Выбрать главу

Podczas gdy cała trójka prowadziła dyskusję, ja podwijałam rękaw. Gdy odsłoniłam łokieć i wystawiłam żyły w mojej ręce na chłodne powietrze laboratorium, wszyscy troje skupili na nich swoją uwagę, a ja poczułam lodowaty dotyk ich spojrzeń.

– Diano – odezwał się chłodno Matthew, dotykając znaku Łazarza – co ty wyprawiasz?

– Marcusie, ma pan nadal pod ręką swoje rękawice? – spytałam, unosząc wyżej rękaw.

Roześmiał się szeroko.

– Tak. – Wstał i wyjął parę gumowych rękawic ze stojącego obok pudełka.

– Nie musisz tego robić – powiedział Matthew przez ściśnięte gardło.

– Wiem. Ale chcę. – W laboratoryjnym oświetleniu moje żyły były jeszcze bardziej sine.

– Dobre żyły – stwierdziła Miriam, kiwając z uznaniem głową. Stojący obok mnie wysoki wampir wydał ostrzegawczy pomruk.

– Matthew, jeśli masz z tym jakiś problem, to zaczekaj na korytarzu – zaproponowałam spokojnie.

– Zanim to zrobisz, chcę, żebyś przemyślała sprawę – odparł, pochylając się nade mną w opiekuńczym geście, jak wtedy, gdy w bibliotece podszedł do mnie Peter Knox. – Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, co ten test odkryje. Jest w tym całe twoje życie i historia twojej rodziny, wszystko to zamknięte w czarno-białym wykresie. Jesteś absolutnie pewna, że chcesz się poddać badaniu?

– Co masz na myśli, mówiąc o całym moim życiu? – Intensywność jego spojrzenia sprawiała, że czułam skrępowanie.

– Te testy mówią nam dużo więcej niż tylko o kolorze twoich oczu albo włosów. Wskazują, jakie inne cechy przekazali ci twoi rodzice. By nie wspomnieć o tym, co odziedziczyłaś po swoich żeńskich przodkach. – Przez chwilę patrzyliśmy sobie w oczy.

– Właśnie dlatego chcę, żebyście pobrali ode mnie próbkę – powiedziałam cierpliwie. Przez jego twarz przemknęło zakłopotanie. – Całe życie zastanawiałam się, na czym polega działanie krwi Bishopów, która płynie w moich żyłach. Deliberowali nad tym wszyscy, którzy znali moją rodzinę. Wreszcie się tego dowiemy.

Sprawa rysowała mi się bardzo prosto. Badając moją krew, Matthew mógł się dowiedzieć rzeczy, jakich wolałam nie odkrywać przypadkowo. Nie chciałam podkładać ognia pod meble, latać nad czubkami drzew ani snuć złych myśli o kimś tylko po to, żeby dwa dni później ten ktoś śmiertelnie zachorował. Matthew mógł sobie myśleć, że z badaniem mojej krwi wiąże się jakieś ryzyko. Mnie sprawa wydawała się absolutnie bezpieczna z każdego punktu widzenia.

– Poza tym powiedziałeś mi, że czarownice wymierają. Jestem ostatnia w rodzie Bishopów. Być może moja krew pomoże ci wyjaśnić przyczyny tego zjawiska.

Wpatrywaliśmy się w siebie, wampir i czarownica, podczas gdy Miriam i Marcus cierpliwie czekali. W końcu Matthew burknął coś w poirytowaniu.

– Podaj mi zestaw do pobierania próbek – zwrócił się do Marcusa.

– Ja to zrobię – odparł pojednawczo Marcus, uderzając się po nadgarstku parą gumowych rękawiczek. Miriam próbowała go powstrzymać, ale Marcus szedł już w moją stronę z pojemnikiem pełnym fiolek i igieł.

– Marcus! – rzuciła ostrzegawczo Miriam. Matthew wyrwał zestaw z rąk Marcusa. Młodszy wampir znieruchomiał pod jego groźnym spojrzeniem.

– Przykro mi, Marcusie. Jeżeli już ktoś ma pobrać krew od Diany, to tylko ja.

Ująwszy przegub mojej dłoni chłodnymi palcami, Matthew kilkakrotnie zgiął moją rękę w łokciu, a potem wyprostował ją całkowicie i oparł delikatnie na nierdzewnym blacie. W tych przygotowaniach wampira, który szykował się, żeby wbić igłę do mojej żyły, było coś niezaprzeczalnie przerażającego. Obwiązał mi rękę nad łokciem gumową rurką.

– Zaciśnij pięść – powiedział spokojnie, wciągając rękawiczki, a potem sięgnął po pustą strzykawkę i pierwszą fiolkę.

Spełniłam jego polecenie, zacisnęłam pięść i przyglądałam się nabrzmiewającej żyle. Matthew nie zawracał sobie głowy zwykłym w takich przypadkach ostrzeżeniem, że poczuję ukłucie. Po prostu pochylił się i bez zbędnych ceremonii wbił ostrą stalową igłę w moje ramię.

– Dobra robota. – Rozluźniłam pięść, żeby umożliwić swobodny wypływ krwi.

Matthew zacisnął swoje szerokie usta, zmieniając fiolki. Napełnił je, wyciągnął igłę i wrzucił ją do szczelnie zamykanego pojemnika na odpadki biologiczne. Marcus zebrał fiolki i wręczył je Miriam, która zabrała się do ich opisania drobnym, czytelnym pismem. Matthew przyłożył kawałek gazy do miejsca ukłucia i przytrzymał ją silnymi chłodnymi palcami. Drugą ręką sięgnął po rolkę przylepca i umocował nim pewnie opatrunek.

– Data urodzenia? – spytała krótko Miriam, trzymając długopis nad probówką.

– Trzynastego sierpnia 1976 roku.

Miriam wytrzeszczyła oczy.

– Trzynastego sierpnia?

– Tak. O co chodzi?

– Chciałam się tylko upewnić – mruknęła.

– W większości przypadków pobieramy też chętnie wymaz z policzka. – Matthew otworzył małe opakowanie i wyjął dwie białe plastikowe łopatki. Ich spłaszczone końcówki miały nieco szorstką powierzchnię.

Otworzyłam bez słowa usta, umożliwiając mu pobranie najpierw jednego, a potem drugiego wymazu z wewnętrznej powierzchni policzka. Każdy z nich powędrował do innej, szczelnie zamykanej plastikowej rurki.

– Gotowe.

Rozglądając się po laboratorium, z jego spokojną elegancją nierdzewnej stali i niebieskiego oświetlenia, wyobraziłam sobie moich alchemików, którzy męczyli się w mrocznym świetle nad paleniskami na węgiel, mając prowizoryczne wyposażenie i popękane gliniane tygle. Co oni by dali za szansę pracy w takim miejscu jak to… i korzystania z narzędzi, które mogłyby pomóc im zrozumieć tajemnice stworzenia.

– Szukasz pierwszego wampira? – zapytałam, wskazując kartoteki.

– Czasami – odparł z ociąganiem Matthew. – Przeważnie śledzimy, w jaki sposób pożywienie i choroby wpływają na różne gatunki i w jakich okolicznościach wymierają pewne rody.

– I jest to rzeczywiście zgodne z prawdą, że należymy do czterech różnych gatunków, czy też demony, ludzie, wampiry i czarodzieje mają wspólnego przodka? – Zastanawiałam się zawsze, czy obstawanie przez Sarah przy tym, że czarownice mają niewiele wspólnego z ludźmi i innymi stworzeniami, opiera się na czymś więcej niż tradycja i pobożne życzenia. W czasach Darwina wielu uważało za rzecz niemożliwą, aby z pary zwykłych ludzkich przodków mogło powstać tak wiele odmian. Gdy jednak kilku białych Europejczyków przyjrzało się czarnym mieszkańcom Afryki, zostali zwolennikami teorii poligenizmu, która twierdziła, że rasy pochodzą od różnych niepowiązanych ze sobą przodków.

– Demony, ludzie, wampiry i czarodzieje różnią się znacznie na poziomie genetycznym – powiedział Matthew, świdrując mnie wzrokiem. Wiedział, dlaczego pytam, chociaż odmówił udzielenia mi jasnej odpowiedzi.

– Jeśli dowiedziesz, że nie należymy do różnych gatunków, ale stanowimy jedynie różne linie w ramach tego samego gatunku, to twoja teoria zmieni wszystko – ostrzegłam.

– Z czasem będziemy mogli wyobrazić sobie, w jaki sposób, jeśli w ogóle, powiązane są te cztery grupy. Wciąż jednak jesteśmy dalecy od tego – odparł, podnosząc się z miejsca. – Myślę, że wystarczy na dziś tych naukowych rozważań.

Pożegnałam się z Miriam i Marcusem, po czym Matthew odwiózł mnie do New College. Poszedł się przebrać i wrócił, żeby zabrać mnie na jogę. Jechaliśmy do Woodstock prawie w milczeniu, oboje zatopieni we własnych myślach.

Gdy dotarliśmy do Old Lodge, Matthew pomógł mi jak zwykle wysiąść, wyjął maty z bagażnika i zarzucił je sobie na ramię.

Otarły się o nas dwa wampiry, a jeden z nich dotknął mnie lekko. Matthew błyskawicznie sięgnął po moją dłoń i splótł swoje palce z moimi. Uderzył mnie kontrast między nami – w porównaniu z jego bladą i zimną skórą moja była tak żywa i ciepła.