Выбрать главу

– Teraz odrobina opiekuńczości wydaje mi się całkiem na miejscu.

Moja odpowiedź musiała poruszyć w nim czułą strunę, bo w jego oczach pojawiła się bezradność.

– Przypomnę ci o tym, jak zaczniesz narzekać – obiecał. Jego surowość prędko ustąpiła wymuszonemu rozbawieniu.

Auto skręciło z Holywell Street pod sklepioną bramę college'u. Na jego widok Fred uśmiechnął się szeroko, ale zaraz potem spojrzał dyskretnie w bok. Czekałam, aż Matthew otworzy drzwi, rozglądając się po wnętrzu, żeby się upewnić, że nie zostało w nim nic mojego, nawet opaska na włosy. Nie chciałam wysyłać go znowu do Szkocji.

– Ale w tym wszystkim chodzi o coś więcej niż tylko o Knoxa i manuskrypt – powiedziałam z naciskiem, kiedy wręczył mi moją matę. Z jego zachowania można by wywnioskować, że nie ma żadnych istot nachodzących mnie ze wszystkich stron.

– To może poczekać, Diano. Nie martw się. Peter Knox nie podejdzie do ciebie bliżej niż na piętnaście metrów. – Powiedział to posępnym tonem, dotykając ampułki pod swetrem.

Potrzebne nam było spędzenie razem jakiegoś czasu – nie w bibliotece, ale tylko we dwoje.

– Nie wpadłbyś jutro do mnie na kolację? – spytałam, ściszając głos. – Moglibyśmy porozmawiać o tym, co się wydarzyło.

Matthew znieruchomiał, na jego twarzy pojawiło się zakłopotanie, któremu towarzyszyło coś, czego nie umiałam zidentyfikować. Ujął lekko palcami pielgrzymi amulet, ale puścił go prędko.

– Z przyjemnością – zgodził się niespiesznie.

– To dobrze. – Uśmiechnęłam się. – Odpowiada ci siódma trzydzieści?

Skinął potakująco głową i posłał mi nieśmiały uśmiech. Ruszyłam w stronę schodów, ale już po dwóch krokach uświadomiłam sobie, że do jutrzejszego wieczoru muszę rozwiązać pewien problem.

– Co jadasz? – szepnęłam, rumieniąc się.

– Jestem wszystkożerny – odparł Matthew. Jego twarz rozjaśniła się w jeszcze szerszym uśmiechu, na którego widok serce zabiło mi żywiej.

– A więc o siódmej trzydzieści. – Odwróciłam się, kręcąc głową i śmiejąc się z jego bezużytecznej odpowiedzi. – Och, jeszcze jedna sprawa – przypomniałam sobie. – Pozwól Miriam zająć się jej własną pracą. Ja naprawdę jestem w stanie sama zatroszczyć się o siebie.

– Ona też tak mówi – powiedział Matthew, wracając na miejsce za kierownicą. – Zastanowię się nad tym. Ale jutro będę jak zwykle w czytelni księcia Humfreya. – Wsiadł do samochodu, lecz widząc, że nie ruszam się z miejsca, opuścił szybę w drzwiach.

– Nie odjadę, dopóki nie znikniesz mi z pola widzenia – oznajmił, rzucając mi naganne spojrzenie.

– Ach, te wampiry – mruknęłam, dziwiąc się jego staromodnym manierom.

ROZDZIAŁ 12

Nie miałam bladego pojęcia, co podać wampirowi, kiedy przychodzi na kolację.

Większą część dnia w bibliotece spędziłam na poszukiwaniu w Internecie przepisów, które zawierały surowe jedzenie, zupełnie zapominając o leżących na stole manuskryptach. Matthew powiedział, że jest wszystkożerny, ale to nie mogła być prawda. Wampir, przyzwyczajony do żywienia się krwią, musi skłaniać się bardziej ku potrawom, które nie wymagają gotowania. Ale on odznaczał się tak wielką kulturą, że bez wątpienia zjadłby wszystko, co bym przed nim postawiła.

Przeprowadziwszy rozległe gastronomiczne poszukiwania, wyszłam z biblioteki w środku popołudnia. Matthew czuwał dziś samotnie nad moim bezpieczeństwem, co musiało ucieszyć Miriam. Mnie z kolei cieszyło, że w żadnym zakątku czytelni księcia Humfreya nie ma śladów Petera Knoxa ani Gillian Chamberlain. Idąc środkowym przejściem, by oddać manuskrypty, odniosłam wrażenie, że nawet Matthew jest w dobrym humorze.

Minąwszy gmach Radcliffe Camera, pod którego kopułą studenci czytali wyznaczone książki, oraz średniowieczne mury Jesus College, udałam się na zakupy w pasażach oksfordzkiej hali targowej. Trzymając w ręku listę potrzebnych rzeczy, zatrzymałam się najpierw u rzeźnika, żeby kupić po kawałku świeżej dziczyzny i królika, a potem u sprzedawcy ryb, po szkockiego łososia.

Czy wampiry jedzą zieleninę?

Wyjęłam komórkę i zadzwoniłam na wydział zoologii, żeby zapytać o zwyczaje żywieniowe wilków. Zapytali mnie, jakie wilki mam na myśli. Dawno temu brałam udział w krajoznawczej wycieczce do ogrodu zoologicznego w Bostonie, gdzie widziałam szare wilki, a że Matthew również upodobał sobie ten kolor, udzieliłam takiej właśnie odpowiedzi. Wymieniwszy długą listę smakowitych ssaków wraz z wyjaśnieniem, że stanowią one ich „ulubioną dietę”, znudzony głos po drugiej stronie linii poinformował mnie, że szare wilki jedzą też orzechy, nasiona i jagody. „Ale nie należy ich żywić!” – ostrzegł mnie głos. „To nie są zwierzątka domowe!”

– Dziękuję za poradę – powiedziałam, starając się nie roześmiać.

Sprzedawczyni w sklepie spożywczym usprawiedliwiała się, że ma ostatnie już w tym roku czarne porzeczki i trochę pachnących poziomek. Kupiłam u niej także torebkę kasztanów jadalnych i włożyłam wszystko do coraz pełniejszej torby na zakupy.

Udałam się teraz do sklepu z winem, gdzie znalazłam się na łasce i niełasce apostoła wyrobów winiarskich, który spytał, czy „dżentelmen zna się na winach”. To wystarczyło, żeby przyprawić mnie o zawrót głowy. Ekspedient wykorzystał moje zakłopotanie, żeby mi sprzedać za bajońskie pieniądze kilka butelek francuskiego i niemieckiego wina, a potem wsadził mnie do taksówki, żebym mogła otrząsnąć się z szoku w drodze powrotnej do college'u.

Wróciwszy do domu, zmiotłam papiery z podniszczonego XVIII-wiecznego stołu, który służył zarówno za biurko, jak i stół jadalny, i przesunęłam go bliżej kominka. Zastawiłam go troskliwie, wykorzystując starą porcelanę i srebra, jakie znalazłam w kredensie, wraz z ciężkimi kryształowymi kieliszkami, które musiały być ostatnimi pozostałościami edwardiańskiego serwisu używanego w profesorskim klubie uczelni. Przemiłe panie z kuchni zaopatrzyły mnie w stertę białych i świeżych serwetek, które rozłożyłam teraz koło srebrnych nakryć na stole i wyszczerbionej drewnianej tacy, która miała mi ułatwić przenoszenie dań z kuchni.

Gdy zabrałam się do przygotowywania kolacji, okazało się, że gotowanie dla wampira nie zabiera wiele czasu. Właściwie, prawie nic nie wymaga smażenia, pieczenia czy gotowania.

O siódmej świece były zapalone, jedzenie gotowe, z wyjątkiem tego, co należało przyrządzić tuż przed podaniem. Teraz już tylko ja powinnam się przygotować.

W mojej garderobie nie było prawie nic, co mogłoby się nadać na „kolację z wampirem”. W żaden sposób nie mogłam usiąść z Matthew do stołu w kostiumie ani w stroju, jaki włożyłam na wizytę u dyrektora. Byłam w posiadaniu przerażającej liczby mniej lub bardziej elastycznych czarnych spodni i rajstop, ale większość była poplamiona herbatą, smarem z łodzi albo i tym, i tym. W końcu znalazłam parę eleganckich czarnych spodni, które wyglądały po trosze jak dół od piżamy, ale były odrobinę bardziej stylowe. Pomyślałam, że się nadadzą.

Mając na sobie tylko biustonosz i spodnie, pobiegłam do łazienki i przeciągnęłam grzebieniem po sięgających ramion włosach w słomkowym kolorze. Nie tylko splątywały się na końcach w jakieś niesforne supełki, ale także zachowywały wyzywająco, stając dęba nad głową przy każdym ruchu grzebienia. Zastanawiałam się przez chwilę, czy nie poszukać ratunku w prostownicy do włosów, ale według wszelkiego prawdopodobieństwa byłabym w połowie drogi w chwili przybycia wampira. Byłam pewna, że Matthew zjawi się punktualnie.

Szczotkując zęby, doszłam do wniosku, że mogę zrobić z moimi włosami tylko jedno – usunąć je z twarzy i zawiązać w kok. Dzięki temu zabiegowi podbródek i nos wyglądały bardziej spiczaście, ale uwydatnił on także kości policzkowe i uwolnił od włosów oczy, ku którym ostatnio mocno je ciągnęło. Spięłam je z tyłu, jednak w tym samym momencie jeden kosmyk wyrwał się do przodu. Westchnęłam.