– Przypuszczam, że nie możesz powstrzymać swojej ciekawości – odparł Matthew, zastanowiwszy się przez chwilę nad moim pytaniem. – Piję wino i mogę jeść różne rzeczy… Raczej niegotowane albo zimne potrawy, które dzięki temu nie mają zapachu.
– Ale to jedzenie i wino nie zapewniają ci odżywiania – powiedziałam z przekonaniem. – Odżywiasz się krwią… Wszelkimi rodzajami krwi. – Matthew się wzdrygnął. – I nie musisz czekać na zewnątrz, aż zaproszę cię do mojego mieszkania. W czym jeszcze mylę się na temat wampirów?
Na jego twarzy pojawił się wyraz pobłażliwej cierpliwości. Oparł się głębiej na krześle z kieliszkiem w ręku. Uniosłam się i sięgnęłam przez stół butelką, żeby dolać mu wina. Jeżeli już postanowiłam zasypać go pytaniami, to przynajmniej mogłam też nie skąpić mu wina. Pochylając się nad świecami, omal nie podpaliłam swojej bluzki. Matthew chwycił butelkę.
– Pozwól, ja to zrobię – zaproponował. Dolał trochę sobie, napełnił mój kieliszek i dopiero wtedy odpowiedział. – Większość tego, co wiesz o mnie i o wampirach, to fantazje ludzi. Te legendy pomogły im ułożyć sobie współżycie z nami. Stworzenia o nadnaturalnych zdolnościach ich przerażają. Mam na myśli nie tylko wampiry.
– Czarne kapelusze, nietoperze, miotły. – Te trzy piekielne rekwizyty stanowiły podstawę wiedzy o czarownicach i wracały co roku do życia w spektakularnych i śmiesznych obchodach Halloween.
– Tak, dokładnie – przytaknął Matthew. – W każdej z tych opowieści były jakieś pozory prawdy, coś co budziło w ludziach strach i podsycało ich niewiarę w nasze rzeczywiste istnienie. Tym, co najbardziej wyróżnia ludzi, jest ich umiejętność przekręcania faktów i zaprzeczania. Ja mam moją siłę i długowieczność, ty masz magiczne zdolności, demony wyróżniają się niesamowitymi twórczymi talentami. A ludzie potrafią tylko wmawiać sobie, że wszystko jest na opak, a czarne jest białe. To ich specjalność.
– Czy jest jakieś ziarnko prawdy w tym, że wampiry nie mogą nigdzie wejść, jeśli nie zostaną zaproszone? – Przycisnąwszy go w sprawach diety, skupiłam się teraz na kolejnym pytaniu.
– Jesteśmy przez cały czas w otoczeniu ludzi. A oni odmawiają nam prawa do istnienia, ponieważ w ich ograniczonym świecie nie ma dla nas miejsca. Ale jak już wpuszczą nas do środka, uznając nas za takich, jakimi naprawdę jesteśmy, godzą się na naszą obecność, całkiem jak ktoś, kto nie może zdobyć się na wyrzucenie ze swego domu kogoś, kogo do niego zaprosił. Od tej chwili nie mogą już nas nie zauważać.
– Tak samo wygląda sprawa z dziennym światłem – powiedziałam powoli. – Bo to nieprawda, że nie można was zobaczyć w pełnym słońcu, a jak już się w nim znajdziecie, ludziom trudniej was zignorować. Ale oni wolą nie przyznawać, że chodzicie między nimi, tylko wmawiają sobie, że nie jesteście w stanie przeżyć światła.
Matthew znowu kiwnął potakująco głową.
– Oczywiście, ale tak czy owak, udaje się im nas nie dostrzegać. A my nie możemy siedzieć w zamknięciu i czekać, aż nastanie zmrok. Tymczasem w oczach ludzi mamy więcej sensu po zmierzchu, i to odnosi się również do was, czarownic. Zwróć uwagę na ich spojrzenia, jak wchodzisz do jakiegoś pokoju albo idziesz ulicą.
Pomyślałam o moim zwyczajnym wyglądzie i spojrzałam na niego z powątpiewaniem. Matthew zachichotał.
– Wiem, nie wierzysz mi. Ale to prawda. Ludzie popadają w zakłopotanie na widok istoty o nadnaturalnej mocy w pełnym świetle dnia. We wszystkim, co w nas widzą, dostrzegają przesadę. Jesteśmy za wysocy, zbyt silni fizycznie, zbyt pewni siebie, zbyt twórczy, zbyt potężni, za bardzo odmienni. Przez cały dzień podejmują daremne wysiłki, żeby dopasować swoje błędne wyobrażenia do rzeczywistości. W nocy jest im trochę łatwiej usunąć nas ze swoich myśli po prostu z racji naszej dziwaczności.
Podniosłam się i zabrałam jego talerz z rybą, zadowolona, że Matthew sprzątnął wszystko oprócz przybrania. Nalał sobie do kieliszka jeszcze trochę niemieckiego wina, podczas gdy ja wyjmowałam z lodówki dwa następne talerze. Na każdym z nich znajdowały się ułożone równo plasterki surowej dziczyzny, tak cienkie, że zdaniem rzeźnika można było przez nie czytać gazetę. Okazało się, że wampiry nie lubią zieleniny. Zobaczymy, jak odnoszą się do warzyw korzennych i sera. Na środku obu talerzy ułożyłam pokrojone buraczki i posypałam je tartym parmezanem.
Miejsce na środku stołu zajęła szerokodenna karafka z czerwonym winem, która prędko przyciągnęła uwagę wampira.
– Mogę? – spytał, zaniepokojony bez wątpienia tym, że jeśli ja to zrobię, puszczę college z dymem. Sięgnął po szklane naczynie, wlał trochę wina do swojego kieliszka, a potem uniósł go do nosa.
– Cóte-Rótie – powiedział z zadowoleniem. Jedno z moich ulubionych.
Rzuciłam okiem na karafkę.
– Potrafisz je rozpoznać tylko po zapachu?
Matthew się roześmiał.
– Niektóre opowieści o wampirach są prawdziwe. Mam wyjątkowo czuły węch, a także doskonały wzrok i słuch. Ale nawet zwykły człowiek mógłby zgadnąć, że to Cóte-Rótie. – Zamknął znowu oczy. – Rocznik 2003?
Otworzyłam usta ze zdumienia.
– Tak! – To było lepsze niż niejeden telewizyjny kwiz. Na nalepce butelki zauważyłam maleńką koronę. – Czy nos mówi ci, kto je wyprodukował?
– Tak, ale tylko dlatego, że chodziłem po polach, na których rosną te winogrona – zwierzył się nieśmiało, tak jakbym przyłapała go na jakiejś sztuczce.
– Jesteś w stanie rozpoznać w nim zapach pól? – Podniosłam karafkę do nosa i stwierdziłam z ulgą, że w winie nie ma zapachu końskiego nawozu.
– Czasami wydaje mi się, że pamiętam wszystko, co kiedykolwiek wąchałem. Prawdopodobnie wynika to z próżności – powiedział w zamyśleniu – ale zapachy potrafią przywołać potężne przeżycia z przeszłości. Pamiętam, jak pierwszy raz wąchałem czekoladę, jakby to było wczoraj.
– Naprawdę? – Pochyliłam się do przodu na krześle.
– Było to w 1615 roku. Wojna jeszcze nie wybuchła, a król Francji ożenił się właśnie z hiszpańską księżniczką, której nikt nie lubił, a zwłaszcza on sam. – Uśmiechnęłam się i Matthew odpowiedział mi uśmiechem, chociaż oczyma duszy oglądał jakieś dalekie obrazy. – Jego oblubienica przywiozła do Paryża czekoladę. Była piekielnie gorzka i równie demoralizująca. Piliśmy czyste kakao, bez cukru, rozpuszczone tylko w wodzie.
Roześmiałam się.
– To rzeczywiście nieprzyjemna sprawa. Na szczęście komuś przyszło na myśl, że czekolada powinna być słodka.
– Obawiam się, że był to jakiś człowiek. Wampiry lubiły ją, gdy była gorzka i gęsta.
Sięgnęliśmy po widelce i zabraliśmy się do kosztowania dziczyzny.
– Coś ze szkockich specjałów – powiedziałam, wskazując mięso nożem.
Matthew obrócił plasterek w ustach.
– Jeleń szlachetny. Młody jelonek z gór, sądząc po smaku. – Pokręciłam głową ze zdumienia. – Jak powiedziałem – ciągnął wampir – niektóre opowieści są prawdziwe.
– Potrafisz latać? – spytałam, znając już odpowiedź. Matthew prychnął.
– Nie, to jasne. Zostawiamy tę umiejętność czarownicom, ponieważ panowanie nad żywiołami to wasza specjalność. Ale jesteśmy silni i szybcy. Wampiry potrafią biegać i skakać, co skłania ludzi do podejrzeń, że umiemy latać. Potrafimy też oszczędzać nasze siły.
– Oszczędzać siły? – Odłożyłam widelec niepewna, czy odpowiada mi surowa dziczyzna.
– Nasze ciała nie zużywają wiele energii. Mamy duży jej zapas do wykorzystania w ruchu, kiedy tego potrzebujemy.
– Nie wciągacie zbyt często powietrza – powiedziałam, wracając myślą do jogi i pociągając łyk wina.