Matthew nie puścił mojej ręki dopóty, dopóki nie weszliśmy do środka. Wracaliśmy po zajęciach do Oksfordu, rozmawiając najpierw o jakichś słowach wypowiedzianych przez Amirę, a potem o czymś, co mimowolnie zrobił lub może nie zrobił jeden z demonów, a co zdawało się doskonale oddawać istotę problemu, co to znaczy być demonem.
Gdy zatrzymaliśmy się za bramą New College, Matthew, inaczej niż zwykle, wyłączył silnik i dopiero potem pomógł mi wysiąść z auta.
Fred oderwał wzrok od monitorów systemu bezpieczeństwa, gdy wampir poszedł do szklanego przepierzenia portierni. Odsunął przesuwną szybę.
– Słucham?
– Chciałbym odprowadzić doktor Bishop do jej mieszkania. Czy mogę zostawić tu samochód razem z kluczykami, na wypadek, gdyby trzeba było go przestawić?
Fred rzucił okiem na kartonik z etykietką kliniki Johna Radcliffe'a i kiwnął potakująco głową. Matthew wrzucił mu kluczyki przez okienko.
– Matthew – powiedziałam nalegającym tonem – to jest blisko! Nie musisz mnie odprowadzać.
– A jednak to zrobię – odparł tonem ucinającym dalszą dyskusję. Gdy minęliśmy sklepione wejście do budynku i znaleźliśmy się poza zasięgiem wzroku Freda, znowu wziął mnie za rękę. Tym razem szokującemu zetknięciu z jego chłodną skórą towarzyszyło niepokojące muśnięcie ciepła gdzieś w moim żołądku.
U stóp schodów stanęłam naprzeciwko niego, ciągle trzymając go za rękę.
– Dziękuję, że zawiozłeś mnie znowu na jogę.
– Nic wielkiego. – Wetknął niesforny lok za moje ucho, przytrzymując dłużej palce na moim policzku. – Zapraszam cię jutro do siebie na kolację – powiedział cicho. – Teraz moja kolej na gotowanie. Mogę przyjechać tu po ciebie o siódmej trzydzieści?
Serce podskoczyło mi w piersi. Powiedz nie, rzuciłam sobie surowo w duchu, na przekór temu nagłemu skokowi.
– Z największą przyjemnością – rzekłam głośno. Wampir przycisnął zimne wargi do mojego policzka, potem do drugiego.
– Ma uaillante filie – szepnął mi do ucha. Moje nozdrza wypełnił jego oszołamiający kuszący zapach.
Dotarłam na górę i stwierdziłam, że ktoś umocował gałkę u drzwi, jak prosiłam, toteż z trudem obróciłam klucz w zamku. Powitało mnie miganie światełka automatycznej sekretarki zwiastujące następną wiadomość od Sarah. Podeszłam do okna i spojrzałam w dół, zobaczyłam, że Matthew patrzy w górę. Pomachałam mu ręką. Uśmiechnął się, włożył ręce do kieszeni i odwrócił się plecami do budynku, a potem rozpłynął w mroku nocy.
ROZDZIAŁ 14
Matthew czekał na mnie w portierni o siódmej trzydzieści ubrany jak zwykle nienagannie, w jednolitej kombinacji delikatnej szarości i czerni. Odgarnął czarne włosy do tyłu, odsłaniając ich falistą linię nad czołem. Cierpliwie poddawał się inspekcji weekendowego portiera, który pożegnał mnie ukłonem i wyrachowanym „Do zobaczenia później, doktor Bishop”.
– Budzisz w ludziach instynkty opiekuńcze – mruknął Matthew, kiedy przechodziliśmy przez bramę.
– Dokąd idziemy? – Na ulicy nie było śladu jego auta.
– Zjemy dziś kolację w college'u – odparł, wskazując ręką w stronę Biblioteki Bodlejańskiej. Byłam najzupełniej pewna, że zabierze mnie do Woodstock lub do apartamentu w jakimś wiktoriańskim gmachu w północnym Oksfordzie. Nie przyszło mi na myśl, że może mieszkać w college'u.
– W stołówce, przy którymś z tych wysokich stołów? – Poczułam się okropnie nieubrana i odruchowo pociągnęłam za rąbek czarnej jedwabnej bluzki.
Matthew odchylił głowę do tyłu i się roześmiał.
– Unikam stołówki, gdy tylko mogę. Nigdy bym cię tam nie zabrał. Znaleźlibyśmy się w stanie oblężenia, wystawieni na bezustanne spojrzenia kolegów profesorów.
Skręciliśmy na rogu i skierowaliśmy się w stronę Radcliffe Camera. Gdy bez zatrzymania minęliśmy wejście do Hertford College, położyłam dłoń na jego ramieniu. W Oksfordzie była pewna ekskluzywna uczelnia, słynąca ze sztywnego przestrzegania protokołu.
Była to zarazem akademia słynąca ze swych świetnych członków.
– Nie jesteś chyba…
Matthew się zatrzymał.
– Co to za różnica, do jakiego grona naukowców należę? – odparł, spoglądając w bok. – O ile, oczywiście, nie wolałabyś znaleźć się w innym towarzystwie.
– Matthew, ja nie obawiam się tego, że zjesz mnie na kolację. Po prostu nigdy tu nie byłam. – Dostępu do college’u broniły zdobne w zakrętasy skrzydła bramy, tak jakby prowadziła do krainy baśni. Matthew burknął coś niecierpliwie i chwycił mnie za rękę, żeby przeszkodzić mi w zerkaniu do środka.
– To jest po prostu grupa ludzi mieszkających w zespole starych budynków. – Szorstkość jego głosu nie była w stanie przesłonić mi faktu, że był jednym z około sześćdziesięciu członków college'u, który nie miał studentów. – Poza tym idziemy do mojego mieszkania.
W czasie pozostałej nam jeszcze drogi Matthew odprężał się z każdym krokiem, tak jakby znajdował się w towarzystwie starego przyjaciela. Weszliśmy w niskie drewniane drzwi, które oddzielały od reszty świata spokojne środowisko jego college'u. Wewnątrz nie było nikogo oprócz portiera, żadnych studentów czy absolwentów na ławkach dziedzińca od frontu. Było spokojnie i cicho, jakby członkowie byli duchami wszystkich sumiennych ludzi, jacy zmarli w uniwersytecie w Oksfordzie.
Matthew spojrzał na mnie, uśmiechając się nieśmiało.
– Witaj w All Souls.
College All Souls był arcydziełem architektury późnego gotyku, przypominającym wykwintny weselny tort i katedrę, ze swymi wdzięcznymi wieżyczkami i delikatnym wystrojem kamiennych murów. Westchnęłam z przyjemnością, niezdolna do sformułowania żadnej myśli, przynajmniej jeszcze nie w tej chwili. Ale Matthew miał mi udzielić później wielu wyjaśnień.
– Dobry wieczór, James – powiedział do portiera, który spojrzał znad okularów i kiwnął głową na powitanie. Matthew podniósł rękę. Z jego wskazującego palca zwisał na skórzanej pętelce stary klucz. – Tylko na chwilę.
– Oczywiście, profesorze Clairmont.
Matthew ujął mnie znowu za rękę.
– Idziemy. Trzeba pogłębić twoją wiedzę.
Przypominał psotnego chłopca polującego na skarby, pociągając mnie za sobą. Zagłębiliśmy się w popękane czarne od starości drzwi. Matthew zapalił światło. Z ciemności wyłoniło się nagle jego białe oblicze. Wyglądał w każdym calu na wampira.
– Dobrze, że jestem wiedźmą – zażartowałam. – Twój widok w tym miejscu mógłby przerazić na śmierć ludzką istotę.
Gdy dotarliśmy do podnóża schodów, Matthew wystukał długi ciąg cyfr na elektronicznej tabliczce, a potem przekręcił w zamku gwiazdkowy klucz i z cichym kliknięciem otworzył następne drzwi. Uderzył mnie zapach pleśni, zastałej stęchlizny i czegoś jeszcze, czego nie mogłam zidentyfikować. Światła schodowe odsunęły w głąb krąg ciemności.
– To sceneria prosto z gotyckiej powieści. Dokąd mnie prowadzisz?
– Cierpliwości, Diano. Już niedaleko. – Niestety, cierpliwość nie była najsilniejszą stroną kobiet z rodziny Bishopów.
Matthew sięgnął nad moim ramieniem i nacisnął następny wyłącznik. Zapaliło się kilka starych żarówek, które były podwieszone na kablach niczym cyrkowi artyści na trapezie i rzucały kałuże światła na rząd pomieszczeń wyglądających jak stajenne boksy dla miniaturowych koników szetlandzkich.
Wybałuszyłam na niego oczy, rzucając mu sto niemych pytań.
– Ty pierwsza – powiedział z uśmiechem.
Po kilku krokach rozpoznałam dziwny zapach. Była to woń zwietrzałego alkoholu, niczym w pubie w niedzielny poranek.