Выбрать главу

– Nie – przyznał Matthew. – Także nasze serca nie biją zbyt często. Nie musimy bardzo często się posilać. Utrzymujemy niską temperaturę ciała, a to zwalnia większość fizjologicznych procesów i wyjaśnia, dlaczego żyjemy tak długo.

– Ta historia z trumną! Nie poświęcacie dużo czasu na sen, ale jak już śpicie, to jak zabici.

Matthew się uśmiechnął.

– Widzę, że zaczynasz się w tym orientować.

Matthew opróżnił swój talerz ze wszystkiego z wyjątkiem buraków, a na moim pozostała tylko dziczyzna. Sprzątnęłam talerze po drugim daniu i poprosiłam go, żeby napełnił kieliszki.

Główna potrawa była jedyną częścią posiłku, która wymagała ognia, ale niezbyt wiele. Zrobiłam już ze zmielonych kasztanów jadalnych coś, co przypominało ciasto biszkoptowe. Pozostało mi tylko podsmażyć królika. Na liście dodatków były rozmaryn, czosnek i seler. Postanowiłam pominąć ten drugi. Zapach czosnku zdominowałby z pewnością wszystkie inne, co przy jego wyczulonym powonieniu mogło być nie na miejscu – koniec końców legenda tego wampira zawierała cień prawdy. Zrezygnowałam też z selera. Wampiry zdecydowanie nie lubią warzyw. Wydawało się, że przyprawy nie stanowią problemu, toteż zachowałam rozmaryn i posypałam królika zmielonym pieprzem, kiedy smażył się w rondlu.

Pozostawiłam jego porcję trochę niedosmażoną, a za to moją smażyłam trochę dłużej, niż było trzeba, mając nadzieję, że królik usunie z moich ust smak dziczyzny. Ułożywszy wszystko w artystyczną całość, zaniosłam potrawę na stół.

– Musiałam to podsmażyć, niestety… Ale tylko trochę.

– Mam nadzieję, że nie poddajesz mnie jakimś testom? – spytał Matthew, marszcząc brwi.

– Nie, nie – odparłam prędko. – Ale nie mam wprawy w przyjmowaniu wampirów.

– Miło mi to słyszeć – mruknął, a potem pochylił się nad królikiem i pociągnął nosem. – Pachnie wyśmienicie. – Idące od królika ciepło wzmocniło rozsiewany przez niego, charakterystyczny zapach cynamonu i goździków. Nadział na widelec kawałek biszkoptowego ciasta. Podnosząc go do ust, otworzył szerzej oczy. – Kasztany?

– Nic oprócz kasztanów, oliwy z oliwek i szczypty proszku do pieczenia.

– I sól. A także woda, rozmaryn i pieprz – zauważył spokojnie, sięgając po następną porcję ciasta.

– Biorąc pod uwagę twoje dietetyczne ograniczenia, to dobrze, że możesz dokładnie wiedzieć, co wkładasz do ust – rzuciłam żartobliwym tonem.

Mając już z głowy większą część posiłku, zaczęłam się odprężać. Gawędziliśmy o Oksfordzie, podczas gdy sprzątałam talerze, żeby podać ser, poziomki i pieczone kasztany.

– Częstuj się – powiedziałam, stawiając przed nim pusty talerzyk. Matthew powąchał poziomki i westchnął z zadowoleniem, sięgając po kasztana.

– One są rzeczywiście lepsze na gorąco – zauważył. Z łatwością zgniótł palcami twardą skorupę i wydobył z niej miąższ. Mając wampira przy stole, nie musiałam nawet uwzględniać w zastawie dziadka do orzechów, który zwisał z krawędzi czary.

– A czym ja pachnę? – zapytałam, bawiąc się nóżką mojego kieliszka.

Przez chwilę wydawało się, że mi nie odpowie. Milczenie przeciągało się, ale w końcu skierował na mnie zamyślone spojrzenie. Zamknął oczy i zrobił głęboki wdech.

– Wydzielasz zapach wierzbowego soku. Rumianku zgniecionego stopą. – Pociągnął znowu nosem, a potem uśmiechnął się niewyraźnie i ze smutkiem. – Jest w tym też kapryfolium i opadłe liście dębu – powiedział cicho, wydychając powietrze – razem z kwitnącą leszczyną i pierwszym wiosennym narcyzem. I bardzo stare rzeczy: szanta, kadzidło, przywrotnik. Myślałem już, że zapomniałem te zapachy.

Jego oczy otworzyły się powoli i zajrzałam do ich szarych głębin, bojąc się odetchnąć i złamać urok, jaki rzuciły jego słowa.

– A co ze mną? – zapytał, spoglądając mi w oczy.

– Pachniesz cynamonem – odparłam z wahaniem. – I goździkami. Czasami wydaje mi się, że pachniesz goździkami ogrodowymi; nie tymi, które można kupić w kwiaciarniach, ale bardziej staromodnymi, które rosną w angielskich ogródkach.

– Goździki ogrodowe – powtórzył Matthew, marszcząc kąciki oczu w rozbawieniu. – Nieźle jak na czarownicę.

Sięgnęłam po kasztana. Trzymałam go w dłoniach, przerzucając z jednej do drugiej. Jego ciepło wędrowało wzdłuż moich nagle zziębniętych rąk.

Matthew oparł się znowu o oparcie krzesła, wodząc wzrokiem po mojej twarzy.

– Jak ustaliłaś, co podać dziś na kolację? – spytał, wskazując poziomki i orzechy, które zostały z posiłku.

– No cóż, to nie była magia. Bardzo mi pomogła katedra zoologii – wyjaśniłam.

Wydawał się przerażony, a potem ryknął śmiechem.

– Pytałaś katedrę zoologii, co podać mi na kolację?

– Niezupełnie – powiedziałam usprawiedliwiająco. – Znalazłam w Internecie przepisy na surowe dania, ale utknęłam po kupieniu mięsa. A tam powiedzieli mi, co jedzą szare wilki.

Matthew kręcił wciąż głową, ale uśmiechał się przy tym, toteż moje podenerwowanie ustąpiło.

– Dziękuję ci – odezwał się w końcu. – Już od bardzo dawna nikt nie przygotowywał mi jedzenia.

– Proszę bardzo. Najwięcej kłopotu miałam z winem.

Oczy Matthew się rozjaśniły.

– Jeśli mowa o winie – przypomniał sobie, wstając i składając swoją serwetkę – przyniosłem coś, żeby się napić po kolacji.

Poprosił mnie o przyniesienie z kuchni dwóch czystych kieliszków. Kiedy wróciłam, na stole stała stara lekko wykrzywiona butelka. Miała spłowiałą kremową nalepkę ze skromnym napisem i szlacheckim herbem. Matthew ostrożnie zagłębił korkociąg w korku, który był kruchy i poczerniały od starości.

Jego nozdrza rozszerzyły się, gdy go wyciągnął, a twarz przybrała wyraz, jaki mógłby mieć kot, któremu wpadł w łapy smakowity kanarek. Wino, które wyciekło z butelki, było gęste jak syrop i połyskiwało złotym odcieniem w świetle świec.

– Powąchaj – powiedział rozkazująco, wręczając mi kieliszek – i powiedz, co myślisz.

Pociągnęłam nosem i poczułam, że zapach zapiera mi dech.

– Pachnie karmelkami i poziomkami – oceniłam, zastanawiając się, czy coś żółtego może mieć zapach czerwonych owoców.

Matthew przyglądał mi się uważnie ciekawy mojej reakcji.

– Wypij łyk – zaproponował.

Słodki smak wina rozszedł się błyskawicznie po moich ustach. Poczułam na języku morelę i waniliowy krem, jaki robiły panie z kuchni. Łaskotał moje usta jeszcze bardzo długo po przełknięciu. Miałam wrażenie, że piję coś magicznego.

– Co to za wino? – spytałam w końcu, gdy jego smak zaczął się zacierać.

– Zostało zrobione z winogron zerwanych dawno, dawno temu. Tamto lato było gorące i słoneczne, a farmerzy martwili się, że mogą nadejść deszcze i zrujnować zbiory. Ale aura utrzymała się i zdążyli zebrać grona tuż przed załamaniem się pogody.

– Można smakować w nim światło słońca – orzekłam i zostałam nagrodzona kolejnym pięknym uśmiechem.

– W czasie zbiorów nad winnicami zajaśniała kometa. Astronomowie obserwowali ją przez lunety miesiącami, ale w październiku świeciła tak jasno, że można było niemal czytać w jej świetle. Robotnicy dojrzeli w niej znak, że te winogrona są błogosławione.

– Czy to było w roku 1986? Mówisz o komecie Halleya?

Matthew pokręcił głową.

– Nie. Był to rok 1811. – Wlepiłam zdumione spojrzenie w liczące prawie dwieście lat wino w moim kieliszku, obawiając się, że może wyparować na moich oczach. – Kometa Halleya pojawiła się też w 1759 i w 1835. – Nazwisko astronoma zabrzmiało w jego ustach jak „Hawleya”.

– Gdzie je zdobyłeś? – Winiarnia koło dworca kolejowego nie miała takich win.