z korytarza doszły stłumione głosy. Wreszcie zapadła cisza.

– Zagubieni studenci? – spytałam kpiącym tonem. Musiała to być sprawka Knoxa, który za pomocą magii zaaranżował zarówno tę kłopotliwą sytuację, jak i telefon, żeby odciągnąć Marsha.

– Nie rozumiem, pani doktor Bishop – mruknął Knox. – Wydaje się, że to prawdziwy pech dla uniwersytetu, jeśli dwoje dzieci gdzieś się zagubi. Ale dzięki temu możemy przynajmniej zamienić prywatnie parę słów.

– A o czym mielibyśmy ze sobą rozmawiać? – Powąchałam moją sherry i pomodliłam się w duchu o szybki powrót dyrektora.

– O bardzo wielu sprawach.

Spojrzałam w stronę drzwi.

– Nicholas będzie zajęty wystarczająco długo, żebyśmy mogli dokończyć rozmowę.

– Więc kończmy ją czym prędzej, żeby dyrektor mógł wrócić i wypić swojego drinka.

– Jak pani sobie życzy – powiedział Knox. – Proszę mi powiedzieć, co panią sprowadziło do Oksfordu, doktor Bishop.

– Alchemia. – Postanowiłam odpowiadać na pytania tego typka, choćby po to, żeby Marsh mógł wrócić do pokoju, ale nie zamierzałam powiedzieć mu więcej, niż należało.

– Musiała pani wiedzieć, że Ashmole 782 jest pod urokiem. Nie umknęłoby to nikomu, kto ma w żyłach choć odrobinę krwi Bishopów. Dlaczego odesłała go pani z powrotem do magazynu? – Knox wlepił we mnie ostre spojrzenie swoich brązowych oczu. Pożądał tego manuskryptu równie mocno jak Matthew Clairmont, jeśli nie bardziej.

– Dokończyłam badania nad nim – odparłam, zdobywając się z trudem na obojętny ton.

– Czy manuskrypt nie miał w sobie nic, co mogło obudzić pani zaciekawienie?

– Nic.

Peter Knox skrzywił się niechętnie. Wiedział, że kłamię.

– Czy podzieliła się pani swoimi obserwacjami z tym wampirem?

– Domyślam się, że ma pan na myśli profesora Clairmonta. – Kiedy istoty o nadnaturalnych mocach nie wymieniają czyjegoś nazwiska, wskazują w ten sposób, że zainteresowana osoba stoi niżej niż one.

Knox znowu wyprostował palce. Już myślałam, że wyceluje nimi we mnie, ale zacisnął je na poręczach swojego fotela.

– Wszyscy odnosimy się z szacunkiem do pani rodziny i do tego, co musiała pani znieść. Mimo to pojawiły się kwestie dotyczące pani nienormalnego zbliżenia do tego stworzenia. Tego rodzaju samowolnym zachowaniem sprzeniewierza się pani swojemu pochodzeniu. To się musi skończyć.

– Profesor Clairmont jest moim kolegą naukowcem – powiedziałam, starając się oddalić rozmowę od spraw mojej rodziny – a ja nic nie wiem o tym manuskrypcie. Miałam go przed sobą zaledwie kilka minut. Tak, wiem, że był pod urokiem. Ale to nie miało dla mnie znaczenia, ponieważ zamówiłam go, żeby zbadać jego treść.

– Ten wampir od przeszło stu lat próbuje zdobyć tę księgę – rzucił zjadliwym tonem Knox. – Nie wolno dopuścić, żeby wpadła w jego ręce.

– Dlaczego? – Mój głos pobrzmiewał powstrzymywaną złością. – Bo należy ona do czarodziejów? Wampiry i demony nie są w stanie rzucić na nic uroku. Tę księgę zaczarowała jakaś czarownica czy czarnoksiężnik, a teraz znalazła się ona znowu pod tym samym urokiem. Co pana tak niepokoi?

– Więcej niż byłaby pani w stanie pojąć, doktor Bishop.

– Jestem przekonana, panie Knox, że rozumiem to i owo – odparłam. Celowo podkreśliłam to, że mój rozmówca nie jest akademikiem. Knox skrzywił się nieprzyjemnie. Za każdym razem, gdy czarnoksiężnik wymieniał mój tytuł naukowy, brzmiało to jak szyderstwo, tak jakby chciał dać mi do zrozumienia, że to on, a nie ja, jest prawdziwym ekspertem. Mogłam nie używać moich mocy, mogłam też nie sięgać po utracone klucze do królestwa magii, ale nie mogłam dopuścić, żeby ten czarodziej zdobył nade mną przewagę.

– Martwi mnie, że pani, osoba z rodu Bishopów, zadaje się z wampirem. – Uniósł rękę, widząc, że zamierzam zaprotestować. – Nie obrażajmy się nawzajem, upierając się przy kłamstwach. Zamiast naturalnego wstrętu do tego zwierzęcia, pani odczuwa wobec niego wdzięczność.

Kipiałam ze złości, ale nie odezwałam się ani słowem.

– Martwi mnie to, ponieważ jesteśmy niebezpiecznie blisko zwrócenia na siebie uwagi ludzi – ciągnął Knox.

– Próbowałam przepędzić wszystkich z biblioteki.

– Och, ale tu nie chodzi wyłącznie o bibliotekę, nieprawdaż? Jakiś wampir pozostawia wyssane z krwi martwe trupy w Westminsterze. Demony są w stanie niezwykłego podniecenia, gotowe ulec własnym szaleństwom i reakcjom na zawirowania energii w świecie. Nie możemy dopuścić, żeby to zauważono.

– Powiedział pan dziennikarzom, że w tych morderstwach nie ma nic nienormalnego.

Na twarzy Knoxa odmalowało się zdumienie.

– Chyba nie oczekuje pani, że powiem ludziom całą prawdę?

– Rzeczywiście, tego bym się spodziewała, skoro płacą panu właśnie za to.

– Jest pani nie tylko samowolna, ale i nierozważna. Zaskakuje mnie to, doktor Bishop. Pani ojciec był znany z rozsądku.

– Mam za sobą długi dzień pracy. Czy to wszystko? – Podniosłam się nagle i ruszyłam w stronę drzwi. Nawet w normalnych okolicznościach trudno mi było słuchać kogokolwiek, z wyjątkiem Sarah i Em, kto wygłaszał opinie o moich rodzicach. Teraz, po rewelacjach Gillian, uznałam to niemal za nieprzyzwoitość.

– Nie, jeszcze nie – odparł poirytowanym tonem Knox. – Tym, co obecnie intryguje mnie najbardziej, jest kwestia, w jaki sposób taka ignorancka, niewyszkolona czarownica jak pani zdołała złamać urok, który nie poddał się wysiłkom ekspertów, którym pani nigdy nie dorówna.

– Więc to dlatego chodzicie za mną. – Usiadłam z powrotem, wciskając plecy w listwy oparcia krzesła.